NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-01-26  Galapagos, 15-23/01. Darwin wiecznie zywy.

Bliskie spotkanie III stopnia. Close encounter. Pan Krab. Mr Crab. Uacha, zolwie dwa! Turtles. Zdobywamy lawe - pierwszy mieszkaniec: kaktus. Taking over the lava - the first inhabitant: the cactus. Pinginem jestem. I am the penguin. Tak lala sie lawa. This is the way lava was flowing. Stozki wulkaniczne bocznych kraterow. Vulcanic cones of side craters. Kto pierwszy zgadnie ile iguan tu lezy stadnie? Count the iguanas. Taki pan fregata to sie nadmie i wszystkie kobiety jego. Fregate bird pumps it up and all the chicks are his. Nasza lajba. Our boat. Relax na lodzi. Chill out time on the boat. Moze i nie najlepsze zdjecie, ale tego rekina widzielismy my. Picture may not be the best, but that is the shark we have seen. Zycia krag. The circle of life. Nasza wycieczka i lew morski (trzeci z lewej). Our people and the sea lion (third from the right). Widok ze szczytu wulkanu. Spektakularna skala po prawej stronie to efekt cwiczen amerykanskiej armii w czasie WWII. Vulcano summit view. Outcropping on the right is the effect of US Navy actions during WWII. Sciezka? Ja sie nigdzie nie ruszam. Pathway? Well, do I look like I care? Niebieskostope cycuszki tancza na powaznie, czyli dla jaj. Bluefooted boobies dancing and mating. Podwodna jaskinia, z ktorej fale wypychaly strumien wody. Waterhole - that is how they refered to it in English. Jastrzab. Lokalna wersja. Wisial nad naszymi glowami w idealnym bezruchu przez 5 minut. Hawk. Galapagos version. It was hoovering almost motionlessly above our heads for 5 minuts. Jaszczurka. Jedna z wielu. Lizard. One of many. Flamingi. Chyba jedyne zwierzeta, ktorych nie mielismy na wyciagniecie reki. Flamingos - probably the only animals out of our handreach. To male czarne siedzace na tablicy to Darwin Finch. Od nich zaczelo sie zamieszanie z ewolucja. The little black thing on the board is Darwin Finch. They are responsible for the whole evolution  commotion. Zolw ladowy - en face. Tortoise - en face. Krab hermit w pozyczonym domku. Hermit crab in his rented house. Skrzynka pocztowa na Galapagos. Marynarze, ktorzy przybywali tu z Europy, zostawiali listy odbierane przez tych wracajacych do swojego kraju. The post office of Galapagos. Sailors coming from Europe were leaving their mail to be picked up by the ones retu


Ostrzezeni, zaokretowalismy sie na nasza lodke zaopatrzeni w solidna ilosc pastylek przeciw chorobie morskiej. Jako corka marynarza przez chwile rozwazalam honorowa rezygnacje z tych wspomagaczy, ale czujac jak niewielki 16-osobowy stateczek frywolnie buja sie na falach nawet w zatoce, skapitulowalam. Tym bardziej, ze wrazenia potegowala polozona pod pokladem niewielka kabina, wyposazona na szczescie w dwa okienka pozwalajace obserwowac horyzont. Dzieki malym bialym pigulkom nie splamilam wprawdzie honoru rodziny, ale te 7 dni na lodce bardziej niz cokolwiek innego przekonalo mnie, ze jestem szczurem ladowym z krwi i kosci. Michal rowniez lykal i tez trzymal sie dzielnie.
Wyspy powitaly nas iscie ksiezycowym krajobrazem. Czerwone wulkaniczne skaly z rzadka tylko porosniete krzewami i kaktusami, gdzieniegdzie samotna plaza z drobnym bialym piaskiem - efekt wysilkow ryb pracowicie skrobiacych morskie koralowce. Nic dziwnego, nierozpieszczane przez klimat wyspy sa w stadium niemowlecym. Najstarsze powstaly 4 miliony lat temu, najmlodsze gdzies okolo 200,000 lat temu. Wszystkie na skutek erupcji podwodnych wulkanow. Babcia Europa z jej bagatela 200 milionami lat moze sie na to tylko zyczliwe usmiechnac. Mniej zyczliwi byli jej mieszkancy, ktorzy, znalazlszy sie tu mniej lub bardziej dobrowolnie, przez wieki radosnie eksploatowali ten zakatek swiata. A jesli przy okazji zdarzylo im sie zabic kure znoszaca zlote jaja, jak to sie udalo wielorybnikom, ktorzy niemal kompletnie wytrzebili populacje tych zwierzat... No coz, bywa.
Islas de Galapagos to inaczej wyspy zolwie. Niewiele brakowalo, zeby nadana w czasach hiszpanskich konkwistatorow nazwa okazala sie raczej nieadekwatna. Zolwie, podobnie jak wszelkie inne zyjatka male i duze, ktorych natura w swojej hojnosci nie wyposazyla w skrzydla, dotarly tutaj z pradami morskimi. Umiejetnosc obywania sie bez wody i jedzenia przez dlugie tygodnie, ktora pozwolila im przezyc te oceaniczna wycieczke, prawie doprowadzila do ich wyginiecia. Piraci, marynarze i inni swiatli przedstawiciele naszego gatunku zaczeli je traktowac jako doskonale zrodlo swiezego miesa podczas dlugich rejsow i wywiezli w sumie ok. 200,000 tych zwierzat. Zeby nie bylo, ze ludzie jedynie trzebili zasoby Galapagos, zostawilismy po sobie tez kilka prezentow. W tym szczury, ktore zaczely sobie swietnie radzic ucztujac na zolwich jajach, czy kozy, ktore wyjadaly zolwiom skapa trawke. Wiekszosc zolwi obecnie zyjacych na wyspach pochodzi z Centrum Darwina, "ochronki" zalozonej w latach 60, gdzie wykopuje sie jaja zlozone przez dziko zyjace zwierzeta i przez kilka pierwszych lat przechowuje male zolwiki z dala od drapieznikow, zanim zwroci je naturze.
Galapagos, nazywane czesto "zyjacym laboratorium ewolucji", jest jednym z najbardziej spektakularnych dowodow na to, ze mimo silnych naciskow Ministra Edukacji teoria Darwina funkcjonuje i trzyma sie mocno. Choc licznie tu docierajace morskie prady niosa ze soba mnostwo substancji odzywczych, same wyspy nie oferuja zbyt wiele, wlaczajac w to solidne ograniczenia w dostepie do slodkiej wody. Koniecznosc pokonania 1,000 mil morskich, dystansu porownywalnego do odleglosci Warszawa-Madryd, nie dala szans wielu zwierzetom. Nieliczni szczesciarze w walce o przetrwanie gotowi byli poswiecic swoj honor i uswiecone tradycja zwyczaje. Ladowe iguany zeszly w pod wode w poszukiwaniu jedzenia i tak im juz zostalo. Teraz stanowia jedyny na swiecie gatunek wodnych jaszczurek. Kormorany oddaly lotne skrzydla, zbedne przy braku drapieznikow, w zamian za bardziej oplywowy ksztalt, ktory zapewnial im lepszy polow. Czesc zolwi postarala sie o dlugie szyje, zeby zgarniac zielenine z dolnych galezi drzew, dzialka zazwyczaj obstawiana przez ssaki, tu mocno niedoreprezentowane ze wzgledu na szczegolna niechec do podrozowania tygodniami bez jedzenia i picia. Ale darwinowskie dzielo "O pochodzeniu gatunkow" zawdzieczamy przede wszystkim malemu czarnemu ptaszkowi wielkosci dorodnego wrobla (Darwin finch), ktoremu udalo sie wyewoluowac do 13 roznych postaci, rozniacych sie wylacznie ksztaltem dzioba, scisle dopasowanego do preferencji zywieniowych zwierzatka.
Po calonocnym rejsie stanelismy mocno na ziemi gotowi zmierzyc sie ze skarbami Galapagos. Na pierwszy ogien poszly zasady dobrego turysty. Nie rzucamy smieci, nie bierzemy nic z wysp, nie fotografujemy zwierzat z lampa blyskowa, ale przede wszystkim ich nie dotykamy. Jak sie wkrotce mielismy przekonac ostatniego punktu nie bylo w zwierzecym regulaminie. Najpierw lew morski zrelaksowal sie na mojej stopie, kiedy spokojnie moczylam sobie nogi w wodzie, inny sprawdzal mokrym nosem czy Michal czasem nie jest jego mama. W czasie plywania odwrocilam sie, zeby sprawdzic co otarlo sie o moje nogi, zeby stanac oko w oko ze stadem pingwinow radosnie fruwajacych tuz pod powierzchnia wody. Zolw morski, wynurzajac sie dla zaczerpniecia tchu potraktowal Michala jako trampoline, a rybki "czyscicielki" napedzily mi niezlego pietra stadnie sprawdzajac przydatnosc do jedzenia mojego kremu do opalania. Na szczescie zostalo nam oszczedzone spotkanie z parzaca meduza, ktorej pieszczoty skutkuja dzikim swedzeniem skory wygladajacej przez kolejny tydzien jak po bliskim spotkaniu z wrzatkiem.
Na ladzie ciagle trafialismy na wszedobylskie lwy morskie, ktore zdawaly sie spedzac wiecej czasu na rozrywce niz uczciwym lowieniu ryb (w nastepnym zyciu chce byc lwem morskim), oraz wygrzewajace sie na skalach iguany. Swiezo po powtorce z Parku Jurajskiego jakos nie moglismy uwierzyc, ze te stworzenia o niepokojaco prehistorycznym wygladzie sa stuprocentowymi wegetarianami. Rozliczne kraby blyskaly czerwonymi pancerzykami z czarnych bazaltowych skal lub przemykaly sie z kradzonymi muszlami na grzbiecie. Te ostatnie, zwane hermit crabs, podobnie jak slimaki najlepiej czuja sie z domem na grzbiecie. Jako ze natura nie wyposazyla ich we wlasne mieszkanka, ciesza sie tym co znajda. Nawet jesli jest to puszka po coli lub tunczyku.
Nie bedac fanka ptakow, z ogromna fascynacja obserwowalam tance godowe blue footed boobies, czyli w wolnym tlumaczeniu niebieskostopych cycuszkow. Michal po raz kolejny okazal sie byc prawdziwym mezczyzna i kupil sobie koszulke z wizerunkiem tych ptakow. Fregaty, ktorych samce podrywaja swoje dziewczyny na czerwone nadmuchiwane baloniki umieszczone strategicznie na szyi, zdecydowanie zasluguja na swoje miano pirackich okretow. Natura nie wyposazyla ich w zdolnosc nurkowania, wiec spryciarze, oprocz lowienia ryb zablakanych tuz pod powierzchnia wody, trudnia sie molestowaniem ptakow wracajacych z lowow, zmuszajac je do zwracania upolowanych ryb. Flamingi nieco glupawo wedruja slonymi lagunami z glowa miedzy stopami, lowiac male krewetki, ktorych barwnik maluje im skrzydla na rozowo.
Pod woda obserwowalismy zagrzebane w piasku plaszczki, przemieszczajace sie stadami ogromne ryby, ucztujace morskie zolwie, zabawy lwow morskich, nieszkodliwego plywajacego weza, a nawet jeden egzemplarz rekina (Galapagos shark), ktory przyplynal na rekonesans.
Mielismy tez okazje ogladac lancuch pokarmowy w akcji. W nocnych swiatlach naszej lodki male rybki poszukiwaly planktonu. Polowaly na nie wieksze ryby, ktore okazjonalnie byly zjadane przez krecace sie w poblizu foki. Te sprytne zwierzeta nauczyly sie, ze rekiny boja sie halasu motoru i w razie niebezpieczenstwa szybciutko zwijaly interes i jak trusie siedzialy pod lodka. Krazace w promieniu swiatla dwa rekiny raczej nie doczekaly sie swojej kolacji.
Przyroda nie oszczedzila nam tez swoich mniej przyjemnych stron. Widzielismy male lwiatka morskie na skraju smierci glodowej. Porzucone przez matki, ktore nie mialy dosc pozywienia albo niebedace w stanie rozpoznac zapachu swoich dzieci dotknietych przez ludzi. Natknelismy sie na szczatki zwierzecia, ktore przegralo walke o dominacje, czy resztki malej iguany, ktora padla ofiara drapieznego ptaka. To ja sie jednak jeszcze zastanowie kim chce byc w nastepnym zyciu.
Z wysp wynieslismy wiecej zdjec, niz z calej dotychczasowej podrozy. Ptaki wychylajace sie ze swoich gniazd polozonych doslownie na wyciagniecie reki, rozkosznie wyciagniete u naszych stop lwy morskie, zolw, ktory po zlozeniu na plazy jaj wedruje sobie do morza... Odkad cale wyspy zostaly wziete pod scisla ochrone, a wladze dbaja, zeby ilosc ludzi byla ograniczona oraz scisle wytyczaja szlaki wedrowek, zwierzeta ze spokojem goszcza paletajacych sie w okolicy turystow.
Innym cennym nabytkiem z wycieczki byla solidna dawka opalenizny. Szkoda, ze kupno biletu na pociag do Machu Picchu juz za nami. Mielibysmy szanse na miejsce wsrod rodowitych Peruwianczykow. Oczywiscie po podlozeniu nam hiszpanskiego dubbingu.
Z atrakcji mniej przyrodniczych, dzielni mezczyzni z naszej lodki, rozegrali na jednej z wysp mecz. Niestety nie udalo sie wziac rewanzu za porazke z Ekwadorem na mistrzostwach swiata. Za to grajac na bosaka, Michal nabawil sie megaodciskow.
Mimo absolutnego zachwytu nad wyspami ostatniego dnia z ulga opuscilismy poklad i glowe dam, ze betonowy pomost bujal mi sie pod stopami. Zgodnie uznalismy, ze 5-dniowy rejs szybkim ekskluzywnym katamaranem, ktory dociera takze na najbardziej atrakcyjna wyspe, Izabele, bylby lepszym rozwiazaniem, gdyby nie nasze ograniczenia budzetowe. Tym razem nie bylismy gotowi na wydatek 1000 USD od osoby za oferte Last Minute.
Kiedy nastepnego dnia rano nasz przypadkowo spotkany przewodnik probowal nam uswiadomic, ze jesli jestesmy zdecydowani leciec naszym samolotem, musimy zarezerwowac sobie 15 USD na taksowke, zwyczajnie mu nie uwierzylismy i spokojnie poszlismy na lody. Liczylismy, ze skoro pierwsze autobusy na lotnisko odjezdzaja o 7 i 7.30, to dalej juz jada co pol godziny. A przeciez nie wypada pojawiac sie na poludniowoamerykanskim lotnisku na dwie godziny przed odlotem! Liczenie nie poszlo nam zbyt dobrze, ale za to bylismy swiadkami sprytnej metody kontroli predkosci uprawianej przez policje na wyspie. Kazdy samochod wyjezdzajacy z miasta dostaje na "bramce" karteczke z wpisana aktualna godzina oraz celem podrozy. Policjanci w kazdym miescie maja tabelki z wyliczeniami ile czasu potrzeba, zeby tam dotrzec zgodnie z przepisami. Dojechanie wczesniej jest automatycznie karane mandatem. Biedniejsi o 12 USD, ale dumni ze swoich zdolnosci negocjacyjnych, spokojnie zdazylismy na samolot.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety