NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2006-12-19  Wenezuela, 11-16/12. Roroima, ma'chumo.

Nasz pierwszy nocleg pod gwiazdami Gran Sabamy w towarzystwie cykad i kichajacego Indianina. Kukenai - tepui sasiadujace z Roroima (dla chetnych: 12 dni wspinaczki) skapane w sloncu Ostatni fragment sciezki na szczyt Roroimy. Nadal nie mozemy na to patrzec. Pionowa sciana Roroimy. 400 metrow litej skaly. Az zeby bola. Sniadanie w naszym hotelu. Wchodzac na gore zalapalismy sie na darmowy prysznic. Jak sie okazalo byl on rowniez obowiazkowy. Para Francuzow, ktora odlaczyla sie od przewodnika stala tam przez 15 minut bojac sie ruszyc dalej w takim deszczu. Szczesliwi wedrowcy chwile po dotarciu na szczyt. Teraz juz tylko trzeba znalezc miejsce, w ktorym spokojnie mozna by umrzec z wyczerpania. Typowy krajobraz Roroimy. Witamy na planecie Ziemia. Jeszcze przed dotarciem na szczyt dowiedzielismy, ze na gorze sa jaccuzi. Informacja, ze woda w nich jest zimna i nie ma babelkow zostala podana w drugiej kolejnosci. Czwarty dzien bez prysznica rzucil nam sie na glowe. Woda w jacuzzi jest naprawde lodowata. Ta roslinka zjada robaczki. Pogryzieni przez komary rozwazamy wziecie jej ze soba na dol. Poranna toaleta Nasz przewodnik z indianskim plecakiem. Skubany biegal w maratonach i nie mial nawet zadyszki przy podejsciu na szczyt. Przy dobrej pogodzie mozna zobaczyc wszystkie 7 okolicznych tepui. Nam bylo dane tylko 4. Plus rozposcierajaca sie w dole dzungla. Najstarsze stworzenie na ziemi. Potrafi tylko pelzac. Nie probowalam jej calowac. Co bym zrobila z dwoma ksieciami. Gdyby nie rzeki po drodze nie dalibysmy rady wejsc na szczyt. Sama wizja niesienia wody by nas wyczerpala. Roroima zegna sie z nami w pelnej krasie


Czyli naprzod, idziemy, w jezyku indian mieszkajacych w okolicy Caura, skad pochodzi Miguel.
Na szczyt prowadzi droga o dlugosci 25km. Pierwszego dnia chcielismy przejsc 22 z nich - az do samego podnoza gory. Zeby to zrobic musielismy wyjsc bardzo wczesnie, co niestety sie nie udalo, a to za sprawa Walijczyka, ktory zdaje sie zbyt dlugo zegnal sie ze swoja dziewczyna (nie lubi wedrowac i zostala na dole).
Wyprawe zaczelismy wiec o 10 marszem przez falujace trawiaste wzgorza. Dolaczyl do nas tez przewodnik z lokalnej wioski - obowiazkowy element wycieczki. Dolaczyl to w zasadzie duzo powiedziane. W ciagu calego dnia widzielismy go zaledwie kilka razy. Zapomnial najpierw kuchenki, a potem paliwa, wiec w sumie przez wiekszosc dnia kursowal tam i z powrotem. Zdawalo mu sie to nie szkodzic, w przeciwienstwie do naszego druha Miguela, ktory choc pokonywal te trase rowno z nami, glosno sapal. Po 7 godzinach marszu prawie bez przerwy zatrzymalismy sie na noc w obozie oddalonym o 1.5h od podnoza gory. Po drodze wyprzedzil nas Kanadyjczyk Jeff, ktory postanowil zrobic te sama wycieczke w 3 dni, wyruszyl godzine po nas i planowal dotrzec do samego podnoza gory jeszcze przed zmierzchem. W odleglosci okolo pol kilometra za Jeffem noga za noga wlokl sie jego przewodnik mamroczac w kolko pod nosem 3 dni, 3 dni, 3 dni...
Zmeczeni tak bardzo, ze nie mielismy niemal sily jesc polozylismy sie spac. Do snu kolysaly nas cykady i donosne kichanie Indianina z namiotu obok. Na szczescie po solidnej dawce lekarstw z naszych apteczek Miguel szybko doszedl do siebie.
Nastepny dzien, podobnie jak kolejne, zaczal sie o 6, czyli tuz po swicie. Szybko przystosowalismy sie do naturalnego rytmu dnia i wstajac ze sloncem robilismy sie senni juz okolo 20. Bylo rzesko i przyjemnie, droga zaczynala sie coraz ostrzej wspinac. Chwile po wyruszeniu weszlismy w chmure, ktora wraz z mzawka towarzyszyla nam na sam szczyt. Nawet nie zawracalismy sobie glowy zakladaniem kurtek przeciwdeszczowych. I tak bylismy mokrzy od potu, a mzawka przyjemnie chlodzila. Od podnoza gory zaczelo sie ostre podejscie, ktore trwalo 4 godziny. Gdy po godzinnej wspinaczce nasz przewodnik po raz trzeci powiedzial, ze jeszcze okolo 3.5h, przestalismy pytac. Indianie maja szczegolne poczucie czasu. A moze po prostu Wilson, zirytowany nasza europejska obsesja zegarkow, dawal nam odpowiedzi na odczepnego.
Po jakims czasie wspinaczka zamienila sie w rodzaj transu. Noga za noga. Koncentracja gdzie postawic nastepny krok. W glowie zupelna cisza. Gdzie sa moje mysli??? Sformulowanie "pot zalewa oczy" nabralo bardzo rzeczywistego znaczenia.
Gora przywitala nas przejmujacym chlodem i zupelnie ksiezycowym krajobrazem. Gesta mgla skrywajaca skaly, woda w licznych rozpadlinach i rzadka tylko roslinnosc. Kompletnie skonani szukalismy juz tylko dobrego miejsca, zeby umrzec. Tym miejscem okazal sie byc hotel principal. Nazwa ta, wymyslona zapewne przez indianina o osobliwym poczuciu humoru, opisywala skalny nawis, pod ktorym mozna bylo rozstawic 2-3 namioty. Jakies 200m dalej plynela pitna woda. W naszym hotelu od 2 dni mieszkala juz para Francuzow, ktorzy ze wzgledu na paskudna pogode w zasadzie nie ruszyli sie z miejsca. Wilgoc w polaczeniu w niska temperatura byla wyjatkowo nieprzyjemna. Dotkliwie przekonalismy sie o tym podczas krotkiego spaceru po szczycie gory. Przebralismy sie w ostatnie suche rzeczy jakie mielisny i nie ludzac sie, ze cokolwiek wyschnie poszlismy spac.
Nastepnego dnia obudzily nas entuzjastyczne okrzyki Francuzow. Na bezchmurnym niebie swiecilo poranne slonce. Nie dajemy sie zwiesc. Na szczycie jest przez caly czas ponizej 15 stopni. W nocy temperatura okolo 5 stopni.
Podziwiamy widok na Gran Sabame i pionowa 400-metrowa sciane obok. "Oblocznieja nasze ziemskie sprawy". Roroima skapana w promieniach slonca robi niesamowite wrazenie. Widoki na zbocza jej i innych tepui (nazwa ta jest tlumaczona jako gory stolowe; jest ich 7; z Roroimy mozna dostrzec 3) oszalamiaja.
Z 2 dob jakie mielsimy na szczycie, przez 3/4 czasu bylo bezchmurnie. Mielismy duzo szczescia. Ludzie, z ktorymi mijalismy sie w czasie podejscia mowili, ze przez 4 poprzednie dni bez przerwy mzylo, a sam szczyt byl otulony chmurami.
Przez caly pobyt na gorze co chwila widzi sie cos nowego i niezwyklego. Taki stan ciaglego zaskoczenia. Najciekawsze rzeczy pokazujemy i opisujemy na zalaczonych zdjeciach. Klikajcie :)
Dwudniowe zejscie tez dostarczylo nowych wrazen. Dzieki dobrej widocznosci w koncu moglismy podziwiac majestatyczna Roroime z odleglosci, a w nocy moczac obolale stopy w zimnej rzece gapilismy sie w bezchmurne niebo pelne gwiazd.
Z powrotem w Santa Elena i cywilizacji. Wykustykalismy z jeepa i udalismy sie prosta droga pod prysznic. Michal postanowil zakonczyc prowadzony przez siebie eksperyment i zgolil zarost chodowany pieczolowicie od wyjazdu z Polski. Hip hip, hurra!
Te kilka dni z dala od cywilizacji oderwalo nas od codziennosci. Na poczatku, nawet lezac na plazy ciagle czulismy sie jak na zwyklych wakacjach. Teraz to, co zostalo za nami w Polsce wydaje sie jakby mniej realne. Ale przede wszystkim zyjemy z dnia na dzien, myslac o tym co teraz i za krotka chwile. Odswiezajace.
Teraz szybko na autobus do Caracas. Nie mozemy opuscic przegladu filmow ze Stevenem Seagalem! A dalej Kuba. Niestety tylko 4 dni, jesli chcemy zdazyc na Wigilie do Limy. Postaramy sie, zeby bylo to krotkie, ale intensywne przezycie.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety