NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-06-06  Chiny, Hong-Kong, 11-17/05. Stalowe wzgorza.

Wiezowce Hong Kongu widoczne z przeciwnej strony zatoki - Kowloonu. Skyscrapers of Kowloon seen from the other side of the bay - Kowloon. Te same wiezowce, tylko za dnia, widoczne z przeciwnej strony - wzgorza Victorii. The same skyscrapers, during the day, seen from the other side - Victoria's Peak. Mega plywajaca restauracja, w ktorej jedlismy dim sum. Mega floating restaurant where we have eaten dim sum. O to juz radosna konsumpcja samego dimsumu. And the joyfull consumption of the dim sum. A tutaj mozna bylo wybierac nasze jedzenie. This is where we could have ordered. Festiwalu jedzenia ciag dalszy. Azjatycka wersja fondue. Food festival carries on. Asian version of fondue. Kolacja z rodzina Viviana. Cala rodzina. Dinner with Viavian's family. Entire family. Wyjatkowo gustowan hala ekspozycyjna, w ktorej podpisano dokumenty o przekazaniu HK Chinom. Exceptionally stylish exhibition hall, where documents regarding hand-over of HK to China were signed. HK. Ptasi targ. Bird market. HK. Rynek rybek, bo nie rybny. Fish market. Zwykly HK i jego pietrowe autobusy. Everyday HK and its doubledeckers. HK. Michal wyraznie pod wplywem aborygenskich dzieci i ich milosci do rapu z zachodniego wybrzeza USA. Michal definitelly under influence of aboriginal kids and their love of the west coast rap. Duzy Budda na duzej wysokosci. Budda statue high-up in the air. Sklep z torebkami Louisa Vittona. I kolejka oczekujacych. Louis Vitton bags shop. And the queue to enter it. Stefan Szum - wrozbita. Brzmi to bardzo wiarygodnie. Aga wlasnie sie dowiaduje o czekajacej ja fortunie. Aga is just finding out about the fortune awaiting her. Koszykowka na najwyzszym swiatowym poziomie - dachu 16-pietrowego wiezowca. Basketball at world's highest level - the roof of 16-storey building. Makau. Widok ogolny. Z tych rzucajacych na kolana. A general view. Quite impressive. Sciezka zdrowia w parku w Makau. Tego bylo tam mnostwo! Outdoor gym in a Makau park. There was plenty of it there. Makau. Plac Senatorski. Senator Square. Ruiny kosciola Jezuitow. Ruins of the Jesuits church. Widok sprzed kosciola Jezuitow. W Makau rosnie dosc spektakularny wiezowiec. View from the Jesuit church. There is a very impressive building growing in Makau. Swiatynia w Makau i spiralne kadzidelka. W Makau. Finalistki konkursu Miss Swiata Malezyjskiego przed swiatynia... Zadnej nie zobaczymy w konkursie Miss World. Miss Malaysian World Finalists. None of them will make it to the Miss World.


Jestesmy w miescie, ktore stanowi niemal rownie fascynujaca mieszanke Wschodu i Zachodu, co Japonia. Po ulicach jezdza pietrowe autobusy, a Jackie Chan zacheca do przeznaczania kasy na Unicef i sygnalizowania swiatlami zamiaru skrecania.
Hong-Kong otaczaja porosniete gestym lasem przysadziste wzgorza. Ciekawskie drapacze chmur wspinaja sie na wyzyny swoich mozliwosci, zeby zajrzec co jest za nimi. Bezskutecznie.
Z pierwszorzednej miejscowki z samego przodu gornego pokladu autobusu podziwiamy odslaniajacy sie przed nami krajobraz. Portowe wody rozcinane sa dziobami statkow, ktore zaaferowane zmierzaja w swoja strone. Ulice przemierzaja rownie zajeci ludzie. Przy wejsciu na dworzec siedza wianuszki Chinczykow pochylonych nad tutejsza wersja szachow.
Naszym celem jest "wonderland villas" - polozona na wzgorzach dzielnica, gdzie mieszka Vivian ze swoimi rodzicami. Na Viviana natknelismy sie przypadkowo w peruwianskim Cusco. Po 15 minutach rozmowy zaprosil nas do swojego domu w Hong-Kongu, oferta, ktora trudno odrzucic.
Masywne drzwi otwiera nam szczerze usmiechniety portier. Winda z wcisnietym 16 pietrem juz czeka. Ewidentnie jestesmy mile widziani. W drzwiach domu wita nas mama Viviana. Szeroki usmiech zredukowal jej oczy do dwoch poziomych kresek. Przez dobra chwile stoimy bez slowa z plecakami na plecach w drzwiach naszego pokoju. Widok z okna jest absolutnie zniewalajacy. Hong-Kong doslownie rozlozyl sie u stop naszego usadowionego na wzgorzu wiezowca. Niestety zatoka dusi sie od smogu, ktory nasilil sie szczegolnie przez dwa ostatnie lata. Chiny przezywaja swoj rozwoj gospodarczy w klebach fabrycznego dymu. Na szczescie mieszkanie na ostatnim pietrze ma tez inne zalety. Przykladowo mozna miec na dachu prywatne boisko do koszykowki. Trzy pilki, ktore Vivian zrzucil stad na ziemie, nie zebraly na szczescie ofiar w ludziach. Z innych plusow - komary nie wyprawiaja sie tak wysoko. Czestszymi goscmi sa za to dosc pokaznych rozmiarow chrabaszcze. Chinczycy ich nie zabijaja wierzac, ze wcielaja sie w nie duchy przodkow, wyjasnia Vivian obserwujac kolujacego nad nasza kolacja intruza. Sluzaca, ktora wlasnie weszla do pokoju, nie ma takich skrupulow. Trzask gazety, ktory po chwili dociera do nas z kuchni nie pozostawia watpliwosci co do dalszych losow owada. Ona jest z Filipin, spokojnie wyjasnia Vivian.
Nastepnego dnia pakujemy sie z cala rodzina do samochodu i jedziemy zwiedzac Hong Kong. Ze szczytu wzgorza Wiktorii zagapiamy sie na miasto; najblizsze niebu ze wszystkich, ktore odwiedzilismy. Imponujace wiezowce oszalamiaja wysokoscia, ale tez zaskakuja smakiem.
Nastepnym celem jest plywajaca restauracja, gdzie gospodarze racza nas lokalna specjalnoscia. Dim sum to rodzaj pierozkow. Wobec roznorodnosci nadzienia jestesmy bez szans. Nie po raz ostatni. Przez nastepne kilka dni rodzice Viviana beda nas regularnie przekarmiac lokalnymi pysznosciami.
Obok trwa wlasnie wesele. W Chinach to bardzo powazna sprawa. Na uroczystosc zaprasza sie nie tylko cala szeroko pojeta rodzine i znajomych, ale takze wspolpracownikow rodzicow i mlodych, czy znajomych rodziny. Ilosc gosci podaje sie w 12-osobowych stolikach. Skromne jak na Hong-Kong wesele siostry Viviana liczylo bagatela 55 stolikow. Zasada zastaw sie a postaw sie ewidentnie ma zastosowanie nie tylko w naszym kraju.
Buszujac wsrod lokalnych wyrobow na Stanley market mijamy sie z polska wycieczka. Zdzichu i spolka tez zwiedzaja Hong-Kong.
Pod zlotym zniczem upamietniajacym przekazanie Hong-Kongu Chinom fotografuja sie usmiechnieci Chinczycy z dlonmi rozlozonymi w znak zwyciestwa. W zachodzacym sloncu miasto bajecznie polyskuje wszystkimi kolorami teczy.
Niedziele rodzice Viviena tradycyjnie spedzaja wokol niewielkiego zielonego stolika do gry w mahjonga. Pelne skupienia rozgrywki przerywane sa donosnymi okrzykami zwyciezcow i zwyciezonych. My za to, razem z Vivianem, wymykamy sie z domu i ruszamy w miasto. Zatloczonymi ulicami centrum plyna tlumy. O ile na ulicach panuje raczej ruch lewostronny, trudno znalezc jakas zasade porzadkujaca ruch na chodniku. Moze z wyjatkiem - "Ja ide. A ty rob co chcesz." Na pobliska uliczke wabi nas spiew. Z gestwiny drewnianych klatek dobiega bezustanny swiergot papuzek, kanarkow i innych egzotycznych ptaszkow. W oczy zagladaja im potencjalni kupcy, jak rowniez szwendajace sie od niechcenia koty i wyszczerzone w bezczelnym usmiechu wroble.
Ulica obok tonie w kwiatach, ktore nieco dalej dyskretnie ustepuja miejsca rybkom anemicznie plywajacym w foliowych torebkach, swoich prowizorycznych akwariach.
Na pobliskim ladies' market mozna kupic oryginalne podroby najznamienitszych marek zegarkow, zachwalane przez pomyslowych sprzedawcow jako reprodukcje.
Jako ze wczoraj wykazalismy sie wdziekiem osobistym i kultura oraz grzecznie dalismy sie oprowadzac po Hong-Kongu, zasluzylismy na zaproszenie na dzisiejsza rodzinna kolacje. Okazja jest obchodzony tu 13 maja Dzien Matki. Pol godziny spoznieni robimy wielkie wejscie. Przy stole siedzi juz 16 osob, czekaja tylko na nas. Mamy za to kwiaty, czym zdobywamy sympatie calej rodziny. Ktos, a raczej wszyscy, bez przerwy laduja nam na talerz nowe porcje. Z ferii jedzenia, na dlugo pozostanie nam w pamieci homar w sosie serowym oraz gotowane krewetki, zdecydowanie najlepsze jakich bylo nam dane sprobowac. Jedzenie pysznie przyprawiaja rodzinne historie. O ile dwoje pierwszych dzieci w rodzinie sumiennie realizowalo oczekiwania rodzicow, Vivian od zawsze mial wlasne pomysly na zycie. Gdy zrozpaczona mama zaoferowala dziesieciolatkowi 10 dolarow za kazdy utwor, ktory nauczy sie grac na pianinie, nieporuszony dzieciak zaoferowal mamie 10 dolarow za to, zeby nie zmuszala go do grania. Faktycznie w oczach Viviana spogladajacego na nas z rodzinnych zdjec z tamtego okresu mocno wyziera duza indywidualnosc.
Kolejny dzien zaczynamy od wjazdu kolejka linowa na okupowane przez ogromnego budde wzgorze. Gospodarze uprzedzili nas, ze kolejka czesto sie psuje. Nie zawiodla nas. Przez przeszlo dwadziescia minut dyndamy bezwladnie w powietrzu. Budda jak budda, ale widok mamy przedni. Start kazdego jumbo jeta z pobliskiego lotniska znaczy gwaltowne kolysanie naszego wagonika. To Michal podskakuje z entuzjazmu.
Z napowietrznych atrakcji nie mozemy tez przegapic wieczornego pokazu swiatlo-dzwiek. Niedlugo po zmroku niebo nad Hong-Kongiem rozswietlaja zielone lasery i grube snopy bialego swiatla. Wiezowce najpierw sie przedstawiaja ustami anglojezycznej spikerki, a potem rozpoczynaja osobliwy taniec przy dzwiekach muzyki. Strzeliste ksztalty oplataja lancuchy swiatla, mniejsze budynki puszczaja do nas oko i tez zaczynaja migotac. Po pietnastu minutach rozbawione wiezowce przypominaja sobie jednak, ze sa statecznymi konstrukcjami i zastygaja w bezruchu.
Jednodniowy wypad do Makau, bylej portugalskiej kolonii warty jest spedzenia dwoch godzin na promie i godziny w kolejkach do odprawy paszportowej. O ile Hong-Kong bije po oczach nowoczesnoscia, tu sprawy maja sie nieco inaczej. Wsrod niskich kolorowych budynkow z misternymi balkonami czujemy sie jak na europejskim starym miescie. Z nostalgia snujemy sie wsrod pozornie niepozornych domkow, nadgryzionych zebem czasu i bezpardonowo otoczonych chinskimi rikszami, straganami czy sklepikami. Odnowiony centralny plac lsni za to czystoscia. Rozlozone wokol niego wypielegnowane sklepy wygrzewaja sie leniwie w sloncu. To sceneria znana nam z europejskich pasazy handlowych. Fasada pobliskiego kosciola sw. Pawla wyglada za to jak porzucona makieta do filmu Quo Vadis (i nie mysle tu o rodzimej produkcji). W tradycyjnej buddyjskiej swiatyni toniemy w kadzidelkowym dymie, ktorego smugi zanosza prosby wiernych do obojetnych bogow. Ze swoimi zyczeniami przyszly tez tutaj obstawione przez licznych goryli finalistki wyborow miss Malezji. Patrzac na nie nie mamy watpliwosci, ze potrzebne jest im wstawiennictwo kazdego mozliwego boga.
Okretujemy sie z powrotem na prom z premedytacja ignorujac rozliczne kasyna, z ktorych Makau slynie. Oryginalnie zaprojektowane budynki, w ktorych przepych konkuruje z brakiem smaku, zachecaja do zostawienia w nich nadmiaru gotowki. Jako ze takowym nie dysponujemy, ograniczylismy sie do rzucania przez okna autobusu rozbawionych spojrzen zlotej piramidzie, podejrzanej kupce blota i innym interesujacym wynalazkom architektonicznym.
Ostatnie dni w Hong-Kongu wykorzystujemy na odkrywanie na wlasna reke swiatowej stolicy jedzenia i zakupow. Na glownych ulicach o uwage walcza najznamienitsze marki. Pod sklepem popularnego tutaj Luis Vitton ustawila sie kolejka zaaferowanych dziewczyn. Boczne uliczki oferuja inne pokusy. W licznych chinskich aptekach mozna nabyc leki na wszystko - czy zmeczenie czy potencje. Wiarygodnosci miejscu dodaja wyeksponowane w oknie wystawowym tajemnicze korzenie, ususzona jaszczurka oraz penis jelenia. Nie ujmujac niczego tysiacletniej medycznej tradycji osobiscie wolimy polskiego zaglodzonego lekarza ze standardowa oferta tabletek.
W dzielnicy SoHo restauratorzy walcza o uwage przechodniow wymyslnym wystrojem wnetrz i rownie pomyslowym menu. Wyglodniali oszczedzamy sobie spaceru na wzgorze i wybieramy najdluzsze schody ruchome swiata.
W niedalekiej uliczce sprzedawcy antykow starych i nowych zachecaja do zabrania ze soba kawalka chinskiej historii.
Na nocnym targu mozna za to kupic wszystko. To skrzyzowanie ciuchlandu ze sklepem z zabawkami i seks shopem ubarwiaja dodatkowo wrozbici, tlumnie rozlozeni w jednej z uliczek. Niecierpliwa poznac swoja przyszlosc juz dzis, ignoruje wyposazonych w laptopy fanow postepu technologicznego i kieruje sie prosto do siwego dziadka z biala spiczascie zakonczona broda. Vivian bedzie moim tlumaczem. Sedziwego Chinczyka opuscilo dzis niestety trzecie oko. Oceniajac mnie na jakies 18 lat, sporo uwagi koncentruje na moim przyszlym mezu. Kiedy w koncu przechodzi do kwestii finansowych, pod presja dociekliwego Viviana zupelnie gubi sie w cyferkach.
Pobyt w Hong-Kongu z poczatkowo planowanych 3 dni rozciagnal sie niemal do tygodnia, ktory minal zupelnie niepostrzezenie. Jak sie okazuje nie tylko nam. Gdy na stale usmiechnieta mama Viviana dowiaduje sie, ze wyjezdzamy juz dzis, po raz pierwszy widzimy jej oczy, okragle jak monetki.
Serdecznie zegnamy sie z naszymi gospodarzami i wyruszamy na podboj Chin kontynentalnych.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety