NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-06-10  Chiny, Yangshuo, 18-20/05 . Spacer w chmurach.

Bamboo rafting, czyli splywy na bambusowych tratwach w niezwyklej scenerii. Bamboo rafting in an anusual scenery. Mimo wszystko to lozko w autobusie bylo o kilka centymetrow za krotkie. After all, this sleeper-bus bed was few inches short. Gustowny plaszcz przeciwdeszczowy i nawet na rowerach zaden deszcz nam niestraszny. Stylish raincoat and we are not afraid of any rains. A swiat z mostu wygladal wlasnie tak. This is the way the world looked from the bridge. Krete, strome sciezki w jednej z wiosek w okolicach Yangshuo. Winding paths in a small village near Yanshuo. Gora do Mahometa raczej nie przyjdzie, ale Mohomet zawsze moze byc na nia wniesiony. If you do not want to climb the mountain, volunteers will be happy to carry you there. W tych kawalkach bambusach przyrzadza sie ryz. Bardzo dobry ryz. Bamboo fried rice - delicious. Pola ryzowe w okolicach Yangshuo. Rice fields near Yangshuo. Braterstwo dusz: Irlandka, Wloszka i Polka. Soulmates: Irish, Italian and Polish. Zadrzeliscie? Nie ma powodu. Uspokajamy, ze lodka nie przejedzie bawola. Terrified? No worries. We assure you that this boat did not run the bufaloo. Slynne widoki Yunnanu. Tak slynne, ze znalazly sie nawet na banknocie 20-yuanowym. The famous sites of Yunnan. So famous that they made its way to the 20-yuan note. Rownouprawnienie w ramach prac domowych. Home tasks equal rights. Stragan roznosci w malej wiosce gdzies w Yunnanie. Conveniecne store in a tiny village in Yunnan. Poczet Mnogosc niezwyklych gor w Yunnanie jest doprawdy ujmujaca. The amount of amazing views in Yunnan is just incredible. To nie bedzie udany dzien... This will not be a good day.. Cywilizacja przeslaniajaca piekne widoki. Civilization about to cover great views. Dobra kawa? Mysmy sie nie skusili, ale kto wie. Good coffee? We did not try, but who knows. Tak sie nosi rzeczy w Chinach. The most common transportation method in China. Widok nieskazony cywilizacja. Civilization-free view. Kamienny las w okolicach Shilin. Widzielismy go tylko z pociagu. Stone forest near Shilin. We only had a glimpse from the train. Chinski autobus. Z tych niewysokich. Interior of the chineese public bus. A little small. Aga przed wielkimi herbacianymi zakupami. Aga before tea-bulk-shopping. Chinska apteka i jej dlugowieczni klienci. Chineese pharmacy and its long-living customers. Bramy Kunmingu. Miedzy sloncem a deszczem. The gates of Kunming. Between the sun and the rain.


Z ostatniego przystanku metra spacer przez granice Hong-Kongu zabiera nas w inny swiat. Do wyboru mamy kilkanascie taksowek oraz bodyguarda po szescdziesiatce. Pani nie jest w stanie pojac, ze juz mamy bilet do Yangshuo.
W przydworcowym centrum handlowym wreszcie znajdujemy normalny sklep z herbata. Opuszczamy go w towarzystwie kilograma lisci roznych odmian tego szlachetnego trunku. Zaledwie. Biorac pod uwage mozliwosc degustacji dowolnej z herbat oraz ceny na poziomie 20% polskich, chetnie zostawilabym tu cala nasza gotowke. Michal przemowil mi do rozsadku. Powinnismy zostawic troche kasy na sklepy z herbata w innych czesciach Chin. Ten facet wie jak ze mna rozmawiac.
Herbata dodala mi sil, zeby stawic czola masie krytycznej Chinczykow sprawdzajacych, czy na pewno nie szukamy jakiegos DVD. Uciekamy z centrum handlowego na ulice, gdzie ze wszystkich stron dobiega charkanie. Ten oficjalnie zakazany zwyczaj ewidentnie trzyma sie mocno. Probuje przeniknac wzrokiem przez chmure papierosowego dymu, zastanawiajac sie kiedy porcja flegmy trafi wprost na moje stopy.
Zaraz, co my tu wlasciwie robimy?!
Dwanascie godzin pozniej widok rozposcierajacy sie z okien naszego komfortowego sypialnego autobusu odpowiada na moje pytanie. Z intensywnie zielonych pol ryzowych wyrastaja spiczaste kapelusze. Woly cierpliwie brna po kolana w blocie, ciagnac zaprzezonych do nich ludzi. Pomarszczeni bezzebni staruszkowie balansuja koszami zaladowanymi zielenina albo przemierzaja rzeke na bambusowych tratwach, na ktorych przymusowo zaparkowane sa kormorany, zywe wedki. A nad wszystkimi spektakularnie goruja samotne gory.
W Yangshuo czeka juz na nas komitet powitalny wyposazony w albumy z fotografiami swoich pokoi. Na prowadzenie wychodzi Larry. Jego hostel Xi Jian* jest akceptowalny, a pokoj z lazienka czysty i zdecydowanie warty ciezko wynegocjowanych 28PLN/noc. Glodna, z coraz wiekszym znuzeniem obserwuje przedluzajace sie negocjacje na temat dalszych atrakcji. W koncu placimy za trzy dni wycieczek zrozpaczonemu gospodarzowi, ktory zapewnia nas, ze schodzac o polowe z cena musi do nas doplacac. Jakbys na tym nie zarabial, bys nam tego nie sprzedal, odpowiadamy nieporuszeni. Chcac miec wiecej czasu na zwiedzanie, zrezygnowalismy z naszego zelaznego zwyczaju przeprowadzenia dokladnego badania rynku zanim cokolwiek kupimy. I oczywiscie zaplacilismy frycowe.
W strugach rzesistego deszczu dosiadamy rowerow i wyruszamy zwiedzac okolice Yangshuo. Wokol nas Chinczycy sprawnie balansuja na swoich wehikulach z parasolem w dloni. Nisko wiszace chmury przegladaja sie w intensywnie zoltych kaluzach, okrywajac puszysta zaslona intymne czesci porastajacych okolice bajkowych gor. Ustawione tlumnie na plaskim terenie wygladaja jak kopce pozostawione przez kreta; ogromnego i w dodatku bardzo pracowitego. Wiadomo - Chinczyk.
Kolyszac sie leniwie w nurcie rzeki na bambusowych tratwach czujemy sie jak statysci na starozytnym chinskim obrazie. Tylko ten rozpostarty nad nami dziurawy kolorowy parasol jest jakby z innej bajki.
Obiad w towarzystwie Irlandki i Wloszki, towarzyszek z tej samej wycieczki, jest jak spotkanie po latach. Dziewczyny studiuja w Waszyngtonie, Valentina jest na wymianie studenckiej w Szanghaju probujac sie tu zaczepic jako korespondent zagraniczny, ale mimo roznic narodowosci i doswiadczen wiecej nas laczy niz dzieli. Bez wzgledu na osobista wiare lub niewiare, religie katolicka mamy we krwi. Rodzina to podstawa. Rodzina to znaczy rodzice, rodzenstwo, dziadkowie, kuzyni, dalecy kuzyni i przyjaciele, ktorzy spotykaja sie czesto, tlumnie i glosno - czy to wybuchami smiechu, czy awantur. Sieci powiazan to znany i uznany sposob na rozwiazywanie trudnosci formalnych, a zasady i przepisy dziela sie na zawsze sluszne oraz sluszne w zaleznosci od okolicznosci i wlasnego uznania. Efekty tak przepisow, jak i ich uznaniowosci bywaja rozne. Przykladowo, kiedy ku zaskoczeniu absolutnie wszystkich zakaz palenia w irlandzkich pubach zadzialal, nagle okazalo sie, ze potwornie w nich smierdzi i trzeba po prostu zaczac sprzatac.
Wieczorny spacer po Yangshuo prowadzi nas na nocny rynek, gdzie dziesiatki wokow konkuruja ze soba o przywilej wypelnienia naszych zoladkow. Kurczak, ktory trafia na nasz stol, znow jest pelen kosci i chrzastek. Ciekawe co robia z miesem, zastanawiamy sie wypluwajac resztki na stol, wzorem Chinczykow. Gdy w koncu odpoczywamy odurzeni bogactem zapachow, zgielk przerywa straszliwy dzwiek. Lokalna diwa wyszla za groszem na ulice. Pospiesznie zwijamy sie do hostelu.
Kolejny dzien zaczyna sie niespodziewanie o 6.15 rano. Autobus do ryzowych tarasow odjezdza wczesniej niz nasz gospodarz zapowiadal, a poza tym musimy sie przeprowadzic do zbiorowego pokoju, bo Larry "zapomnial", ze dzisiaj przyjezdza grupa. To, ze zaplacilismy za dwie noce w tym pokoju jest malo istotne. Przeciez dzisiejsza wycieczka konczy sie pozno, a nastepnego dnia wyruszamy o 5.30 rano, wiec nie ma znaczenia gdzie spimy. Zgadzamy sie, ze sie nie zgadzamy i wychodzimy z kluczem do pokoju w kieszeni i dusza na ramieniu.
U stop najslawniejszych w tym regionie tarasow ryzowych usadowila sie wioska zamieszkala przez kobiety, ktore przez cale dorosle zycie nie obcinaja wlosow. Jedna z nich trafila do Ksiegi Rekordow Guinessa z fryzura mierzaca ponad 2m. Barwnie ubrane wedruja naszym sladem z wiklinowymi koszami na plecach i nadzieja, ze cos od nich kupimy. Usmiechaja sie przy tym duzo i cieplo, wiec nie dajemy sie dlugo prosic. Przynajmniej do czasu nasycenia lokalnymi pamiatkami.
Tarasy wygladaja jak zbudowane z gigantycznych klockow lego. Rowniutko ulozone jeden przy drugim poslusznie wija sie wzdluz zboczy. W brunatnej wodzie polyskuje slonce. W drodze na szczyt towarzyszy nam nerwowa przewodniczka, probujac na sile opanowac sytuacje. Idziemy za szybko, jemy za wolno. Na jej miejsce czekaja setki kandydatow, wiec za wszelka cene musi dobrze wykonywac swoja prace.
W drodze powrotnej czeka nas jeszcze jedna atrakcja. Muzeum perel. Probujemy sobie przypomniec, w ktorym dokladnie momencie wyrazilismy chec zobaczenia tego miejsca. Jest zupelnie za darmo, probuje nas zachecic przewodniczka. Prosze - dodaje widzac, ze probujemy sie wylamac - jesli nie pojdziecie bede musiala zaplacic. Bylo od razu mowic, ze idziemy do sklepu. Zaczynamy od krotkiego wykladu na temat perel (pozory musza byc zachowane), po czym zostajemy wprowadzeni do wielkiej sali pelnej stolow wystawowych. Po dwudziestu minutach zostajemy zwolnieni z obowiazku udawania, ze wiemy po co tu przyszlismy i zbieramy sie z powrotem do hoteli. W naszym znajdujemy spakowane plecaki grzecznie stojace w zbiorowym pokoju. Polityka faktow dokonanych slabo na nas dziala. Urzadzamy awanture, ktora konczy sie zawiezieniem nas do niezlego pokoju w innym hotelu. Przy okazji okazuje sie, ze Larry zapomnial, ze wzial od nas depozyt za klucz. Nie bardzo tez rozpoznaje kwitek w naszej dloni. Pieniadze odzyskujemy dopiero po dlugiej i meczacej dyskusji. Mamy nadzieje, ze Larry Zlotousty dotrzyma ostatniej obietnicy i odbierze nas stad nastepnego dnia tuz po swicie.
Jest. Jestesmy i my, zdezorientowani panujacym na ulicy ruchem, ktory bolesnie atakuje nasze niewyspane uszy. Ewidentnie w Chinach kazda pora jest dobra, zeby uzyc klaksonu. Motocykle kreca sie tam i z powrotem, piesi rozgladaja sie za wystawionymi na sprzedaz prosto na chodniku warzywami. Jedyne o tej porze otwarte jadlodajnie serwuja zupy z makaronem.
Rzut oka na kafejki internetowe przekonuje nas, ze Chiny ida z czasem, z postepem, z osiagnieciami. Jak rowniez zapotrzebowaniem na gry internetowe. Liczni mlodziency o mocno wczorajszym wygladzie sprawiaja wrazenie wrosnietych w ekran. Przedpotopowe machiny, ktore pamietamy sprzed 5 lat zastapione zostaly szybkimi pecetami z systemem XP, pelna wersja MS Office oraz cieklokrystalicznymi ekranami. Lepiej niz w Nowej Zelandii i Australii! I w zasadzie nic w tym dziwnego, biorac pod uwage fakt, ze tu oprogramowanie jest zasadniczo pirackie.
W przejsciu w autobusie porozstawiane sa male plastikowe stoleczki, na ktorych siedza przykurczeni pasazerowie. Chinczycy to mistrzowie bhp. Z drugiej strony wlasciwie co im zalezy - im mniej ludzi, tym wiecej miejsca w tym zatloczonym kraju.
Chinski Bank Centralny mial dobre powody, zeby na 20-juanowym banknocie umiescic stojace nad rzeka Ling trzy gory. Ogluszeni przez ryczacy motor krecimy glowami we wszystkie strony, zeby na pewno niczego nie przeoczyc. W pobliskiej wiosce Xianping trafiamy na mala uliczke, ktora oparla sie chinskiej rewolucji kulturalnej. Kamienne domki chyla sie ku wybrukowanej drodze. Otwarte na osciez drzwi do domow, jedyne zrodlo naturalnego swiatla, odslaniaja starszych ludzi grajacych w karty i mah jonga. Ze scian spogladaja na nich portrety Mao, a gdzieniegdzie takze Lenina, Stalina, Trockiego i Dzierzynskiego. Sami dobrzy znajomi.
Siedzac w powrotnym autobusie widzimy wydobywajace sie z przodu kleby dymu. To nie pozar, to palacze. Jadac z glowa za oknem chlone krajobrazy i komary. Razem z wiatrem ulatuja wszystkie zwiazane z Chinami frustracje. Kraje rozwiniete sa przewidywalne, a podrozowanie po nich wygodne. Jednak to wlasnie w takich miejscach jak to czujemy, ze naprawde podrozujemy.
Zanim opuscimy nieco nudnawe Yangshuo na dobre wybieramy sie na krotki spacer. Nieodkryta przez nas dotad boczna droga okazuje sie skrywac caly labirynt waskich alejek zatloczonych dawna architektura i, oczywiscie, sklepami z pamiatkami. Z szeroko otwartymi oczami chloniemy uliczny zgielk i festiwal kolorow. Ponad ustawionymi nad rzeka straganami widzimy kapiace sie brunatne bawoly. W wegetarianskiej Lotos Café jemy najlepszy obiad od przyjazdu do kontynentalnych Chin. Gdyby nie bilet do Kunming ciazacy nam w portfelu, zostalibysmy tu kolejny dzien.
Odjezdzamy w nieznane klimatyzowanym pociagiem wygodnie wyciagnieci na swoich kuszetkach.

* Zanim ktokolwiek postanowi tam zamieszkac, niech przeczyta calosc tej historii.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety