NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2006-12-19  Wenezuela. 11/12. U stop Roroimy.

Drobiazgowa kontrola bagazu gdzies w srodku Wenezueli Rzeka wylozona jaspisem. Michal, Ricardo i butelka rumu. Ta masa wody lala nam a na tabliczce ostrzegaja, zeby dla wlasnego bezpieczenstwa zrezygnowac z kapieli. Widok na Sabana Grande. Wyglada to bardzo zyznie, a w praktyce to twarda sucha trawa.


Do Santa Eleny dotarlismy spoznieni o 3 godziny dzieki drobiazgowym kontrolom wenezuelskiej gwardii. Zdarzylo sie bowiem jakis czas temu, ze zlapano turystke z plecakiem, w ktorym bylo 5kg kokainy. Tak wiec autokar zostal zatrzymany, kazdy dostal swoj plecak i trzeba bylo sie rozpakowac. Bystrzy zolnierze pieczolowicie przegladali wszystkie pakunki, w ktorych mogloby zmiescic sie 5kg koki ignorujac wszystko co objetosciowo nie sprostaloby wyzwaniu. Nikt nie oszuka gwardii po raz drugi w ten sam sposob!
Spoznienie oznaczalo, ze wycieczka na Roroime nie zacznie sie dzisiaj. W zamian zostalismy zabrani na kilkugodzinny objazd Gran Sabany (Wielkiej Sawanny). Bylo warto. Najpierw ogladalismy strumien, ktorego dno stanowil jaspis - polszlachetny kamien normalnie wydobywany spod ziemi. Zaczelo lac, wiec sie rozebralismy i poszlismy kapac pod wodospadem. Ale wisienka na torcie ciagle jeszcze byla przed nami. Jadac po okrutnych wybojach minelismy zakaz poruszania sie samochodami, po czym zaparkowalismy przy rwacej rzece, tuz obok zakazu kapieli. Zostalismy poinformowani, ze obowiazuja stroje kapielowe po czym powedrowalismy pod 7-metrowy wodospad, szeroki na 50 metrow. W przeciskaniu sie nad i pod skalami (wlaczajac w to czolganie sie z glowa tuz nad woda) towarzyszyl nam dziki huk i butelka rumu na rozgrzanie. Brrrr ;-))) Przy okazji Ricardo zdradza nam tajemnice bezpiecznego przekraczania rzek - skarpetki. Najlepiej grube. Dzieki nim stopy przestaja sie slizgac i wtedy wlasnie mozna sie przekonac jak wiele odziedziczylismy po malpich przodkach. Przy elastycznych stopach wszystkie buty do surfingu swiata moga sie schowac.
Poznym popoludniem dotarlismy do indianskiej wioski, w ktorej mielismy spedzic noc. Czekala na nas kolejna edycja pysznych ryb. Ta nazywala sie curbinata i zdecydowanie byla jedna z najlepszych.
Zbieram sie do ostatniego prysznica przed wyruszeniem. Najpierw z przerazeniem stwierdzam, ze spuscilam w toalecie zabe. Ze zwiekszona czujnoscia egzaminuje lazienke. Oprocz karalucha na zaslonce prysznicowej odkrywam bardzo swieze gniazdo os tuz nad prysznicem. Gwaltownie dochodze do wniosku, ze wcale nie potrzebuje sie kapac. Jutro umyje sie w rzece.
Wieczorem zgromadzilismy sie przy cuba libre, zeby sluchac opowiesci Ricardo. Przy okazji poznalismy sekret wenezuelskich autobusow. W przeciwienstwie do oznaczen, nie maja one klimatyzacji, lecz system chlodzenia analogiczny do stosowanego w samochodach transportujacych mieso. Nie da sie ukryc, ze istnieje pewna analogia ;-)
Jutro wyruszamy na Roroime. My czyli dwuosobowa reprezentacja Polski oraz pewien uroczy Walijczyk, ktorego poczatkowo uznalam za zbyt malo aroganckiego jak na Angola. Jednak jak wiadomo pierwsze wrazenie czasem jest bardzo mylace. Miala nam tez towarzyszyc para z Czech, ale on stlukl sobie kolano pod wodospadem i zostal wyeliminowany.
W wyprawie uczestniczy tez Miguel, bardzo sympatyczny indianin, na ktorego plecach umieszczona zostala wiekszosc zapasow jedzenia i ktory ma dla nas gotowac. Miguel szkoli sie na wspolpracownika Luisa i Ricardo i, podobnie jak my, na Roroime wchodzl po raz pierwszy.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety