NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-01-01  Peru, Arequipa, 29/12-01/01. Czas kondora.

Kanion trzyma sie mocno. Aga troche mniej, ale ciagle sie nie lamie. Centrum Arequipy. Dla spostrzegawczych - wulkan w tle. Aga i jej pierwsza mate de coca. Jeszcze nie wie co ja czeka. Rynek w Arequipie. Kanion Colca skapany w porannym sloncu wyglada pieknie i niewinnie. Pieklo wedrowki jeszcze przed nami. Indianska wioska zagubiona w gorach. Dotrzec tutaj mozna tylko na osiolku lub mule. Tubylcy zazwyczaj praktykuja to cwiczenie w sandalach i biegiem. Widok na kanion wieczorem zza zakurzonych powiek. Woda o tej porze roku jest brunatna. Najpiekniej wyglada pod koniec marca, kiedy pora deszczowa dobiega konca. Stan wody jest wtedy wyzszy, a rzeka przejrzysta. A pod koniec dnia czekala na nas Oaza. Uznajemy, ze dla takiego widoku i momentu zanurzenia sie w chlodnej wodzie warto bylo sie tak meczyc. Co innego mamy powiedziec ;-) Alpaka wsuwa trawe. Porzadne to zwierze. Sra zawsze w tym samym miejscu. I daje boskie futerko na szaliki, czapeczki, sweterki i inne cieplosci. Kondor. Nic dodac. Nic ujac. Glownymi pojazdami jezdzacymi po ulicach Arequipy sa male zolte taksowki daewoo tico. Nic dziwnego skoro sa tanie jak barszcz. Dojazd z lotniska do centrum kosztowal nas 5 PLN. Maja czy nie maja pasazerow - stoja w korkach na ulicach miasta. Przygotowania do Sylwestra na centralnym placu Arequipy. Wszedzie porozstawiane male stoliki, gdzie mozna kupic i wypic drinka z sokiem ze swiezego ananasa. Tlumy rozesmianych ludzi. W tle pierwsze proby petard. A my zmierzamy do lozeczka.


Arequipa jest bardzo klimatycznym miasteczkiem (ok. 1mln mieszkancow) rozlozonym wygodnie na skraju wysokich Andow, w zlowrogim cieniu kilku wulkanow. Samolot peruwanskich tanich linii lotniczych wprawdzie oszczedzil nam 16h w autobusie, ale za to uraczyl solidna porcja turbulencji. Raz, gdy przez chwile zdawalo sie, ze spadamy, a silniki (?) zaczely dziwnie ryczec, zupelnie szczerze zaczelam rozwazac szanse przezycia katastrofy lotniczej nad Andami. Przypomniala mi sie historia takich wlasnie rozbitkow, ktorzy, zeby przezyc, stali sie kanibalami. Nie poprawilo to mojej sytuacji zoladkowej, choc na szczescie obylo sie bez niepotrzebnych sensacji. Zapewnienia Michala, ze turbulencje wywoluja warstwy rzadkiego powietrza nad wysokimi Andami przemowily mi do rozsadku, ale niestety nie do ukladu zarzadzajacego cisnieniem i poziomem adrenaliny we krwi. Na miekkich nogach i z duza ulga opuscilam samolot.
Arequipa z miejsca przypomniala mi Kazimierz nad Wisla. Wprawdzie w miescie nie zauwazylismy niczego, co by gabarytami przewyzszalo kanal nawadniajacy, za to urzekly nas niewysokie domki z bialego kamienia wulkanicznego, waskie uliczki usiane sklepami z pamiatkami, klimatycznymi knajpkami z pysznym jedzeniem i agencjami turystycznymi oferujacymi wycieczki do kanionu rzeki Colca.
Nauczeni doswiadczeniem, ze wszelkie atrakcje najtaniej jest kupowac na miejscu (a nie na przyklad przez Internet, co jest pewniejsze, ale znacznie drozsze) zaczelismy chodzic od agencji do agencji z pytaniem jaki jest plan oraz cena oferowanych przez nich wycieczek. Ceny byly rozne, plany odbiegaly od siebie tylko nieznacznie. Nasz przewodnik wyznal nam pozniej, ze drozsze agencje wprawdzie twierdza, ze robia cos wiecej, ale przewodnicy pracuja zwykle dla kilku agencji jednoczesnie i ze wszystkimi grupami robia to samo. Wyprawy do kanionu Colca organizowane sa w 2 opcjach: 2- i 3-dniowej, a raczej dla bardziej i mniej porabanych. Bardziej porabani pakuja sie do autobusu o 1 w nocy i po 6 godzinach jazdy w trzesacym autobusie oraz niezlym sniadaniu zaczynaja 7-godzinna wedrowke z postojem na obiad w srodku, ktory wedlug planu ma trwac 1.5h, ale ze wzgledu na stan dzielnych turystow potrafi przeciagnac sie do 3h. Po zobaczeniu z bliska rzeki i trzech indianskich wiosek, a przede wszystkim czubkow zakurzonych butow dociera sie do Oazy, gdzie na skonanego turyste czekaja baseny z letnia woda z gor oraz roje drapieznych muszek. Nastepnego dnia (?) radosni wstajemy o 2 w nocy i zaczynamy mozolna wspinaczke w gore kanionu, pokonujac roznice wysokosci 1400m, sciezka o dlugosci 6km. W wiosce czeka na nas sniadanie oraz autobus, ktory zawiezie nas do Cruz de Condor, gdzie spedzimy 1.5h czekajac az jeden z tych ptakow ukaze sie naszym spragnionym sensacji oczom. Kolejnym autobusem dojedziemy do Chivay, gdzie bedziemy mieli 1.5h na wymoczenie naszych obolalych konczyn w goracych zrodlach. Wersja dla mniej porabanych zaklada wyjazd pierwszego dnia (!) o 6 i wedrowke do Oazy w 2 dni z uwzglednieniem dodatkowej indianskiej wioski. Jestesmy z tych bardziej porabanych.
Wynegocjowalismy cene w jednej z agencji, ktore zrobily na nas dobre wrazenie, na 30 USD/osoby i zadowoleni z dobrze wykonanego zadania zasiedlismy nad nasza pierwsza herbatka z koki. Nie, za to sie tutaj nie idzie siedziec. Koka ma tyle wspolnego z kokaina, co mak z opium. A ja wreszcie znalazlam miejsce w Ameryce Poludniowej, gdzie nawet nie musze pytac czy jest herbata, nie wspominajac o tlumaczeniu zdumionym tubylcom, ze nie, nie chodzi mi o mrozona herbate. Mate de coca ma orzezwiajacy smak, ktory bardzo mi przypomina zielona senche i jest polecana na dolegliwosci zwiazane z przebywaniem na duzych wysokosciach oraz ogolnie ku pokrzepieniu. Tubylcy lubia zuc liscie koki, zwijajac je w kulke i trzymajac pod policzkiem. W takiej formie smakuja podobno jak trawa i, jako ze wsrod swoich przodkow raczej nie mialam przezuwaczy, na razie nie sprobowalam tego specjau.
Nie zdecydowalam sie rowniez na zjedzenie pieczonej swinki morskiej, lokalnej specjalnosci. Mialo to pewien zwiazek z tym, ze biedne zwierzatko serwowane jest w calosci, z oczkami i zabkami, w pozie jakby wlasnie spadlo z Palacu Kultury.
Nasz przewodnik przyjechal po nas do hotelu punkt pierwsza i z miejsca wzbudzil nasze zaufanie informacja, ze wszystkie autobusy byly pelne, wiec musimy zdazyc z Oazy na autobus o 6.30, ktory jedzie bezposrednio do Arequipy. Na Cruz de Codor zatrzyma sie na 20min, ale to wystarczy, bo teraz nie jest sezon na kondory i i tak zadnego nie zobaczymy. No i chyba nie chcemy sie kapac w goracych zrodlach w takim upale! Nie czulismy sie na silach dyskutowac z nim o tak barbarzynskiej porze i udalismy rozumiejacych, ewentualnie zwyczajnie nieprzytomnych. Przewodnik zrehabilitowal sie troche po drodze odpowiadajac na nasze niezliczone pytania o glebokosc kanionu (ponad 3km), wysokosc najwyzszego szczytu (kolo 6000m), jego prace (od 5 lat oprowadza wycieczki) i inne podobne oraz wykazujac sie nieskonczona cierpliwoscia dla orgii fotograficznej w jaka wpadlam na widok Indian Keczua w tradycyjnych strojach (chodza w nich na co dzien) i osiolkow pasacych sie beztrosko przy drodze, ewentualnie mniej beztrosko maszerujacych droga z wielkim garbem bagazu na grzbiecie.
Radosnie tuptajac w dol kanionu druga juz godzine po porosnietym kaktusami kamienistym zboczu wyznalam, ze my w Europie bardzo lubimy slonce, bo mamy go malo i nawet takie wysokie temperatury nam nie przeszkadzaja. Kiedy ponad dwie godziny pozniej w poludniowym sloncu doczolgalam sie do obiadowni (Michal z godnoscia tam doszedl) przypomnialam sobie stare porzekadlo odradzajace chwalenie dnia przed zachodem slonca. Drzemka w chlodnej chacie z gliny krytej dachem z agawy (wyschnieta daje sie plesc podobnie jak polska sloma, robia z niej tez liny) i pozywna zupa przywrocily nam sily na tyle, ze odwazylismy sie isc dalej. Szlismy sami, mijajac po drodze nielicznych tubylcow. O tej porze roku niewielu jest turystow w kanionie, gdyz jest to pora deszczowa. Co objawia sie tym, ze co jakis czas po poludniu sie zachmurzy i zacznie padac deszcz, a w miedzy czasie panuje pelnia lata i okolo 30 stopni w cieniu. Co na sloncu – wolalam nie pytac, zeby nie zemdlec od samej swiadomosci w co sie wpakowalismy. Sezon zaczyna sie w kwietniu i trwa bodajze do sierpnia, kiedy to nie pada w ogole, za to jest chlodniej, a okresami nawet zimno.
W mijanych wsiach wialo pustka. Tubylcy pracowali na "tarasach" - poletkach obficie nawadnianych woda z gor. Czesc plonow wymieniaja na mieso alpak i lam, hodowanych przez mieszkancow wyzej polozonych wiosek, gdzie juz nic nie chce rosnac. Po drodze mijalismy chaty opuszczone przez Indian, ktorzy kilka lat temu wzbogacili sie na pasozycie wsuwajacym mocno powszechnego tu kaktusa dostajac nawet ok 60PLN za kilogram tego swinstwa. Po rozgnieceniu oblozona bialym pudrem kulka ma piekny bordowy kolor i stad jest powszechnie uzywana jako barwnik do odziezy i dlugopisow. Teraz, ku zmartwieniu Indian i kaktusow, cena spadla do ok. 9PLN/kg i pasozyt stracil przodujaca pozycje jako zrodlo dochodow Indian. Na rzecz turystow.
Po dotarciu do Oazy na widok stromej sciany pietrzacej sie nad nia stracilam resztke sil. Oglaszam, ze nie wstaje o 2 w nocy i uprzejmie prosze o jakies zwierze pociagowe, ktore zaniesie mnie na gore. I znow okazuje sie, ze marzenia sie spelniaja. Wstajemy o 4, a na mnie czeka osiodlany mul. Z jego grzbietu komfortowo ogladam wschod slonca nad kanionem. Michal, pozbawiony ciezkiego plecaka smiga na gore niczym kozica i w efekcie trase, na ktora jest zaplanowane ok. 4h pokonujemy w 2.5h. Nie zdazamy na nasz autobus, ale nagle okazuje sie, ze sa miejsca w kolejnych i skoro nalegamy mozemy zostac ponad godzine w Cruz del Condor. Przez pierwsze pol godziny slepimy w dol kanionu z zazdroscia sluchajac amerykanskich turystow, ktorzy widzieli dwa kondory szybujace w oddali chwile przed naszym przyjsciem. W koncu jest. Na rozpostartych skrzydlach o szerokosci 3m z odleglosci wyglada jak wrobel. Podlatuje troche blizej, po czym znika. Chwile pozniej wraca. Z kumplami. Zaczyna nad nami szybowac najpierw 3 a potem 5 kondorow. Podlatuja coraz blizej, szukajac swiezej padliny wsrod turystow, ktorzy dopiero co wyczolgali sie z kanionu. Jeden przelatuje okolo pol metra nad glowami ludzi. Jeczymy z zachwytu, a nasz aparat zacina sie gdzies okolo 100 zdjecia. Szybki reset i pstrykamy dalej. Kondor bokiem. Kondor przodem. Kondor od gory. Kondor pod katem. Kondor nad kanionem. Kondor nad ludzmi. Kondor na tle nieba. Dwa kondory obok siebie. Kiedy przyjezdza autobus ciagle nie mamy dosc. Ale skuszeni wizja goracych zrodel powoli sie zbieramy.
W Chivay czeka na nas kilka duzych basenow z woda o temperaturze okolo 38 stopni splywajaca z gor. Piekielny zapach siarki drazni mnie w nos. Michal z racji profesji jest przyzwyczajony. Ja po chwili tez daje za wygrana i rozplywam sie w goracej wodzie. Na zewnatrz wieje orzezwiajacy wiatr, a my czujemy jak nasze zdretwiale miesnie sie rozluzniaja. Nie oczekujcie od nas relacji z przebiegu Sylwestra w Arequipie. Idziemy spac.
Pamietajac, ze w Peru nie istnieje zakaz prowadzenia po pijaku i pomni przestrog Daniela, zeby nie podrozowac 1 i 2 stycznia, w Nowy Rok ladujemy sie w autobus do Puno.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety