NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-07-03  Wietnam, 6/06-12/06. Good morning?

Flaga Wietnamu, powiewajaca na naszej dzonce w zatoce Halong. Viatnamese flag on our junk in the Halong Bay. Poczatek podrozy z laotanskiego Sam Neua do Ha Noi. Nigdzie nas bardziej nie wytrzeslo. The most bumpy part of our journey: from Sam Neua (Laos) to Ha Noi (Vietnam). No to wchodzimy... Entering Ruch w Ha Noi zdominowany jest przez motocyklistow. Jednokomorkowych. Ha Noi's traffic dominated by bike-riders. Some with cell phones. Przepiekna jaskinia w zatoce Halong. Tylko po jakie licho te kolorowe swiatla?! Beautiful cave in Halong bay. Why did they come up with the ugly lights?! Dzonki stloczone pod wyspa na ktorej jest jaskinia. Na szczescie to jest jedyne tak zatloczone miejsce. Junks crowding by the cave island. Fortunatelly the rest of the bay is not as crowded. Zatoka jest wypelniona setkami strzelistych wysepek-gor. The bay is filled with hundreds of steep islands-mountains. Niektore wysepki kryja w sobie tajemnicze jeziora. Some of the islands hide amazing lakes. Halong Bay. Halong Bay. Nasza wesola gromadka wspolnie podziwiajaca zatoke. The group with which we enjoyed the bay. Halong sunset. Wietnamska nalewka wezowa. Vietnamese snake liqouir. Urocze Hoi An noca. Charming Hoi An by night. Jeden z zakladow rzemieslniczych zatrudniajacych niepelnosprawnych. Jest to czesta forma pomocy ludziom w tej czesci swiata. One of the workshops employing handicapped people. A popular way of help in this part of the world. Hoi An, rzeka. Hoi An, river. Hoi An. Obieranie bambusa :) Peeling a bamboo :) Hoi An. Uroczo, ale zar leje sie z nieba. Charming, but the temperature just reached 40C. Hoi An. Konkurencja w sprzedazy detalicznej. Retail sales competition. Most japonski w wietnamskim Hoi An. Japaneese bridge in vietnamese Hoi An. Pociag z Hoi An do Ho Chi Minh City (Sajgonu). Komfort i bezpieczenstwo. Train from Hoi An to HCMC. Comfort and safety. Przyjazna gromadka z naszego przedzialu. Karmili nas i nie palili dla nas. Friendly group from our compartment. They shared food with us and restrained from smoking for us. Wietnam z okna pociagu. Vietnam from the train window.


Zblizanie sie do Wietnamu znaczy pogarszajacy sie stan autobusow i drog oraz rosnace ceny transportu. W wypelnionym po brzegi pojezdzie do Sam Neua, pnacym sie z duzym wysilkiem mocno pokrecona roga, jest tylko 4 obcokrajowcow oraz jeden obowiazkowy kurczak. Kolejnego dnia do granicy dowozi nas zatloczony busik, a wlasciwie jego lokalna wersja z otwarta paka przykryta daszkiem. W koncu po wietnamskiej stronie ladujemy sie do autobusu, ktory zdaje sie pamietac poczatek ubieglego wieku i z cala pewnoscia zostal wykonany dla krasnoludkow. Mozemy sie uwazac za szczesciarzy - spora ekipa obozuje tu od wczoraj, czekajac na transport w akceptowalnej cenie. Moj zoladek, wstrzasany na nieprzytomnie wyboistej drodze, ktorej nierownosci chyba nic nie amortyzuje, zdaje sie jednak tego nie doceniac. Co za duzo, to nie zdrowo, informuje mnie rozpoczynajac strajk. Sytuacji nie poprawia wpadajace przez otwarte na osciez okna gorace powietrze. Czuje sie jakby mi ktos celowal z szuszarki prosto w paszcze. Mimo zdeponowania go na noc w komfortowym klimatyzowanym pokoju w Hanoi, zoladek przykuwa mnie na wszelki wypadek na kolejny dzien do lozka. Grzecznie sie wyleguje zaopatrzona jak zwykle w kolekcje ksiazek oraz zestaw dostarczonych przez Michala filmow. Kolejnego dnia dostaje nieufna zgode, zeby wypuscic sie w miasto. Duszny upal doslownie obezwladnia. Temperatura w cieniu przekracza 40 stopni. Targani wyrzutami sumienia dajemy sie mocno naciagnac kierowcy rikszy, ktory przez godzine pedalowal za nas przez stare miasto. Znuzeni upalem mieszkancy Hanoi w mrowczym trudzie prowadza codzienne zycie wsrod straganow z jedzeniem, sklepikow z pamiatkami i noszonych na ramionach koszy z owocami, kwiatami, zielenina czy zbierana z ulicy makulatura. Panujacy nad miejskim ruchem motocyklisci poruszaja sie w niezwyklej wprost synchronizacji, nie przywiazujac zasadniczo zbyt wiele uwagi do koloru swiatel. Przejscie przez ulice, na pierwszy rzut oka ruch stuprocentowo samobojczy, okazuje sie jednak zaskakujaco proste. Fala pojazdow plynnie omija przeszkode, z nie mniejsza trudnoscia niz lawica ryb. Specjalisci od bezkolizyjnych systemow ruchu w Toyocie powinni sie temu blizej przyjrzec.
Wietnam, podobnie jak niegdys Polska, nie ma problemu z bezrobociem. W skadinad bardzo przyjemnej wegetarianskiej knajpie czekamy wiecznosc na rachunek. Ewidentnie siedmioosobowej obsludze plotkujacej przy barze trudno sie zdecydowac kto ma wziac od nas zaplate.
Znow jestesmy w kraju, gdzie slowo Polska nie brzmi pusto. Ku mojemu oslupieniu spotkana w Swiatyni Literatury Wietnamka w samych superlatywach rozwodzi sie na temat urody polskiego Slaska. Te Gliwice! To Zabrze! Ma tam rodzine i marzy, zeby jeszcze kiedys ich odwiedzic.
W koncu blogiemu lenistwu mowimy dosc i wybieramy sie na dwudniowa wycieczke do zatoki Halong. Plan wycieczki opracowal lokalny logistyczny geniusz. W biurze pojawiamy sie tuz przed osma, odczekujemy obowiazkowy kwadrans, po czym zostajemy zaproszeni na...motor, ktorym w ciagu minuty dowioza nas do autobusu. Dziekuje, to ja sie przejde, stwierdzam wspominajac emocjonujacy widok wietnamskich ulic. Na miejsce doscieramy przesadzani z taksowki do busa, zeby w koncu, po kolejnym przetasowaniu, zostac przydzieleni do jednej z lodek. Patrzac na dziesiatki dzonek zaparkowanych burta w burte przy nabrzezu i mrowie ludzi krecacych sie dokola chyle czola przed Wietnamczykami z wprawa odnajdujacymi sie w tym chaosie.
Usadowieni na dziobie zatapiamy oczy w wyrastajacych z morza skalistych gorach. Od zacumowanych na stale mieszkancow wodnej wioski, ktorzy zyja z tego co zlowia - ryb i turystow, wypozyczamy kajaki. Zachodzace slonce maluje gory na ognisty pomarancz. Dzieki uprzejmosci naszej kabiny, dusznej i wygodnie zlokalizowanej tuz obok silnika, mamy okazje przez cala noc podziwiac niebo nad zatoka. Rano cuci nas kapiel w przyjemnie cieplej wodzie. Nie tylko nas. Chinczycy na wakacjach tez lubia sie kapac. Nie widza przy tym powodu, dla ktorego mieliby powstrzymywac sie od charkania. Ja widze, a moja wyrazista pantomima skutecznie pokonuje bariere jezykowa.
Przy stoliku z widokiem na wezowa nalewke zegnamy sie z towarzyszami wycieczki. Nikt sie nie odwazyl sprobowac lokalnej specjalnosci. Zatopione w spirytusie weze wygladaja mniej wiecej rownie apetycznie co charczacy Chinczyk.
Po nocy spedzonej w wygodnym klimatyzowanym pociagu docieramy do Hoi An, naszego kolejnego przystanku. W tym miejscu juz niemowleta maja ustalona sciezke kariery. Wiecej tu salonow krawieckich niz Wietnamczykow na Stadionie Dziesieciolecia. Konkurencja jest ostra. W ciagu trzech godzin za pol darmo dostaje spodnie, uszyte na miare w wybranym wzorze. Male drewniane domki wietnamskiego wydania Kazimierza nad Wisla znacznie lepiej niz my trzymaja sie w lejacym sie z nieba skwarze. 42 stopnie w cieniu nieco przekraczaja mozliwosci naszego wewnetrznego systemu chlodzenia, stwierdzamy robiac sobie liczne przerwy w klimatyzowanym pokoju. Wydeptawszy sciezke wzdluz lokalnych uliczek z glowa zadarta do gory, gdzie architektury nie zaslaniaja najnowsze zdobycze lokalnej mody, ladujemy dobytek na plecy i ruszamy dalej.
Gorne lozka w pociagu bez klimatyzacji to wszystko co byly nam w stanie zaoferowac wietnamskie koleje z dwudniowym wyprzedzeniem. Hard sleeper do Sajgonu wyjatkowo doslownie oferuje nam twardy sen*. Deska przykryta bambusowa mata to wszystko na co mozemy liczyc. Poduszka nie pamieta kiedy ostatnio byla prana. Podwieszony pod sufitem wiatrak leniwie mieli duszne od upalu powietrze. Ludzie dla odmiany sa fantastyczni. Rodzina z dwojka dzieci dzieli sie z nami swoimi zapasami jedzenia, a Hoa, ksiegowa z Sajgonu, bardzo dobrym angielskim opowiada nam o zyciu w Wietnamie.
Z Sajgonu w gestniejacym deszczu autobusem docieramy do granicy. Wobec wody wylewanej z nieba wiadrami nasze plaszcze sa kompletnie bezradne. Celnik ze wspolczuciem patrzy w nasze wciaz zalewane splywajacymi z wlosow struzkami wody twarze i odpuszcza nam przekroczenie wizy o 2 dni. Do zaoszczedzonych w ten sposob 20$ dorzucamy jeszcze dyche i ladujemy sie w taksowke do stolicy Kambodzy. Niestety nie zalapalismy sie na kursujacy tu raz dziennie autobus.

* Hard sleeper to odpowiednik polskich kuszetek - przedzialy z 6 lozkami w kazdym.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety