NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-01-13  Peru, Puerto Maldonado, 9-12/01. Z powrotem w raju.

Teczowy boa zaprzyjaznil sie z Michalem. Nie zeby mial inne opcje. Rainbow boa made friends with Michal. Not like he had many choices. Nasz ekskluzywny srodek transportu do Puerto Maldonado. Our exclusive mean of transportation to Puerto Maldonado. Z wizyta u rodziny malp. Visiting a family of monkeys. Nasza luksusowa chata z oslonietym moskitiera tarasem. Our luxury lodge with terrace hidden behind a mosquito net. Lodka na jezioro Sandoval. To Sandoval lake with a boat. Kajman lypie na nas spod oka. Caiman is checking up on us. 30m nad ziemia a do nieba ciagle daleko. 30m above the ground the sky is still away. Ten czlowiek od lat zyje na farmie w dzungli pijac wode z rzeki. Slowa Ten owoc naprawde jest smaczny. Smakuje jak budyn. NIe bylismy w stanie nauczyc sie jego nazwy. This fruit is really tasty, pudding like. We were unable to memorize its name. Ara. Macaw. Ta sliczna tarantula mieszkala niedaleko naszej chatki. This beauty of a tarantula lived just next to our lodge. Co jak co, ale motyle leca na MIchala. Michal turned out to be very attractive for butterflies. Przewodnik juz widzi leniwca. Aga ciagle szuka. The guide is seeing the sloth already. Aga is still looking.


Zaporowa cena biletu lotniczego przekonuje nas do pokonania autobusem drogi do niedawna nazywanej najgorsza w Peru. Zasluzenie - na przejechanie 500km trzeba bylo sobie zarezerwowac 2.5 dnia w porze suchej i okolo 6 dni w deszczowej oraz wygodne miejsce w ciezarowce. Na szczescie wladze postanowily uczynic ten szlak glownym polaczeniem ladowym Peru - Brazylia, utwardzily droge, zbudowaly mosty nad najwiekszymi rzekami i teraz szykujemy sie na zaledwie 18 godzin w terenowym autobusie na swiezo wymienionych resorach. Nasze plecaki trafily na dach. Bezpieczniej - przy przekraczaniu rzek woda czesto nalewa sie do lukow bagazowych. Zapinamy pasy i ruszamy.
W autobusie poszerzamy swoja edukacje kinematograficzna o predatora: Predator I, Predator II, Obcy kontra Predator... Ewidentnie nabytek z peruwianskiego targu, gdzie mlodzi mezczyzni i starsze kobiety zajete recznymi robotkami na rowni handluja spiratowanymi czteropakami tematycznie dobranych filmow na dvd za jedyne 15 PLN. Ratuje nas para mlodych komunistow, ktorzy przewidujaco wzieli ze soba Wladce Pierscieni. Maja po 21 lat. Ona jest Amerykanka, on z Chile. Poznali sie pracujac w chilijskich slumsach. Wierza w ogolnoswiatowa rewolucje, ale maja szczatkowa wiedze na temat historii Europy Srodkowo-Wschodniej. Mowia nam o ideach Marksa i Lenina, my opowiadamy im o ich praktycznym zastosowaniu. Mowia o rozwiazywaniu problemu biedy na swiecie, my opowiadamy o zrownywaniu w biedzie w Europie, Chinach i na Kubie. Zgadzamy sie, ze sie nie zgadzamy.
Dzungla wita nas oblepiajacym cieplem i wilgocia. Tutejsi Indianie nie nosza czapek. Prawde mowiac niektorzy z nich w ogole niewiele nosza. Z drzew przygladaja nam sie ponuro sepy, a z drogi niechetnie schodza rogate bawoly.
Taksowkarz oglasza, ze swietnie zna lokalizacje wszystkich biur podrozy, z ktorymi chcemy negocjowac pobyt w dzungli, ale mapa w naszym przewodniku go przerasta; bezradnie kreci nia dookola po czym gubi sie natychmiast po wyruszeniu. Na szczescie placimy za dowiezienie, a nie za kilometr, a Puerto Maldonado jest male. Zaczynamy od najdrozszego i najbardziej wypasionego miejsca. Inkaterra ma dwie lokalizacje - w dzungli kolo Puerto Maldonado oraz tuz pod szczytem Machu Picchu, gdzie noc w hotelu kosztuje 500 USD. Moc jest z nami. Pradziadek Cynthii byl Polakiem i choc wyglada jak rasowa Peruwianka, na nazwisko ma Kalinowski. Zaczynamy od stawek, ktore dobrze znamy z Internetu. Konczymy na 30 procentowej znizce za standardowa chate. Przy czym, jako ze standardowe chaty aktualnie sa odnawiane, musimy mieszkac w chacie superior. Nie bedziemy wybrzydzac. Ponad 50 procent znizki w zupelnosci nas satysakcjonuje. Bardzo cieplo zegnamy sie z Cyntia. Nasza lodka juz czeka, bagaze zaniosa nam do samego pokoju. Od tej chwili przez kolejne 3 dni czujemy sie jak krolowie.
Przez godzine smigamy po rzece, brunatnej jak wszystkie tutaj, Madre de Dios. Wiele kilometrow dalej rozplynie sie w Amazonce, a juz tu jest szersza niz Wisla w najszerszym miejscu. Z brzegow wyciaga sie ku nam dzungla. Gdzieniegdzie z drzew wychylaja sie lisciaste dachy indianskich domow.
Na miejscu kelnerzy witaja nas swiezym sokiem z marakui w zimnych szklankach ozdobionych liscmi krotona. Dostajemy wlasnego przewodnika. Mojzesz ustali z nami indywidualny plan na najblizsze dni. Oplaty za wejscie do parkow narodowych nie sa naszym zmartwieniem. Zdradzam sie ze swoja niechecia do pomidorow i na obiad dostaje specjalnie przygotowane danie. Michal zwierza sie kelnerowi, ze uwielbia pokrojone mango z cytryna. Kiedy przychodzimy na kolacje, owoc juz czeka. Ale najbardziej nas rozbraja przewodnik, ktory po 2-godzinnej wedrowce przez upalna dzungle wyciaga z plecaka zmrozone mokre reczniki do wytarcia rak i twarzy. Eric, ktory opiekuje sie nami na miejscu, codziennie wieczorem dopytuje sie, czy na pewno nie mamy zadnych zmartwien. Jak dobrze, ze sa na tym swiecie rzeczy, na ktore stac nas tylko od swieta. Rozwieszeni na hamakach na naszym oslonietym moskitiera tarasie cieszymy sie jak dzieci.
W dzungli zakochujemy sie z miejsca. Z wzajemnoscia. Mojzesz pokazujac nam kolejne rzadkie zwierze powtarza - "You are lucky, lucky people". Pierwszego wieczora na szlaku niedaleko obozu spotykamy rodzine malp - red howlers. Schodza nisko przygladajac nam sie ciekawie. W ciagu 3 dni spotykamy w sumie 5 rodzajow malp. Ary z wrzaskiem lataja nad drzewami. Rzeka noca odslania przed nami kajmany. Zlapane przez naszego przewodnika metrowe stworzenie lypie na nas z nienawiscia. Rzucone na brzeg blyskawicznie znika w wodzie. W jeziorze Sandoval bedace pod ochrona giant otters (wielkie wydry?) na naszych oczach lapia piranie i wsuwaja ja ze smakiem baraszkujac wesolo w wodzie. Malpki - squirrel monkeys i brown capuccinas (kapucynki?) - skacza z drzewa na drzewo donosnie pokrzykujac. Wdrapujemy sie na poziom 10pietrowego wiezowca (30m), zeby z kladek polozonych na wysokosci koron drzew obserwowac ptaki. Zalapujemy sie na leniwca, ktory jak napruty lezy do gory brzuchem zaplatany w galezie. W drodze powrotnej znajdujemy teczowego boa i przynosimy go do skatalogowania studentom biologii, ktorzy od dwoch tygodni bezskutecznie szukaja w okolicy wezy. Mniej wiecej na srodku zwierzecia czujemy zgrubienie. Nasz teczowy przyjaciel zapewne wlasnie odpoczywal po sniadaniu w postaciu smakowitej zabki lub innego szczurka. Podczas nocnego spaceru dluzszy czas mierzymy sie spojrzeniami z nocna malpka (owl monkey). Na nasze zachwycone "jaka ona sliczna" jej jasne slepka odpowiadaja "co k... swiecisz!" Gasimy latarki i natychmiast oblepia nas gesta czarna ciemnosc. Czuje sie jakbym oslepla. Stoimy chwile niepewni w ciszy zaklocanej przez cykady, nietoperze i inne stworzenia zanim wlaczymy znajomy snop swiatla.
Na pobliskim drzewie poluje wielka tarantula, a tuz obok jeszcze wiekszy "chicken spider", pajak znany z uwzgledniania w swojej diecie kurczat.
Nie udaly nam sie tylko dwie rzeczy - zlowienie piranii oraz zobaczenie jaguara. Nie jestem pewna co bysmy zrobili z pirania, ale wyobrazam sobie co jaguar moglby zrobic z nami. Jaguary nie jadaja ludzi. Anakondy rowniez nie. Mojzesz pokazal nam zdjecia weza, ktory w 97 roku w Brazylii zjadl amerykanskiego turyste. Przewodnik, wziety z ulicy, reszte swojego zycia spedzi w wiezieniu. Zamiast ratowac czlowieka, robil zdjecia. Uwaga na przyszlosc - nie oszczedzac na przewodnikach!
Ruszamy dalej szukac dobrych okazji na Galapagos.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety