NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-10-07  Polska. Powrót?

Aga smigajaca wzdluz baltyckiej plazy. Aga galloping along baltic beach. W nadbaltyckim Orzechowie z tymi, ktorzy poza rodzinami, czekali na nas najbardziej. Od prawej: Michal i Aga, Tomas i Magda, Ewa i Bartek. At the polish sea, with those, who apart from our families longed to see us the most. Jeszcze raz Orzechowo i z nami niemal kultowa gra planszowa: Settlers of Catan. Witn Bartek and Ewa, playing boardgame: Settlers of Catan. Z naszymi znajomymi w warszawskich Lazienkach. Do Agi przystawia sie szanowany pracownik Narodowego Banku Polskiego - Witek :) With our friends in Warsaw's Lazienki park. Aga getting friendly with respected Polish National Bank employee - Witek. Tak wygladaja ludzie dochodzacy do siebie po trudach wielomiesiecznej podrozy. Gregorowi niniejszym dziekujemy za swietne zdjecie. Us relaxing after strenous 8-month journey. Photo by Gregor - thanks! I na koniec, Aga piszaca ostatnia relacje i nasze dwa, male kotki syjamskie. And last, Aga writing the last story and our two siamese cats.


No i wyszło na to, że podsumowanie jest najtrudniejsze do napisania. Jak już je napiszę to nie będzie odwrotu. Trzeba będzie przyznać, że naprawdę wróciliśmy. A ja prawie trzy miesiące po wylądowaniu nadal czuję się jakoś tak nieadekwatnie. Wszystko zdaje się funkcjonować tak jak dawniej, ale ja jakbym nie mogła sobie znaleźć miejsca.
Wciąż nie przejrzałam wszystkich zdjęć. Nie zaczęłam nawet robić albumu. Podróż mieszka we mnie jak dojrzewający owoc, wciąż nie gotowy do zerwania. W głowie szeleszczą niepoukładane myśli. Tyle razy siadałam, żeby je wygładzić, nadać im jakąś formę i ciągle nie wychodzi. Minęło już tyle czasu – w końcu obiecałam, że napiszę pod koniec sierpnia – dlatego tym razem spróbuję. Przepraszam, jeśli całość zabrzmi jakoś kanciasto...
Długa podroż ułatwia koncentrowanie się na teraźniejszości. Kiedy wyjeżdżałam na 2-3 tygodniowe wakacje, kilka pierwszych dni spędzałam otrząsając się z codzienności, a kilka z ostatnich przygotowując na ponowne z nią spotkanie. Czasem zupełnie niewiele czasu zostawało w środku na cieszenie się tym, co jest. Długa podroż zostawia w środku dostatecznie dużo czasu, żeby zwolnić się z myślenia o dniu jutrzejszym. Co się okazało wcale nie być proste. Jestem tak przyzwyczajona do planowania i myślenia o tym co było, że zatopienie się w chwili, pozwolenie by aktualna czynność kompletnie mnie pochłonęła przychodziło mi z ogromnym trudem. Choć trud to niewłaściwe słowo. Powiedzieć sobie "teraz nie myśl, skoncentruj się zupełnie na tym, co się aktualnie dzieje" to jak powiedzieć sobie "nie myśl o różowym słoniu". Wszystko, co się osiąga to parada różowych słoni wszystkich możliwych rozmiarów i kształtów.
Siedząc na plaży na Galapagos i polewając sobie nogi wodą zmieszaną z piaskiem przypomniałam sobie nagle jak robiłam to będąc mała dziewczynka nad Bałtykiem, na wakacjach z babcią. Teraz i wtedy towarzyszyło mi podobne skupienie i fascynacja. Zupełny odlot. Szkoda, że tak krótkotrwały. I tam, w podróży, i tu, po powrocie, poczucie absolutnego, niczym niezmąconego szczęścia jest dla mnie krótkie i ulotne. Wszystko, co mogę robić to starać się, żeby takich chwil było jak najwięcej.
Podróżując oczekiwałam, że coś się zmieni, że wydarzy się cos niezwykłego. Któregoś dnia obudzę się i będzie inaczej niż dotąd. A nie zmieniło się prawie nic. Przynajmniej zewnętrznie. Wróciłam do tej samej pracy. Niespodzianka. Michał, zgodnie z planem, również. W naszym mieszkaniu powitały nas znajome meble i wesołe ściany. Stęskniona rodzina z uśmiechami niedowierzania czekała na nas na lotnisku. Paczki wysłane z różnych zakątków świata czekały na nas, jak wyjątkowo barwne prezenty choinkowe.
Czuję się jak pociąg, który znów trafił na tę samą, nieco zachwaszczoną po przerwie trasę. W środku rozgościli się starzy, dobrzy znajomi i kilku starych, nielubianych. A do tego nowi, nie zawsze spodziewani goście.
Zmiany następują systematycznie, powoli. Nasze doświadczenia nas kształtują. W podroży jest ich po prostu trochę więcej. Z dala od rutyny nasze zmysły są bardziej wyostrzone, zdolne więcej zarejestrować i przetworzyć. Jest na to więcej czasu. Pozornie bezmyślne zapatrzenie się w przestrzeń owocuje nowymi skojarzeniami i myślami, które mnie samą zaskakiwały.
Nasza podróż, spełnione marzenie. W każdej minucie cieszyłam się, że to robimy. Nie zdarzyło się, żebym pomyślała, że żałuję. Ale dopiero po wyruszeniu uświadomiłam sobie jak bardzo bałam się tej rewolucji – zostawienia wszystkiego za sobą ze świadomością, że nie wiem, do czego wrócę. Cieszę się, ze ten strach nie podciął mi skrzydeł. Odkąd pamiętam po głowie telepało mi się powiedzenie „chcieć to móc”. Przekułam je na moją wewnętrzną prawdę i otworzyłam puszkę Pandory. Napotkani po drodze ludzie – podróżnicy i „tubylcy”, żyją inaczej, niż ktokolwiek znany mi do tej pory. Miejsca, które z perspektywy Warszawy zdawały się leżeć na końcu świata stały się dobrymi znajomymi, do których będzie można zajrzeć, jak tylko przyjdzie nam ochota. Mam poczucie, że świat stoi przede mną otworem, a w każdej chwili mojego życia będę mogła wszystko zmienić i zacząć żyć inaczej. Jeśli poczuję, że naprawdę tego chcę. To trochę przerażająca świadomość. Poczucie, że moje życie tak bardzo zależy ode mnie. Jestem sobie „sterem, żeglarzem i okrętem”. Problem w tym, że kiedy się próbuje, popełnia się błędy. A ja, „pani doskonała”, mam ogromna trudność w wybaczaniu sobie popełnionych błędów. Prześladują mnie potem, jak drapieżne ptaki czekając na moment słabości, żeby boleśnie uderzyć. Podróż dała mi więcej siły, żeby z tym walczyć. Żeby próbować, bo próbowanie to dla mnie jest życie. Podobno im ludzie robią się starsi, tym bardziej boja się śmierci. Zastanawiam się jednak czy czasem oni tak naprawdę nie boja się życia. Pogrążeni w rutynie zapominają o swoich marzeniach. Żyjąc w poczuciu obowiązku tracą radość i energię, bez których życie staje się jedynie wegetacją. Przynajmniej moim zdaniem.
Dlatego zasłuchałam się w siebie. Nastroiłam się na moje wewnętrzne radio i słucham, co mam sobie do powiedzenia. Gdzie kończę się ja, a zaczynają oczekiwania otoczenia. Próbuję żyć bardziej uważnie, baczniej się wszystkiemu przyglądać, głębiej docierać, więcej rozumieć, eksperymentować z otaczającą mnie rzeczywistością i nie wierzyć innym na słowo, że „jak A to B”. Myślę, że powrót na stare szlaki jest przez to powrotem dojrzalszym, bo bardziej moim.
Kiedy włączy się ciekawość, przygodą może być podróż tramwajem przez znajome miasto. Myślę, że tak naprawdę to ja jeszcze nie wróciłam z tej podróży.
Obok mnie, jak zawsze, jest Michał. Przed wyjazdem niektórzy pytali nas czy się nie boimy tego, że przez tyle czasu będziemy bez przerwy razem. Nie baliśmy się. Przez te 8 miesięcy byliśmy dla siebie towarzyszami, a nie więźniami. „Dąb i cyprys nie rosną wzajem w drugim cieniu”*. Nasze radia jeszcze precyzyjniej, niż do tej pory, nastroiły się na siebie. Słuchamy się, żeby dokładnie wszystko zrozumieć, akceptujemy bez warunków dodatkowych i wciąż wspieramy w podróży przez życie. Ostatnio dołączyły do nas koty. Dwa syjamy o niewinnie niebieskich oczach. Pieszczochy, tak jak i my. Myślimy o powiększeniu rodziny. I snujemy marzenia o kolejnych podróżach...

* „O małżeństwie” - Khalil Gibran, „Prorok”

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety