NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-06-14  Chiny, Lijiang i Dali, 21-28/05. Inny swiat.

Lijiang. Dragon Pool. Jedno z Waskie uliczki Lijiangu poprzetykane kanalami. Narrow streets of Lijiang scattered with streams. A na straganie, w doborowym gronie, towarzysz Mao. On the market, among other celebrities, comrade Mao. Bardzo chinskie dachy Lijiangu. Extremely chineese roofs of Lijiang. Lijiang by night. Trzy etapy rodzacej sie chinskiej architektury. Three stages of chineese house building. Budowa drog - korzyscia dla rolnictwa. Jest gdzie mlec zborze. Infastractural improvements are a benefit to farmers. Roads Mniejszosc Naxi zachowala, i wciaz wykorzystuje, swoje pismo hieroglificzne. Gratulujemy. Naxi minority preserved and still uses their own hierogliphical alphabet. Chapeau bas! O dachy Lijiangu dbac trzeba. Roofs of Lijiang - maintnance time. Kto jest z kim? Graja czarnoocy na brazowookich. Who's with whom? Black-eyed vs. brown-eyed. Lokalni kamieniarze przy pracy. Local stone-workers at work. I jak tu sie nie cieszyc. Wlasnie kupili ode mnie banana za poczworna cene. How can I not be happy? They just gave me 4-times more for a banana than locals. Lokalne specjalnosci w wersji fast-food. Local specialities fast-food style. Dzieci na calym swiecie uwielbiaja sie myc :) Children all around the world just love to wash :) Tradycja i nowoczesnosc - wersja chinska. Koncert tradycyjnej lokalnej orkiestry. Instrumenty i artysci cudem przetrwali rewolucje kulturalne Mao. Traditional chineese orchestra. Instruments and artists miraculously survived Mao's cultural revolution. Jedna z uroczych knajpek w Dali i jej niemniej uroczy klient. One of charming cafes in Dali and its no-less-charming client. Swietne, intensywnie chinskie zdjecie made by Aga. Great, intensly chineese picture made by Aga. Nasi gospodarze, ich goscie i my. Our hosts, their guests and us. A takie widoki mielismy jak jezdzilismy na rowerach w okolicach Lijiangu. Sights we enjoyed while biking around Lijiang.


Pociag wypluwa nas w centrum Kunming, stolicy prowincji Yunnan, gdzie wylewamy sie wraz z fala innych pasazerow wprost pod nogi ulicznych sprzedawcow biletow autobusowych do Dali i Lijiang. Wyposazeni w Lonely Planet nie dajemy sie oszukac. Ich cena jest o 70% wyzsza, niz w okienku na dworcu autobusowym.
Zostawiamy paszporty w ambasadzie Laosu i idziemy sie rozejrzec. W miejscu opisanej w przewodniku dzielnicy muzulmanskiej zieje wielka dziura. Czyzby Chiny jednak braly udzial w wojnie z terroryzmem? W zamian za to trafiamy na wyladowana sklepikami stara uliczke. Mozna tu kupic jadeitowa bizuterie, lokalne ciuszki, plastikowe smietniczki i rybki, i akwarium, i pieska, i kotka, i kaczuszki, i kurczaczki - zielone lub rozowe (zywe!), do wyboru. Z szoku po tych ostatnich pomagaja nam sie otrzasnac niewidomi masazysci. Polgodzinny masaz glowy i plecow na stoleczku z widokiem na piekna chinska brame kosztuje nas 8PLN. Warto, chocby zeby sie przekonac, ze nie trzeba widziec, zeby skutecznie przewedrowac cala dlugosc bolacego miesnia.
W przetrwaniu pikantnego obiadu, ktorym ziejemy w niezwyklym otoczeniu starego dworca kolejowego, pomaga nam sok z ogorka. Ten lokalny rarytas smakuje jak... sok z ogorka.
W poczekalni dworca jest wystawa zdjec; zeby sie pasazerom nie nudzilo. Na zdjeciach efekty najbardziej spektakularnych kolizji z udzialem autobusow w ostatnich latach (bo chyba nie miesiacach!). Na czerwono zaznaczone ofiary. Milej podrozy.
Nasz sypialny autobus wyglada jak statek kosmiczny. Mamy nadzieje, ze w razie zagrozenia kolizja rozwinie skrzydla i odleci. Szczesliwy Michal wyciaga sie niemal na cala dlugosc w swoim lozku 1.8m. Ja z miejsca zasypiam i podobno nawet przez sen nie przestaje szczerzyc zebow. O 6 rano autobus wjezdza na dworzec i staje. Kilkoro pasazerow wysiada, reszta spi. Dwadziescia minut pozniej zaniepokojona ide zapytac kierowcy kiedy ruszamy dalej. Komunikacja nie idzie nam ni w zab. No to z innej strony - "kiedy", "Lijiang", pytam przy pomocy naszych chinskich rozmowek. Kierowca pokazuje najpierw na podloge, a nastepnie na znaczek na szybie. Tak, wiem ze ten autobus jedzie do Lijiang. Zaraz, a moze juz jestesmy na miejscu. W odpowiedzi na "tu" oraz "juz", "Lijiang" kierowca energicznie kiwa glowa. Potwierdza to tez stojaca przed autobusem pani z albumem ze zdjeciami pokoi. To nas przekonuje. Po prostu dotarlismy na miejsce 2 godziny wczesniej. Majac nadzieje, ze nasz kierowca tez widzial zdjecia w poczekalni w Kunming, opuszczamy autobus wraz z jego spiacymi pasazerami.
Pani ze zdjeciami nie mowi ani troche po angielsku i wyglada na przedstawicielke Naxi, lokalnej mniejszosci. Jej hotel kryje sie w jednym z zaulkow starego miasta. Jasny pokoj pachnie swiezym drewnem i kosztuje 24PLN. Zostajemy.
Stare miasto Lijiang wije sie brukowanymi uliczkami, ciasno obsadzonymi kamiennymi domkami z wymyslnie zaokraglonymi chinskimi dachami. Przez cale miasteczko plyna rzeczki - dawniej kanalizacja, dzis atrakcja turystyczna. A takze miejsce gdzie lokalne kobiety robia pranie, zanim otworza jeden z tysiaca sklepikow z pamiatkami, ktore tlocza sie tu rownie gesto jak ubrani w identyczne czapeczki chinscy turysci.
Odwiedzamy lokalne knajpy dodajac do naszej galerii kulinarnych osobliwosci mieso jaka. Palce lizac. Ale tylko ze specjalnym lokalnym sosem.
Kolejny dzien spedzamy pod znakiem dwoch kolek. Najpierw wydajemy niedorzeczne 25PLN od osoby, zeby zrobic najslynniejsze zdjecie w tym regionie - jezioro, mostek i pagoda z osniezonym szczytem w tle. Odznaczone. W lokalnej szkole studenci po angielsku objasniaja nam technike produkcji lokalnego papieru oraz znaczenie niektorych hieroglifow. Dongba to jedyne plemie na swiecie, ktorych hieroglifowe pismo jest w uzyciu do dzis. Studenci sa zaskakujaco bezinteresowni. Na koniec, w ramach przyslugi, pytaja nas czy nie mamy jakichs polskich monet. Niestety zadne nam nie zostaly, ale oddajemy im wszystkie japonskie. W zamian dostajemy kawalek lokalnego papieru, ktory zaimpregnowany gorzkim korzeniem zniecheca wszelkie owady do szamania i ma ponoc przetrwac 1000 lat.
Naszym nastepnym celem jest mala wioska Baisha. Niedokladna mapa z przewodnika oraz szeroko otwarte oczy to wszystko czym dysponujemy. Jedziemy na azymut, co jakis czas stresujac zakopanych w grzadkach chlopow pytaniem o droge. Pedalujac oplotkami widzimy majaczace na horyzoncie osniezone szczyty, porosniete lasem wzgorza oraz gory smieci pietrzace sie wokol drogi. Ewidentnie czyste ulice to przywilej jedynie atrakcji turystycznych.
Boczna asfaltowa droga zasypana jest zbozem, na ktore ku naszemu przerazeniu powoli wjezdza ciezarowka. Stojacy obok chlopi w klasycznie chinskich czapkach przygladaja sie temu z zupelnym spokojem. Kawalek dalej starsza kobieta pracowicie zamiata ziarno, ktore przejezdzajace samochody wyluskaly ze zboza.
W koncu po godzinie nasz wysilek intelektualno-fizyczny zostaje nagrodzony. Baisha faktycznie jest urocza. W calosci wybrukowana - od starych chinskich domkow, przez przeznaczone wylacznie dla pieszych drozki, po obmywane wyjatkowo czysta woda kanaly. Leniwie snujemy sie uliczkami, w lokalnych restauracjach probujemy lokalnych specjalow i przygladamy sie wiekowym mieszkancom sprzedajacym z wozkow owoce, pocztowki i rozne drobiazgi. Lagodnie zachecaja do zakupu i serdecznie sie usmiechaja bez wzgledu na wynik swoich staran. Gdy po kilku godzinach zbieramy sie do powrotu, mloda Chinka, ktora przedstawia sie jako reporterka lokalnej gazety, prosi zebysmy odpowiedzieli na kilka pytan. Z przyjemnoscia. "No wiec, jak podoba nam sie Suhe." "Co?" "Suhe. Jestesmy w Suhe." "Ach, to Suhe..."
Dzien byl piekny, ale skoro przyjechalismy zobaczyc Baishe, musimy zobaczyc Baishe. Kilka kilometrow dalej wjezdzamy na wielki plac budowy. Wokol niewielkiej glinianej uliczki ostalo sie kilka starych domow. Wiekszosc jednak jest burzona, a w ich miejsce powstaja nowe, identyczne. Gdy w 1996r. trzesienie ziemi zniszczylo okolice, ostaly sie wylacznie stare kamienne domostwa. Nowoczesne, betonowe potworki posypaly sie jak domki z kart. W efekcie jest to jedyne znane nam miejsce w Chinach, gdzie nadal buduje sie domy w starym stylu.
Gdyby nie architektura, w Baishy czulibysmy sie jak we wsi na Polesiu. Z ziemi wystaja jakies znajome zielska (ziemniaki?), w chlewach halasuja swinie, krowy kreca morda nad pastwiskiem, nawet lokalny pies wybiegl przed brame, zeby nas wsciekle obszczekac. Choc na swoj sposob urocza, wioska ni w zab nie pasuje do swojego przewodnikowego opisu. Podejrzewamy, ze jego autor padl ofiara tej samej pomylki, co my. Nie mial jednak szczescia spotkac uroczej chinskiej reporterki.
W drodze powrotnej wyprzedzamy maly traktorek, podejrzliwie przypatrujac sie uszom kierowcy, ktore (tak!) sa szczelnie zakryte dlonmi. Na kierownicy, rowerowej zreszta, spoczywaja za to nogi wiekowego akrobaty. Na dzisiaj widzielismy dosc.
Dodatkowy dzien w Lijiang wykorzystujemy na to, zeby sie z premedytacja zgubic. Tuz za rogiem zatloczonej sklepikami ulicy kryje sie caly labirynt waskich drozek, uczeszczanych wylacznie przez lokalnych mieszkancow i wscibskich turystow.
Wieczorem postanawiam zazyc kultury wyzszej i wybieram sie na koncert tradycyjnej chinskiej muzyki. Na swoje usprawiedliwienie dodam, ze srednia wieku orkiestry przewyzsza 60 lat, a instrumenty, na ktorych graja, oparly sie chinskiej rewolucji kulturalnej - glownie zakopane, czasem wywiezione.
Prezentacja pojedynczych instrumentow jest dla mnie absolutnie porywajaca. Natomiast razem jakos nie chca brzmiec harmonijnie. Moze to miec pewien zwiazek z faktem, ze polowa muzykow wyglada, jakby drzemala. Po pierwszych kilku minutach dolacza do nich moj sasiad, ktory z cicha pochrapuje. Muzyke co jakis czas wzbogacaja bardziej nowoczesne rytmy, plynace z komorek rozmieszczonych strategicznie wsrod widowni. Pani za mna bez zenady wdaje sie w przydlugawa konwersacje nieznacznie tylko przyciszonym glosem. Nie wiem, czy to powietrze w zabytkowym pomieszczeniu, niezwykle wibracje antycznych instrumentow, czy pomarszczone twarze muzykow - z czasem wszyscy daja sie oczarowac. Nawet dlugie szeleszczace wyjasnienia, wyjatkowo ekonomicznie tlumaczone na angielski, nie odbieraja widowisku uroku.
Kolejny przystanek - Dali. W tym nieduzym starym miescie wiecej jest knajp, niz czegokolwiek innego. Polowa z nich oferuje bezprzewodowy Internet do nakarmienia naszego palmtopa. Wiele wyposazonych jest w wygodne kanapy, na ktorych mozna siedziec godzinami, co zreszta z duzym upodobaniem czynimy. Na ulicy zaczepiaja nas ubrane w kolorowe lokalne stroje panie, przyciszonym glosem pytajac - "Hasz? Hasz? Smoke?" Dziekujemy uprzejmie. Dostatecznie duzo nawdychalismy sie zupelnie za darmo w okolicznych knajpach. Drugiego dnia dokonujemy przelomowego dla nas odkrycia, ktore o maly wlos nie udaremnia planow odwiedzenia Laosu. Niektore knajpy w zamian za zamowienie oddaja do dyspozycji klientow swoja wideoteke. Z przerwa na krotka wycieczke rowerowa po okolicy oddajemy sie filmom bez reszty. W koncu zbieramy wszystkie niedobitki silnej woli i wyprawiamy sie do Kunmingu. Stad, wyposazeni w laotanskie wizy, jedziemy pod granice. Juz po kilku godzinach jazdy przyjemnie ciepla pogoda ustepuje miejsca dusznemu, wilgotnemu powietrzu. Ze zgromadzonych nad nami tlumnie chmur chwile pozniej zaczynaja sie wylewac wiadra wody. Znac, ze zmieniamy klimat.
Zwiekszona potrzeba korzystania z toalety trwa, nasze zoladki wciaz sa w fazie przyzwyczajania sie do azjatyckiej diety. Na przygranicznym dworcu po raz kolejny (i, mam nadzieje, ostatni) korzystam z publicznej toalety w chinskim stylu. Nad podzielonym niskimi przepierzeniami kanalem kucaja w rownym szeregu panie. Unosze glowe znad swojego kanalu w sama pore, zeby zobaczyc wypiety w moja strone tylek Chinki, ktora wlasnie skonczyla zalatwiac swoje potrzeby fizjologiczne. To z kategorii egzotycznych doswiadczen, ktorych nie chce sie powtarzac. Z rozrzewnieniem wspominam japonskie toalety. A podobno kultura japonska uksztaltowala sie na wzor chinskiej...
Na dworcu poruszenie wsrod Chinczykow wzbudza nasze sniadanie. Szprotki wymieszane z sokiem z cytryny zamaszyscie pakujemy sobie na chlebek. Kluski sa bardzo smaczne - sympatyczny chlopak, u ktorego wlasnie wymienilismy pieniadze, bezskutecznie probuje nas przekonac do urokow chinskiego sniadania, ktore nam bardziej przypomina obiad. Z nabyta podejrzliwoscia obserwujemy jego proby ustalenia dokad jedziemy dalej. Nieslusznie. Pomaga nam kupic bilet na bezposredni autobus do Udomxai w Laosie. Jestesmy dwie przesiadki do przodu, co w ciagle lejacym deszczu jest nie do pogardzenia. W ramach podziekowania dajemy mu kartke z Polski, na co on zaprasza nas do siebie, kiedy bedziemy tu nastepnym razem. Z okien autobusu machamy Chinom na pozegnanie.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety