NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-07-23  Wielka Brytania, Edynburg i Londyn, 5-15/07. Koniec?

Aga i Marta przemierzajace bezkresne szkockie wzgorza... Aga and Marta walking endless scottish hills... ... w samym sercu Edynburga. ...in the very heart of Edinburg. Kolejka szczesliwych pasazerow w oczekiwaniu na wiesci o swoim bagazu. A line of happy passangers waiting for news on their luggage. Taki maja zamek w Edynburgu! The castle, they have in Edi! Glowna ulica miasta. City's main street. Stad sie biora slynne londynskie budki telefoniczne. The famous phone boxes - this is how they are created. Po najfajniejsze tostery i suszarki zapraszamy do Londynu. The coolest tosters and hair dryers - only in London. We will rock you! And they did. Aga, Paula i londynski park. Aga, Paulina and one of London parks. Ulubiony brytyjski admiral i jeden z kilkuset samolotow przemierzajacych codziennie niebo na Londkiem. England's fauvorite admiral and one of hundreds planes cruising the London sky every day. I my tez niczego nie zalujemy. And ourselves too, we regret nothing.


Po dwoch godzinach na lodce, osmiu w autobusie i dwunastu w jednym i dwoch w drugim samolocie w koncu docieramy do Edynburga. Opoznienie odlotu, a nastepnie spoznienie naszego samolotu z Bangkoku zostawia nam ekscytujace pol godziny na przesiadke. Nasz bagaz ma mniej szczescia niz my. Ustawiamy sie w kolejce w sprawie zguby. Razem z nami stoi jakichs piecdziesieciu innych pasazerow. British Airways w koalicji z Heathrow Airport dokonalo tego, co nie udalo sie zadnej innej linii lotniczej na naszej trasie. O ile jeden z naszych plecakow juz do nas leci, losy drugiego pozostaja nieznane.
Niespecjalnie poruszeni (jestesmy w koncu w cywilizowanym kraju) ladujemy sie do autobusu, z Andrzejem, naszym ambasadorem na Szkocje i Zjednoczone Krolestwo. Pochmurne niebo i lekka mzawka wskazuja, ze nie trafilismy na jeden z dwoch dni lata w tej czesci Wielkiej Brytanii. Z intensywnie zielonych wzgorz wychylaja sie solidne kamienne domy, w zasadzie nieznacznie tylko rozniace sie od szarych skal porastajacych okoliczne trawy. Pietrowe autobusy statecznie suna ulicami w towarzystwie klasycznych czarnych taksowek. Chodnikami wedruja ludzie w towarzystwie obowiazkowych parasoli.
W lodowce tradycyjnego edynburskiego domu znajdujemy suszona polska kielbase. Ze swiezym polskim chlebem z okolicznej piekarni smakuje jak powrot do domu.
Z poblazliwoscia dla naszego oszolomionego zegara biologicznego spedzamy dzien na nadrabianiu konwersacyjnych zaleglosci z Marta, przyjaciolka Michala, i Andrzejem. Kolejne dwa dni mijaja nam na wydeptywaniu wiekowych uliczek Edynburga. To klimatyczne miasto, ktore dlugo nie pozwoli nam o sobie zapomniec, jest domem dla zupelnie sporej grupy naszych rodakow. Gdy w sklepie z pamiatkami stwierdzamy, ze wreszcie trafiamy na ladna Szkotke, wpada jej kolezanka - "Baska, masz rozmienic?" Piecioosobowa zaloge subway'a, jednego z nielicznych miejsc, gdzie w normalnej cenie mozna zjesc w miare normalny posilek, rowniez stanowia sami Polacy. Zamawiajac jedzenie w rodzinnej mowie czujemy sie juz w zasadzie jak w domu.
W sloncu walczacym o lepsze z deszczem chloniemy uroki Edynburga. Polozone trzy pietra ponizej poziomu ulicy Mary King's Close opowiada nam historie sredniowiecznego miasta i jego mieszkancow. Okoliczne wzgorze Wiktorii bezwstydnie odslania przed nami panorame miasta - morze polyskuje zalotnie, zamek szczerzy obronnie mury ze swojego niedostepnego szczytu gorujac nad szeregami kamiennych domostw. Dogladaja ich rozciagniete po horyzont miekko zielone wzgorza, nieudolnie skrywajace surowe szare skaly. Odlany z brazu piesek wciaz czeka na swojego pana, nawiedzony cmentarz nie chce odslonic przed nami zadnych mrocznych sekretow, a tonaca w zielonej gestwinie rzeka udaje, ze jest ze wsi.
Przed polnoca odzyskujemy w koncu nasz plecak, ktoremu malo bylo podrozowania z nami, i wyruszamy w strone stolicy Zjednoczonego Krolestwa.
Tu, ulegajac wielowiekowej niedzielnej tradycji kierujemy sie w strone pubu. ...Hill slynie z przechadzajacych sie tedy slaw. My trafiamy tylko na jedna znana osobe. Anne-Cecile podrozowala z nami koleja transsyberyjska, teraz bedzie nas goscic w Londynie. Plan zwiedzania uparcie nie chce nam sie zmiescic w zadnych zalozeniach. Wystawa w Tate Modern przykuwa nas na caly dzien do sztuki nowoczesnej. 16 funtow od osoby wydane na The Tower nie pozostawia nam innego wyjscia, niz zajrzec do kazdej sali i zaulka, wlaczajac w to mysie dziury. Kolekcja niezwyklosci, zrabowanych przez Brytolii przez stulecia, godzinami niesie nas przez przepastne sale British Museum. Spragnieni kultury nadwyrezamy nasze bebenki na musicalu "We will rock you". Wsrod grajacego na zywca zespolu bryluje Brian May, a publicznosc szaleje. Odreagowujemy w replice szekspirowskiego The Globe, gdzie na stojaco, zgodnie z klimatem epoki, bawimy sie przy rozgrywanych wsrod publicznosci Straconych Zachodach Milosci. Skladamy tez hold Katedrze Westminsterskiej, wzgardzonej przez naszego prezydenta, ktory wszak jest wyczulony na piekno nie tylko kobiece. Anielskie glosy chlopiecego choru napawaja spokojem nasze dusze i portfele - zwolnione z obowiazku wydawania 10 funtow na zwiedzanie zabytkowej budowli. Wibrujacy zyciem Londyn przerasta nasze oczekiwania. Szczegolnie, gdy aromatu dodaje mu Paula, ktora steskniona postanowila wziac sprawy we wlasne rece i wsiadla do samolotu, zeby sie z nami zobaczyc przed wszystkimi.
Londynska metropolia, zmartwiona naszym bezkrytycznym podejsciem, doprawia na koniec nasz pobyt czarka goryczy. Kiedy kupowalismy bilet na samolot do Polski, 7.50 rano zdawala nam sie zupelnie cywilizowana godzina. Stojac na przystanku o czwartej rano, z filizanka goracej herbaty zaparzona przez Paule dla dodania nam otuchy, mamy troche inne przemyslenia. Trzy kolejne autobusy, ktore mijaja sie z rozkladem nie poprawiaja naszego nastroju. Przesiadka okazuje sie kolejna klapa. Pierwszy autobus nam ucieka, drugi nie przyjezdza, trzeci jedzie godzine zamiast piecdziesieciu minut. Ale jak to mowia - nie ma tego zlego... Teraz wiemy, ze na przesiakniete strachem przed terrorystami Heathrow mozna przyjechac na 45 minut przed odlotem i zdazyc. Wystarczy zrobic check-in w Internecie (Michal) oraz oczarowac zenskiego przedstawiciela obslugi lotniska (i znowu Michal).
Kiedy samolot nabiera szybkosci, podobnie jak ponad siedem miesiecy temu wzruszenie chwyta mnie za gardlo. Wracamy. Czy inni? Nie wiem. Przejrzymy sie w twarzach rodziny i przyjaciol, w budziku natretnym o 6 rano, w swiecacym monitorze komputera i damy znac jak to jest - wyjechac i wrocic... do siebie.
Czytajcie pod koniec sierpnia.



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety