NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-01-04  Peru, Jezioro Titicaca, 02-03/01. W poszukiwaniu straconego oddechu.

Lodz Indian Uros zegluje po jeziorze Titicaca. Za ok. 5 PLN oferuja przejazdzki turystom. Indianie Uros zyja teraz w duzej mierze ze sprzedawania pamiatek turystom. Jaki stadion, tacy kibice. Pilka w grze. W lokalnych strojach nam do twarzy. Z brakiem elektrycznosci juz mniej, wiec raczej sie tu nie zasiedzimy. Michal sie zapatrzyl. Na szczescie glownie na swoje buty. Dzielni mezczyzni z wyspy Taquile i ich robotki reczne.


Z duzym zalem opuscilismy klimatyczna Arequipe, zeby po 6 godzinach jazdy kretymi gorskimi drogami wdrapac sie na prawie 4000m, na ktorych polozone jest Puno i jezioro Titikaka - najwyzej polozone jezioro na swiecie. Po miesiacu podrozowania 6 godzin jazdy to drobiazg porownywalny z jazda autobusem przez Warszawe w porannym szczycie. Tylko siedzenia sa tu wygodniejsze. Nasze tylki i nosy nauczyly nas waznej rzeczy: w autobusie walczymy o siedzenia z przodu, bo z tylu trzesie, a w okolicach srodka moze byc nie czyszczona od miesiecy toaleta.
Puno na tle Arequipy prezentuje sie bardzo ponuro z obskurnymi domkami i brazowa woda splywajaca ulicami - w porze deszczowej pada tu codziennie wieczorem. Ale chyba mu blizej do „prawdziwego” poludniowoamerykanskiego miasteczka. Nie mozemy natomiast narzekac na nocleg. Za 30 zl mamy duzy, czysty, dobrze wyposazony pokoj z lazienka i ciepla woda, ktory w cenniku ma wpisane 20 USD. Zaleta podrozowania poza sezonem.
Pokoj jest na czwartym pietrze i wejscie na nie okazuje sie byc niezlym wyczynem. Serducho zasuwa i gdzie do diabla jest moj oddech? Poza tym zdecydowanie rekomendujemy to miejsce wszystkim na diecie. Zoladki obrazone na nas za wysokosc nad poziomem morza odmawiaja wspolpracy. Jestesmy glodni, ale po kilku kesach kanapki czujemy sie absolutnie przejedzeni. Bez przerwy chce nam sie pic. Pelni zrozumienia tubylcy na kazdym kroku serwuja herbate z koki i munie - herbate z jakims zielskiem, ktora smakuje orzezwiajaco cytrusowo i, podobnie jak mate de coca, podobno pomaga znosic skutki duzych wysokosci. Nie jestesmy w stanie powiedziec czy dziala, bo czujemy sie zbyt paskudnie, zeby sprawdzac jak by bylo gdybysmy ich nie pili. Podobno przystosowanie sie trwa okolo 3 dni. Mamy duze szanse sprawdzic czy to prawda, bo Cuzco, nasz nastepny cel, jest tylko niewiele nizej.
Wycieczke na jezioro Titikaka planujemy na wlasna reke, ale kiedy sympatyczny i nieco nachalny koles z agencji turystycznej oferuje nam 2 dni w cenie 40 PLN/os z noclegiem i wyzywieniem dajemy sie skusic. Tym bardziej, ze jak sie okazuje, nie sposob samemu dotrzec na plywajace wyspy. Pomysl jest trafiony. W 25-osobowej grupie plywamy od wyspy do wyspy, a sympatyczny grubasek (ewidentnie tubylcy nie cierpia na brak apetytu) po angielsku przybliza nam tajniki kultury i sztuki tutejszych Indian. Po raz kolejny okazuje sie tez, ze przezorny placi frycowe. Kanadyjczyk Ernie, ktory plynie z nami na lodce, a potem mieszka z ta sama indianska rodzina, kupil te wycieczke w Arequipie za 150 PLN.
Jezioro Titicaca wita nas polyskujaca w porannym sloncu masa szarej wody o powierzchni ponad 8500 km kwadratowych. Warszawe mozna by w nim utopic 20 razy. W jezyku Indian Queczua, drugim urzedowym w Peru, nazwe jeziora wymawia sie titichacha, co znaczy szara puma. Indianie Aymara, drugie najpopularniejsze plemie w Peru, ktore tlumnie zamieszkuje te okolice, nazywa je titichala, czyli kamienna puma. Jako ze trudno powiedziec co po hiszpansku znaczy titi, za to nie ma najmniejszej watpliwosci co znaczy kaka, nazwe jeziora w tym jezyku mozna by przetlumaczyc jako osobliwy rodzaj kupy. Peruwianczycy, na ktorych terytorium lezy okolo 60 proc. jeziora twierdza, ze titi nalezy do nich, a kaka do Boliwii. Mieszkancy Boliwii maja inne zdanie na ten temat.
Pierwszy przystanek to plywajace wyspy Indian z plemienia Uros. Zdaniem naszego przewodnika Uros byli leniwi i ciagle prowadzili wojny, wiec inni indianie zebrali sily i wykopali Uros z okolic Titikaka. Mniej propagandowa wersja historii rodem z przewodnika mowi, ze Uros schronili sie na plywajacych wyspach przed inwazja Inkow. Niewatpliwie musieli miec dobry powod, bo wyspy sa niewielkie, warstwa trzciny, z ktorej sa zbudowane gnije i musi byc uzupelniana co okolo 3 tygodnie, a reumatyzm jest powszechna dolegliwoscia. Kiedy wsrod stloczonych na malej powierzchni ludzi pojawi sie konflikt, sklocona rodzina po prostu bierze swoj dom na lodke i wynosi sie na inna wyspe. Na wystajacych ok. 0,5 m ponad wode wyspach o grubosci 2-3 metrow trudno o jakiekolwiek uprawy. Uros zyja z rybolostwa i podbierania jaj ptakom. Jaja i ryby wymieniaja w Puno na warzywa i owoce. Aktualnie zyja tez z turystow, ktorym sprzedaja wyrabiane przez siebie tekstylia i bizuterie.
Nocleg byl na szczescie na normalnej wyspie, Amaltani, w chacie niczym zywcem wyciagnietej ze skansenu. Kazde dwie-trzy osoby dostawaly „swoja” rodzine i pokoj w ich domu. Zeby dojsc do „naszego” domu musielismy pokonac niewielkie wzniesienie. Na miejsce dotarlismy bez sil, dyszac jak suchotnicy. Przez bardzo niskie drzwi weszlismy do izby, na ktorej scianach wisialy tradycyjne lokalne stroje, a pod nimi staly szerokie krotkie lozka (Michalowi zwisaly nozki). Wieczorem swiatlo zapewnialy swiece, a wygodka byla...niedaleko. Zostalismy nakarmieni obowiazkowa zupa i ziemniakami z ryzem, a nastepnie zaprowadzeni zeby zobaczyc lokalna atrakcje - stadion pilkarski. W tym temacie oddaje glos Michalowi. Mieszkancy sa bardzo dumni ze swojego stadionu, bo to najwieksza budowla na wyspie. Obiekt standardem moglby konkurowac ze stadionem VI-ligowej Sparty Jaskarzew, gdyby tylko:
- zasiali trawe,
- namalowali linie,
- powiesili siatki na bramkach.
A jak komus sie mocniej kopnie, to po pilke trzeba zasuwac 300 metrow nizej na brzeg jeziora.
Mielismy niezwykle szczescie bo akurat byl mecz. Grali niebiescy na roznokolorowych. Najlepszy na boisku byl obronca roznokolorowych, grajacy w swetrze i czapce. Niezly byl tez srodkowy pomocnik niebieskich, choc niewatpliwie dzinsy krepowaly jego ruchy. Moja sympatie zyskal tez bramkarz, ktory z zasady stal przy lewym slupku z zalozonymi rekoma, a w kierunku srodka przesuwal sie jak pilka pojawiala sie w okolicy pola karnego.
Wieczorem zostalismy przebrani w lokalne stroje, dumnie noszone przez wszystkich mieszkancow wyspy na co dzien – ja: ponczo + czapka; Aga: kilka warstw spodnic, pasow scisle dopasowanych do kregoslupa, koszula i szal. Lekko niepewni poszlismy na fieste, gdzie w rytm indianskiej muzyki tanczylismy tak dlugo, jak dlugo byl prad w akumulatorze. Tradycyjny indianski krok to dreptanie 3 kroczki do przodu, 3 do tylu, trzymajac sie delikatnie za paluszki. O wiele bardziej atrakcyjna opcja bylo zaadoptowanie do indianskich rytmow radosnego kroku polki-galopki :) Wzbudzilo to niezly entuzjazm tubylcow, ale niestety nie dalismy rady utrzymac naszego tempa nawet przez jeden kawalek. Zeszlismy z parkietu w poszukiwaniu straconego oddechu.
Nastepnego dnia rano trafilismy na Taquile, niewielka wyspe slynaca z mezczyzn robiacych czapki. Na drutach. Mamy dowody! Co wiecej panowie potem nosza swoje wyroby. Mozna je zreszta tez nabyc, na co sie nie zdecydowalismy, bo pozbawieni otoczenia wyspy wygladalibysmy w nich jak zdziebko przerosniete dzieci. Oryginalnie rozwiazany zostal problem dostepnosci matrymonialnej panow. Inny wzor mialy czapki kawalerow, inny zonatych i wreszcie inny rady wyspy, do ktorej wybierani byli wylacznie zonaci panowie. Pompon z lewej strony oznacza, ze kawaler szuka kobiety, z prawej – ze znalazl, ale jeszcze nie zdecydowal czy na stale ;-). Kobiety zajmuja sie wyrobem wszystkich pozostalych tekstyliow – szali, pasow, rekawiczek i torebek.
Wyspa rzadzi sie sama, a wszystkie problemy rozwiazuje corocznie wybierana rada starszych. Tradycyjny system funkcjonuje dobrze. W niewielkiej spolecznosci brak jest policji i nikt nie trzyma psow. Chetnie bysmy sie przeprowadzili, gdyby nie fakt, ze brakuje rowniez innych zdobyczy cywilizacji - elektrycznosci, kanalizacji oraz...kin. 
Mieszkancow trudno jednoczesne uznac za "nieskazonych" wspolczesnoscia. Przez wieki spolecznosci zyjace na wyspach byly w zasadzie samowystarczalne, w ramach barteru zdobywajac potrzebne im dobra. Obecnie jednak bardziej oplaca im sie siegac po latwe pieniadze plynace od turystow, niz uprawiac tradycyjne rzemioslo. Trudno im sie dziwic, skoro uszycie jednej koszuli zabiera indiance tydzien, a zrobienie czapki nawet miesiac. Przyjmujac do swojego domu dwoje turystow w ciagu dnia zarabia dosc, zeby kupic 2 bluzy "mejdinczajna". To chyba sie nazywa rozwoj, ale patrzac na indianina ubranego w bluze Chicago Bulls, mamy mieszane uczucia.



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety