NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-01-26  Ekwador, Guyaquil, 23/01. Miasto z niespodzianka.

Bliskie spotkania III stopnia w miejskiej dzungli. Close encounters in the city jungle. Iguany bawia sie dziecmi. Iguanas playing with the kids. W guyaquil maja metro. Co z tego, ze to autobusy jezdzace po wydzielonych pasach? Liczy sie nazwa. Metro in Guyauil. Who cares that it is actually buses on the separete lanes on the ground? It is the name that counts. Wagon z tylu to centrum informacji turystycznej z darmowym internetem, przy pieknym nabrzezu. Carriage in the background is TI with free internet access, just by beautiful Malecon.


Liczylismy na autobus powrotny do Limy tego samego dnia, tuz po przylocie z Galapagos, ale nasz znajomy Ormeno Royal Class juz odjechal. Pozostawala opcja dojazdu jednym autobusem do granicy, drugim przez granice i trzecim do Limy. Uznalismy, ze ewidentnie to nie jest nasz dzien na liczenie i po krotkim tylko rozwazeniu za i przeciw dalismy Ormeno szanse kupujac bilet na dzien nastepny. Za przemawiala historia Jose, znajomego z lodki. Usmiechniety Brazylijczyk opowiedzial nam jak postanowil pokonac te trase 30 lat temu metoda trzyetapowa. Najpierw okazalo sie, ze przez granice nie kursuja autobusy. Przejazd autostopem odbyl na trumnie, w karawanie z otwarta paka. Prujac 120km/h z ledwoscia trzymal sie wieka przekonany, ze za chwile grabarz zarobi rowniez na nim. Po drugiej stronie okazalo sie, ze wlasciwie mial farta. Z jego szesnastoosobowej grupy wiekszosc zostala okradziona, odnotowano tez probe gwaltu, na szczescie nieudana. Przypadkowo spotkana Holenderka potwierdzila, ze przez ostatnie 30 lat niewiele sie w tych okolicach zmienilo, a przewozace ludzi przez granice taksowki maja nieprzyjemny zwyczaj zjezdzania z drogi, zeby zaopiekowac sie calym zapasem gotowki posiadanym przez pasazerow. Przeciw zostawaniu na noc w Guayaquil bylo lobby skutecznych plastrow na pecherze wsparte przez odrobine autosugestii. Daniel w srody gra z kumplami w pilke nozna i Michal byl zaproszony. Na sama mysl jego stopa, weteran meczu na Galapagos, zagoila sie. Choc historia Jose przemowila mu do wyobrazni rownie wyraziscie jak mnie, chodzil niepocieszony. Przynajmniej do momentu gdy trafilismy do parku z iguanami. Te dostojne i ciagle nieco z wygladu grozne stworzenia zachowywaly sie kompletnie niepowaznie. Zebraly o salate, po czym tlukly sie miedzy soba o co smakowitsze kawalki, a w miedzyczasie dawaly sie ciagac dzieciom za ogony. Przyzwyczailismy sie do zebrzacych kaczek, golebi i wiewiorek, ale z iguanami to juz lekka przesada. W oslupieniu siedzielismy na lawce i ogladalismy to cyrkowisko, dopoki jeden zyczliwy gad, wygodnie usadowiony na galezi, nie spryskal guanem naszej sasiadki. Postanowilismy sie przemiescic w bezpieczniejsze miejsce i tak trafilismy na Malecon, czyli po naszemu nabrzeze. Otwarte w 2000 roku zachwyca platformami widokowymi, instalacjami sztuki nowoczesnej zaskakujacymi wyczuciem estetycznym, fontannami i malymi parkami. Kiedy z glosnikow dyskretnie rozmieszczonych na stylowych latarniach dotarly do nas dzwieki Szopena, zaczelismy jeczec z zachwytu. Leniwie snujac sie wzdluz rzeki trafilismy w koncu na Imax, gdzie wlasnie za chwile zaczynal sie film Happy Feet; niestety z hiszpanskim dubbingiem. Postanowilismy heroicznie zmierzyc sie z nasza znajomoscia jezyka uznajac, ze ten z zalozenia zabawny film okaze sie jeszcze zabawniejszy, jak go ni w zab nie bedziemy rozumiec. Wyszlismy z kina dumni jak pawie, ze zrozumielismy fabule. Nie zeby stanowila szczegolne wyzwanie intelektualne. Wprawdzie kompletnie nie lapalismy dowcipow slownych, ale wygibasy pingwinow na ogromnym ekranie smieszyly nas wprost niezwykle. Mozna to fachowo nazwac regresja (uwstecznieniem) do fazy przedwerbalnej lub po ludzku zdziecinnieniem, ale zabawe mielismy przednia. Kolejny atak radosci przezylismy, gdy stwierdzilismy, ze przed filmem rzeka z cala pewnoscia plynela w druga strone. Przyplyw??? Bo chyba wyjechalismy ze strefy koki!
Przyjemnie zrelaksowani ruszamy na podboj Boliwii.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety