NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-07-12  Tajlandia, Bangkok, 18-21/06. Azja oswojona.

Najwiekszy na swiecie posag lezacego Buddy. 43 m. World's largest reclining Budda monument. Droga jeszcze w Kambodzy zweza sie na moscie do jednego pasa. Ciezarowka sie nie zmiescila i na jakas godzine zablokowala przejazd. Road, still in Cambodia, narrows at the bridge. A truck did not make it and blocked it for an hour. Bangkok, 1985. Aga, lat 6, z mama w swiatyni. Aga, 6, with mum in a temple. Ta sama okolica, 22 lat pozniej. The same surrounding, 22 years later. Panstwo Rzewuscy, z corka Agnieszka w Bangkoku, 1985. Mr and Mrs Rzewuski, with their daughter Agnieszka, in Bangkok, 1985. Ta sama lokalizacja, 22 lata pozniej, z drugiej strony. The same spot, 22 years later, from another perspective. Bangkok, 1985. Aga, lat 6, z mama w swiatyni. Aga, 6, with mum in a temple. Bangkok, swiatynia przy palacu krolewskim. Temple near the royal palace. Cudnie wymalowana na scianie legenda buddyjska. Beautifully painted on the wall one of buddhist legends. Zlote posagi straznikow. Golden statues of guardians. 5-tonowy posag zlotego Buddy. O maly wlos bysmy go przeoczyli. 5 ton statue of Golden Budda. We almost missed it. Turystycznie nastawiony Bangkok bawi sie. Alkohol mozna sprzedawac do polnocy, wiec sprzedaje sie go... na wiaderka. Starczy na dluzej. Touristically focused Bangkok parties. Alcohol cannot be sold after midnight, so you may get a whole... bucket. Bangkok w objeciach rzeki. Riverside Bangkok. 5 rano. W drodze na wodny rynek. 5 am. On the way to the Water Market. Handel wsparty najnowoczesniejsza technika. Trade supported by the modern technology. Wodny rynek. Perspektywa wertykalna. Water Market. Vertical perspective. Wodny rynek. Perspektywa horyzontalna. Water Market. Horizontal perspective.


Moj wciaz wstrzasniety zoladek wymaga specjalnego traktowania, wiec zmuszamy opornego recepcjoniste, zeby upewnil sie, ze autobus do Bangkoku podjedzie w pierwszej kolejnosci pod nasz hotel. Z polgodzinnym opoznieniem i zgodnie z przewidywaniami przyjezdza po nas prawie pelny pojazd. Oczekujacym z nami bardzo cywilizowanym Wlochom chwile zajmuje pogodzenie sie z wygladem naszego srodka transportu. Klimatyzacja dziala tylko podczas jazdy i tylko pod warunkiem, ze sie otworzy okno, wpuszczajac przy tym geste tumany rdzawego kurzu z ubitej wyboistej drogi. Blondwlosy Norweg, ktory sie zapomnial i przysnal w otwartym oknie, przybral barwy ochronne. Na przystanku prosimy, zeby nie wychodzil na droge; przejezdzajace pojazdy moglyby go potraktowac jako czesc nawierzchni. Jazde urozmaicaja liczne przystanki. A to ciezarowka zaklinowala sie na moscie, a to trzeba zmienic kolo, a to nadeszla pora na lunch z przerwa na trawienie, a to w poprzek kolejnego mostu rozlozyl sie obszerny dzwig. Plotka mowi, ze nienazwana linia lotnicza oplaca nienazwana kambodzanska partie, zeby opoznic budowe drogi miedzy Angkor Wat i Bangkokiem. Zgadywanie ulatwia fakt, ze na tej trasie lata tylko jedna linia lotnicza, a w Kambodzy funkcjonuje tylko jedna partia.
Po morderczych 7 godzinach docieramy do granicy, gdzie przy szerokiej asfaltowej drodze czeka na nas klimatyzowany busik. Witamy w Krolestwie Tajlandii. Tu mile widziani sa nawet kosmici*, byleby tylko chcieli wydawac pieniadze.
Bangkok wita nas poznym wieczorem cierpliwym korkiem. W slimaczym tempie zblizamy sie do turystycznego getta. Na niewielkim obszarze ciasno upakowane stoja hostele i restauracje; patrzac na przechodzace twarze mozna zapomniec, ze sie jest w Azji. Mimo wszystko z pewnym wysilkiem znajdujemy dla siebie miejsce w akceptowalnej cenie. Ja trace swiadomosc w momencie zetkniecia z lozkiem. Michal, twardziel, idzie zwiedzac Internet.
Budze sie jeszcze bardziej podekscytowana, niz zazwyczaj. To nie pierwsza moja wizyta w stolicy Tajlandii. W powaznym wieku lat 6 przemierzalam Bangkok reka w reke z rodzicami (tata marynarz to dobra rzecz). Teraz bede tropic wlasne, mocno zatarte slady.
Nauczeni doswiadczeniem zwiedzajac Bangkok unikamy drogi ladowej. Wodny ekspres jest tak ekspresowy, ze ledwo udaje nam sie wysiasc. Drogi od nabrzeza do Krolewskiego Palacu strzeze warta honorowa zlozona ze sprzedawcow pamiatek, tandetnych parasolek oraz przewodnikow samozwancow. Nie sposob sie zgubic. No chyba, ze ktos poslucha ich zapewnien, ze Palac jest dzis nieczynny i w zamian wybierze zaproponowana przez nich wycieczke, ktorej glownym elementem skladowym sa oferujace "super okazje" sklepy.
Architektura Palacu i polozonej obok swiatyni szmaragdowego buddy oslepia. Doslownie. Zlote sciany stupy, blyszczace ceramiczne dachowki, ozdobione kolorowymi szkielkami sciany - wszystko tanczy przed naszymi zachwyconymi oczami w milionach rozblyskow. Ten festiwal bylby tandetny, gdyby nie byl taki piekny.
Na plac Siam, gdzie czeka nas kolejna atrakcja, tuk tuk zawiezie nas za pol darmo. Pod warunkiem, ze najpierw zgodzimy sie pojechac do bedacego zupelnie po drodze sklepu. Nie ma mowy, wolimy zaplacic wiecej i sami decydowac, gdzie jedziemy.
Przy Centrum Handlowym Siam Warszawa ze swoimi Arkadiami i Galeriami Mokotow moze sie schowac. Marki rodem ze swiatowych wybiegow (niestety rowniez w swiatowych cenach), salon wystawowy Steinbecka, oszklone studio radiowe, dopieszczone restauracje, klinika, najwieksza anglojezyczna ksiegarnia jaka widzielismy w kraju nieanglojezycznym, centrum edukacyjno-rozrywkowe dla dzieci i oczywiscie multiplex, w ktorym bedziemy ogladac Piratow z Karaibow. Przed filmem wszyscy wstajemy, zeby w skupieniu wysluchac tajskiego hymnu i oddac hold krolowi. To sie nazywa wychowanie patriotyczne.
Wracajac w nocy do naszej dzielnicy, wsrod glucho zamknietych sklepow i restauracji, zastajemy ja pijana glosnym kolorowym tlumem, neonami, knajpami i stoiskami. Przenosne bary reklamuja mocny alkohol sprzedawany na... wiaderka. Nikt tu nie pyta o dowod. W jednym z nich spotykamy Jacka, Anglika z ktorym przemierzalismy australijski Park Narodowy Kakadu. Ku jego rozczarowaniu nie jestesmy zainteresowani obejrzeniem lokalnej atrakcji, ping-ponga rozgrywanego przez raczej mniej niz bardziej ubrane panie.
Swiatynia zlotego buddy to jakas wielka sciema, wymienamy sie opiniami z innymi backpackerami wychodzacymi z budynku. Pretendujacy do bycia szczerozlotym posag wyglada niewiarygodnie nawet dla moich krotkowzrocznych oczu. Polujacy przed swiatynia kierowca tuk tuka potwierdza, ze jestesmy we wlasciwym miejscu. Ale ten budda wcale nie jest zloty - stwierdzamy z wyrzutem. To gdzie wyscie byli?! - pyta zdumiony kierowca pokazujac na boczna alejke prowadzaca do autentycznego buddy. Potulnie idziemy obejrzec imponujacy szczerozloty posag, po czym wybieramy sie na przechadzke po okolicznym chinatown. Tutaj przynajmniej nie musimy sie zastanawiac czy mamy do czynienia z oryginalami.
Noc spedzamy w Damnoen Saduak, gdzie o swicie, zanim szturm przypuszcza zorganizowane wycieczki, jedziemy z lodki ogladac plywajacy rynek. Ze swoich drewnianych lupinek pomarszczone staruszki sprzedaja owoce i poranne kluski. Sklepiki z pamiatkami przytulaja sie do kanalow, zachecajac do zakupu wyrobow, od ktorych mocno wieje tandeta. Mimo deszczu, ktory nieco przetrzebil kolorowy rynek, nie mozemy sie oprzec jego urokowi. Z miejscowki pod daszkiem dyskretnie przygladamy sie codziennosci nawodnych mieszkancow tych okolic.
Z powrotem w Bangkoku urzadzamy sobie spacer przez mniej turystyczna okolice. Mniej dopieszczone i starsze budynki maja czar autentycznosci. Wsrod poprzecinanych kanalami uliczek ukrywaja sie finezyjne swiatynie. Dzieciaki, ktore wysypaly sie z pobliskiej szkoly, przygladaja nam sie ciekawie.
Czas na chwile prawdy. Centrum handlowe ciagnie nas z nieodparta sila. Co tu duzo mowic, mieszczuchy stesknilismy sie za znajoma oszczedna estetyka wnetrz, swojskimi smakami i nieprzepoconymi koszulkami. Zaopatrzeni w pyszne lody wyciagamy sie wygodnie w sali kinowej przezywajac przygody Shrecka i trzynastki Oceana. Dopieszczeni opuszczamy Bangkok, oswojony kawaleczek Azji i obieramy kurs na Chiang Mai, znane z tego, ze ma rownie duzo swiatyn, co stolica Tajlandii.

* Instrukcja na granicy odnosi sie do obcokrajowcow jako "aliens", czyli obcy, kosmici.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety