NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-06-24  Laos, Luang Prabang, 29/05-02/06. Kraina miliona sloni.

Bawoli prysznic. Buffalo's shower. Swiatynia w Luang Prabang. Luang Prabang temple. Mnisi w czasie popoludniowych modlitw. Monks during afternoon prayers. Z cyklu Mistrzowie BHP: tak sie podrozuje po Luang Prabang. Safety first: travelling methods in Luang Prabang. Luang Prabang usadowilo sie na polwyspie u zbiegu dwoch rzek. Zachod slonca nad jedna z nich - Mekongiem. Luang is located on a peninsula at a junction of two rivers. Sunset over one of them - Mekong. Przerwa w czasie splywu kajakowego. Break during kayaking trip. Luang Prabang. Dzieciaki bawiace sie na ulicy Luang Prabang. Kids playing on the street of Luang Prabang. Siesta po szkole. After school session. Nasze slonie i ich dzungla. Our elephants and their jungle. Szczesliwy Michal na siusiajacym sloniu. Happy Michael on a peeing elephant. Prosze Panstwa, oto slon i jego jezdziec. Ladies and Gentleman, the elephant and its rider. Poranna toaleta. Morning bath. Malpka nie miala miseczki z woda, a byla spragniona. Monkey did not have a water bowl and seemed a little thirsty. Trekking po laotanskich wioskach. Trekking around Luang Prabang. Bawol, ktory wczesniej bral prysznic, wraca do domu. The bufflo, that earlier took shower, on its way home. Szkola w jednej z wiosek. Local school in one of the villages. Najmniejsza z wiosek przez, ktore wedrowalismy. The smallest of the villages we crossed. Zeby tylko nie uswinily prania... Dzieciaki, w najodleglejszej z wiosek, ogladaja ksiazki, ktore im przynieslismy. Kids in the most distant village we visited, looking at books we brought them. Kolejna wioska. Another village. Takie anteny telewizyjne widywalismy zaskakujaco czesto. Aerials, that we have seen suprisingly often. Mnich buddyjski. Buddist monk. Sezonowy most - co roku, po porze deszczowej trzeba budowac nowy. Seasonal bridge - every year, after rainy season, a new one has to be built. Dzieciaki bawiace sie w rzece, ktora z narazeniem zycia przekraczalismy. Kids enjoying the river, we crossed risking our lives.


W strugach deszczu niewielkim busem jedziemy rdzawa droga, ktora juz dawno wyczerpala swoje mozliwosci wchlaniania wody. Australijski outback przy tym to pestka, myslimy rozwazajac kiedy zawisniemy w rozpadlinie ponad jedna z rozleglych kaluz. Stojace na poboczu buldozery zapowiadaja szybka zmiane stanu drogi na przyjemniejszy, ale o ile mniej ekscytujacy. Granice chinsko-laotanska znacza dwa posterunki, ale rownie dobrze moglibysmy zostac teleportowani o setki kilometrow. Jedziemy wsrod otulonych gestymi chmurami wzgorz porosietych przez zachlanna na wilgoc i swiatlo roslinnosc. Wokol wykarczowanych splachetkow las drapieznie wyciaga galezie w strone zbitych w kupke bananowcow. Wzdluz drogi stoja zbudowane z wyplatanych bambusowych mat domy o dachach krytych trawa. Obok, na drewnianych rusztowaniach, zagladaja w niebo podrdzewiale anteny satelitarne. Co bardziej okazale siedziby skonstruowano z przykrytych gruba warstwa kurzu desek. Z rzadka w oczy kluje nowa murowana willa. Usadowieni pod daszkami mieszkancy przygladaja nam sie ciekawie. Nagie dzieci szukaja skarbow w zoltych kaluzach. Mlode dziewczyny skromnie zawiniete w szerokie pasy recznie tkanych materialow zawziecie kapia sie pod strumieniem wody tryskajacym z rury podlaczonej do zbiornika na deszczowke. Miedzy wioskami smigaja motorki przykryte parasolami oraz Laotanki przykryte bananowymi liscmi.
Do Luang Prabang docieramy poznym wieczorem, ciagnac ze soba nieco bezwladnych Francuzow, ktorzy z przewodnikiem w dloni probuja sie zorientowac, jakie wlasciwie sa ich plany. Weterani podrozowania, na dzien dobry nie dajemy sie naciagnac kierowcom tuktukow, zmotoryzowanych riksz. Po przejsciu 200m z dzielacych nas od centrum 4km, kierowcy zaczynaja wierzyc, ze gotowi jestesmy na dlugi spacer i kapituluja.
Ze swoimi kolonialnymi bydynkami i ogrodkami zarosnietymi przez palmy Luang Prabang wyglada jak wielka pocztowka z napisem Indochiny. Zatopieni w wygodnych fotelach z brzuchami pelnymi kolacji nagle slyszymy znajomy glos. Gekon! Nasz ulubieniec tez tutaj dotarl. Podobnie jak koty, ktorych wynurzen wysluchujemy przez cala noc. I psy, ktore probuja zagluszyc koty.
Uznajemy, ze jestesmy gotowi do wstania tak po dwunastej. A co, mozemy! Chwytamy chrupiaca bagietke na sniadanie (Francuzi pozostawili po sobie kilka dobrych rzeczy) i na sfatygowanych rowerach jedziemy ogladac miasteczko. Polozone pomiedzy Nam Khan i Mekongiem jest wyjatkowo urocze. Rybacy plucza swoje sieci w brunatnej wodzie, miedzy rozlicznymi buddyjskimi swiatyniami kreca sie ubrani na pomaranczowo mnisi, a rozparte co krok restauracje wnetrzami w zachodnim stylu porozumiewawczo zachecaja do zapoznania sie z lokalna kuchnia. W jednej z nich spotykamy sasiada, Czecha, ktory zakochal sie w Laosie i postanowil tu zamieszkac. To nie pierwszy taki czlowiek, ktorego spotykamy w naszej podrozy.
Podziwianie okolic Luang Prabang rozpoczynamy od rzeki. Razem z lokalnym przewodnikiem pakujemy sie do nowiutkich kajakow i rozpoczynamy kolejny dzien od wioslowania (Michal i przewodnik) oraz wygrzewania sie w sloncu (ja). Szum pierwszego na naszej trasie bystrza nie brzmi groznie. Tym bardziej zdziwiona probuje sie chwile pozniej wyplatac z przewroconego kajaka. Pod przeplywajacym kolo mnie czarnym kapeluszem nie znajduje na szczescie Michala. Obiekt moich poszukiwan wystaje juz z drugiej strony kajaka i prezentujac caly zestaw swojego uzebienia oglasza, ze wywrotka to jego sprawka. Z niejaka satysfakcja do konca dnia bedzie mi tez wytykal, ze pierwsze pytanie, jakie mu zadalam w sytuacji "ewidentnego zagrozenia zdrowia lub zycia" brzmialo "A gdzie masz okulary?". Wlasnie zgubil 4 pare w czasie tej podrozy.
Reszta splywu to spokojne sycenie sie niezwyklym krajobrazem. Rzeka leniwie kluczy miedzy gorami, z rzadka tylko przyspieszajac. Na brzegach chlapia sie dzieciaki, od ktorych dobiega zawsze przyjazne "sa ba diii". Przy przenosnych generatorach pochyleni nad misami Laotanczycy wypatruja w brunatnej wodzie zlota. Mlodzi mnisi brzytwami gola sobie glowy. Zycie toczy sie w swoim spokojnym tempie.
Na koniec dostajemy do wypelnienia przygotowana przez Bank Swiatowy ankiete na temat samej wycieczki oraz ogolnie naszego pobytu w Laosie. Turysci dotarli tu dosyc pozno i w zupelnie cywilizowany sposob. Haslo "sustainable turism"* widzimy na kazdym kroku, w agencjach podrozy dostepne sa ulotki na temat tego, jak poprzez zwiedzanie mozna pomagac lokalnym spolecznosciom, a obok nocnego targu rozlozylo sie stoisko sprzedajace tanie ksiazeczki, ktore mozna potem rozdawac dzieciom w odwiedzanych wioskach. W polaczeniu z pieknym krajem i jego w wiekszosci bezinteresownie przyjaznymi mieszkancami tworzy to wprost wysmienita mieszanke.
Kolejne dwa dni przeznaczamy na blizsze zapoznanie sie ze stworzeniem, ktoremu Laos zawdziecza miano krainy miliona sloni. Tylu tych zwierzat ten kraj nie widzial juz od dawna; ocenia sie, ze obecnie mieszka tu okolo 2000 sloni, w tym tylko polowa dzikich. Nam na razie wystarczy po jednym dobrze ulozonym na glowe. Na poczatek wzorem zwyklych turystow sadowimy sie na krzeselku i ruszamy na krotka objazdowa wycieczke po dzungli. Miotani na boki przy kazdym kroku zastanawiamy sie jak ludzie mogli w ten sposob podrozowac tygodniami. Z ledwie skrywana ulga stajemy znow na ziemi i idziemy zakopac sie w naszej bambusowej chatce na najgoretsze godziny dnia. Po poludniu przebieramy sie w odziez ochronna i dumnie zasiadamy na szyjach naszych osobistych sloni, zeby odprowadzic je do dzungli na noc. Miekko kolysani wedrujemy uczeszczana znacznie mniej niz ostatnio sciezka w strone zarosnietych wzgorz. Dla rownowagi podpieram sie o sloniowa glowe, czujac pod palcami przyjemnie szorstka skore i smieszne sztywne wlosy, przypominajace czupryne zdziwionego bobasa albo bardzo rzadki zarost. Mahout siedzacy za naszymi plecami dbaja, zeby sloniom nic glupiego nie przyszlo do glowy. A slonie, jak to slonie - tu krzaczek, tu trawka, tu jakas niezwykle interesujaca zapomniana kupa. O tym, ze jade na sloniu, a nie wyjatkowo statecznym psie, przypomnialam sobie jednak szybciutko, gdy moj wierzchowiec w ramach przekaski zerwal sobie podrosniete drzewo, zeby ze smakiem wsuwac co mieksze galazki.
Kolejny dzien zaczynamy wczesnie od przyprowadzenia sloni z miejsca, gdzie je wczoraj zaparkowalismy. Sloniowa noclegownie znaczy stratowana roslinnosc. Moj wierzchowiec ewidentnie jest najedzony po nocy i nie zamierza sie na zadne wielkogabarytowe rosliny. Przynajmniej do czasu. Za to swedzi go pogryziona przez komary skora. Noge mozna sobie podrapac druga noga, ale jak sobie poradzic ze swedzacym boczkiem? Odpowiedz na to pytanie dostaje chwile pozniej, rytmicznie biczowana pekami miekkich galazek.
Przed samym obozem moj slon interesuje sie nagle wiekowym drzewem i absolutnie gluchy na swiat zewnetrzny siluje sie z nim tak dlugo, az oberwie potezna galaz. Z klebowiska lisci wygrzebuje podobny do melona owoc, ktory za jednym zamachem pakuje sobie do pyska i dopiero wtedy, wyraznie zadowolony, wedruje dalej. Po chwili przed nami otwiera sie brunatna przestrzen. Statecznym krokiem wchodzimy do rzeki, gdzie slon poslusznie sie kladzie i poddaje sie rytmicznym ruchom sztywnej szczotki. Poranna kapiel w cieplej wodzie przebiega bez ekscesow. Na szczescie. Dopiero po fakcie przyznajemy sie sobie nawzajem, jakiego pietra mielismy w zwiazku ze sloniowym zwyczajem polewania sie woda z traby.
Na koniec zegnamy sie ze sloniami przekaska z bananow, ktore nasze wierzchowce delikatnie wyjmuja z naszych dloni ruchliwymi koniuszkami traby.
Nastepnie pracowicie smarujemy sie kremem z filtrem i komarozolem, szczelnie dopinamy sandaly, ladujemy na plecy plecaki i wyruszamy na wycieczke. Pieciogodzinna trasa prowadzi nas przez odosobnione wioski, zamieszkane przez lokalne mniejszosci - mowiacych wlasnymi jezykami potomkow Khmerow i Mongolow. W lejacym sie z nieba skwarze i czulych objeciach wilgotnego powietrza brniemy strumieniem oraz zdobywamy kolejne usiane polami ryzowymi wzgorza. W ramach naszego osobistego, pozytywistycznego projektu "Pojdz dziecie, ja cie uczyc kaze" zaopatrzylismy sie w kilka kolorowych ksiazeczek, ktore rozdajemy spotkanym w wioskach dzieciakom. Szczegolna sensacje nasz podarunek wzbudzil w najbardziej niedostepnej z wiosek, do ktorych dotarlismy. Trojjezyczne ksiazeczki, z historiami w jezyku lokalnym, laotanskim i angielskim, ktore mozna tez kolorowac, skupily nad soba wszystkie okoliczne dzieciaki. Najstarsze czytaja na glos, a my czujemy sie odrobinke lepiej niz chwile wczesniej.
Zmasakrowani temperatura rozplywamy sie w klimatyzowanym samochodzie. Ulicami spokojnie plyna pojazdy - rowery, skutery, riksze i samochody. Nikt sie nie spieszy, nikt sie nie denerwuje. Nienaduzywany klakson naszego kierowcy brzmi jak konsza, ktora wyspiarze zapowiadaja przyjazna wizyte.
Meczacy dzien konczymy relaksujacym masazem, ktory na glowe bije ten z Bali tak jakoscia, jak i cena.
Kolejny swit zastaje mnie z szeroko otwartymi oczami, zwarta i gotowa do rozpoczecia nowego dnia. Budzik ciagle spi, kiedy z oddali dobiegaja do mnie odglosy bebnow. Michal jest w stanie bliskim katatonii, wiec zupelnie samodzielnie sie ubieram i wyruszam w miasto. Na glownej ulicy zebraly sie juz tlumy. Usadzeni ramie przy ramieniu ludzie czekaja na swoja kolej, zeby poboznie zlozyc mnichom w darze jedzenie i picie. Pomaranczowy strumien zbliza sie drobnymi kroczkami. To poranne "tak bat", ofiarowanie, w ktorym mnisi ze wszystkich okolicznych swiatyn pielgrzymuja wokol Luang Prabang zbierajac dary, na ktorych przezyja dzien. Ostatni rzut oka i obiektywu na skapane w pierwszych promieniach slonca miasto i wyruszamy dalej.

* Zrownowazona turystyka - turystyka zorganizowana w taki sposob, zeby w minimalnym stopniu naruszyc zasoby naturalne odwiedzanego miejsca oraz, zeby lokalne spolecznosci w mozliwie najwiekszy sposob korzystaly z pieniedzy wydawanych przez turystow.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety