NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-05-13  Japonia, Kioto i Nara, 27/04-02/05. Tradycja i nowoczesnosc.

Gejsze, czyli damy, ktore gwarantowaly przyjemne spedzenie czasu... Geishas, ladies that guaranteed pleasant spending of time. Tradycyjny japonski automat do sprzedazy napojow oraz tradycyjnie szwajacarscy turysci, Philippe i Viviane, z ktorymi buszowalismy po Australii. Traditional japaneese vending machine and traditional swiss tourists - Philippe and Viviane, who also joined u Japonka XXI wieku i obowiazkowy znak V do zdjecia. XXI century Japaneese and the compulsory V sign for the photo. Japonka sprzed XXI wieku. Pre-XXI century Japaneese. Tradycyjny japonski ogrod, tradycyjny japonski biurowiec. Traditional Japaneese garden, traditional Japaneese office building. Najwieksza swiatynia w Kyoto. Tradycyjna, w zupelnie nowoczesnej hali, w czasie prac remontowych. The largest of Kyoto's temples. Japonka w kimonie, zakupy w siatce. Traditional Japaneese shopping. Dworzec kolejowy w Kyoto. Robi wrazenie. Train station in Kyoto. Quite impressive. Codzienne Kyoto. Everyday Kyoto. Mali Japonczycy tez zwiedzaja swiatynie. Little Japaneese guys also visit their temples. Swiatynia w Narze. Nara temple. Nara, swiatynia nr 4 z naszej listy... Nara, temple number 4 on our list. Tego Buddy... This Budda's... ... strzeze ten straznik. ...bodyguard. Widok ze swiatynie w Narze. View from the temple in Nara. Michal, Aga, Sumio i Kazuki. Sumio przed wejsciem do swiatyni. Sumio before entering the temple. Tai-chi.


Centrum rozrywki linii lotniczych Cathay Pacific wprawdzie nie umywa sie do atrakcji oferowanych przez Quantas dla lotow transoceanicznych, ale kilkanascie filmow do wyboru na zainstalowanym w siedzeniu ekranie zupelnie nas satysfakcjonuje.
Hong-Kong wita nas mdla pochmurna pogoda. I dobrze. Wcale nie zamierzamy wychodzic z lotniska. Wyposazylismy sie za to w przewodnik po nim, ktore bractwo backpakerow zostawilo w Internecie. Przewijalnia dla niemowlat przy bramce nr 2 oferuje dwa przytulne pokoje, kazdy idealny do rozprostowania dwoch mat i czterech nog. Jedyny minus to klima, ustawiona by zagwarantowac, ze w trakcie kilku minut przeznaczonych na przewijanie niemowlak osiagnie swieza temperature 4 stopni Celsjusza. Szczelnie zamknieci w swoich spiworach zasypiamy zdrowym snem, ukolysani Mozartem saczacym sie cichutko z glosnikow na korytarzu.
Podchodzac do ladowania w Osace rozgladamy sie z niepokojem. Z prawej woda, z lewej woda. Samolot pewnie trafia w waski pas ladu rozcinajacy falujacy ocean. Z braku ziemi Japonia zaczela wydzierac mu cenne metry kwadratowe powierzchni.
Przed wpuszczeniem nas w granice Japonii wladze upewniaja sie, ze nie przywleklismy ze soba SARS. Czujnik temperatury szkicuje nas na monitorze w przyjemnych zolto-zielonych barwach. Droge do kontroli paszportowej tarasuja bramki gwarantujace, ze niekulturalni gai-dzini* ustawia sie w kulturalna kolejke. Japonczycy stoja w perfekcyjnym rzadku bez wspomagaczy; na lotnisku, przed lotniskiem, do autobusu i do pociagu. Oczekujacy pojedynczy Japonczyk tworzy schludna jednoosobowa kolejke.
W hotelu w Kioto spotykamy sie z Philippem i Viviane. Meldujac sie tu kilka godzin temu uprzedzili portiera, ze na nas czekaja. Gdy wrocili ze spaceru, uradowany Japonczyk poinformowal ich, ze ich przyjaciele juz sa. W pokoju nie bylo po nas jednak sladu. Ewidentnie portier nie zauwazyl, ze po raz trzeci widzi ta sama pare; uznal, ze oni to my. Dla Azjatow jestesmy pewnie rownie identyczni, jak oni dla nas.
Przed wejsciem do niewielkiego, wedlug europejskich standardow, pokoju trzeba zdjac buty. Lazienka z wanna, dobro luksusowe, wyglada jak wymontowana z jakiegos statku, ale wszystko rekompensuje podgrzewana deska klozetowa. Kto raz sprobuje, na innej nie usiadzie. Niestety nie daje sie wcisnac do naszego plecaka.
Przed nami pierwsze wyzwanie - jak znalezc dobra i tania restauracje w miescie, gdzie w wiekszosci menu dania sa zapisane w pionie, a z ich odczytaniem maja problemy rowniez niektorzy Japonczycy**.
Pustawy fast food z pokazujacym zdjecia potraw automatem do skladania zamowien to zabawa dla amatorow, stwierdzamy zmierzajac prosto w strone majaczacej za foliowymi zaslonami zatloczonej knajpy z grillem na srodku. Kelnerka po japonsku mowi nam, ze nie ma miejsc. Poczekamy na zewnatrz, odpowiadamy po angielsku, na co ona kiwa glowa. Kiedy po raz drugi zwalniajace sie miejsce zapelniaja magicznie pojawiajacy sie Japonczycy, Michal i jego "rozmowki" wkraczaja do akcji. Przez dluga chwile obserwujemy jak za przezroczysta zaslona prowadzi ozywiona konwersacje z coraz bardziej znuzona kelnerka. Ewidentnie dziala tu jakis zlozony system rezerwacji uznajemy, niechetnym okiem zerkajac na fast food. Kiedy zaczynamy tracic nadzieje, nagle jeden z Japonczykow zaprasza Michala do swojego stolika. Jest nas wiecej? Nie ma sprawy! Daido studiuje buddyzm na Uniwersytecie w Tokio, a jego przyjaciel Ruy jest masazyta i kregarzem. Razem pomagaja nam mierzyc sie z zarobaczkowanym menu. Na stol wjezdzaja kolejno pieczone kawaleczki kurczaka, grillowana szczeka tunczyka, grzybki zapiekane z maslem w folii aluminiowej, swieze tofu z suszona ryba, smazony wegorz, kulki ryzowe z wodorostami oraz kawalki specjalnie przyrzadzonego jajka. Posilek, obficie podlany japonskim piwem oraz herbata, ktora ku naszemu zaskoczeniu dostalismy w wersji mrozonej, wyniosl nas w sumie 160PLN. I kto powiedzial, ze Japonia jest droga?*** Wieczor konczymy tradycyjnym japonskim rytualem - wymiana wizytowek. Jestesmy w pierwszym i chyba jedynym kraju na swiecie, gdzie fakt posiadania przez nas podroznych wizytowek nie jest wygodnym kuriozum, ale wrecz koniecznoscia.
Niedziela. Mapke ze sciezkami spacerowymi, ktora dostalismy w centrum informacji turystycznej, otrzymalo tez zapewne tak okolo miliona Japonczykow. W Japonii trwa Zloty Tydzien, tutejsza wersja weekendu majowego, kiedy kazdy szanujacy sie Japonczyk bierze urlop i jedzie na wakacje. Deptakiem wedruja wyposazone w aparaty fotograficzne rodziny, dziewczyny w modnych firmowych ciuchach chwiejnie posuwaja sie na wysokich obcasach, zawiniete w piekne kimona Japonki drobia w zgrabnych drewniaczkach w towarzystwie swoich mezow, rowniez w kimonach. Ludzka rzeka zaskakujaco gladko plynie waskimi uliczkami, sprawnie i subtelnie omijajac przeszkody z fotografow amatorow, lowcow pamiatek i kolejek po lody. Rozek o smaku czarnego sezamu wyglada jak kupka mulu, ale zaskakuje wyjatkowo swiezym smakiem chalwy. Zielona herbata ma cierpkawy posmak, a kwitnace wisnie delikatnie owocowy aromat. Lody sojowe i o smaku tofu zostawiamy na nastepna okazje.
Wieczorem w sushi train**** eksperymentujemy z osmiorniczkami, roznymi odmianami krewetek i innymi wynalazkami, ktorych nazw nawet nie znamy. Zasada jest jedna - nie jemy niczego, co ma oczy. Nawet jesli nimi nie mruga, zawsze moze sie patrzec na nas z wyrzutem. Jak dotad jednak surowa ryba jest dla nas nie do pobicia.
Czas pomyslec o naszej przyszlosci, uznajemy w koncu i idziemy dzwonic za noclegami na kolejne dwa dni, w czasie ktorych Philippe i Vivi beda juz w drodze do domu. Kiedy chyba po raz piaty slyszymy "sori, golden week" zaczynamy sie martwic. Po dziesiatym telefonie biore przewodnik w celu zapoznania sie z opisem miejskich parkow w Narze. Przyjdzie nam wrocic do sposobu na nocleg sprawdzonego za studenckich czasow we wszystkich skandynawskich stolicach.
Masz nowy email, komunikuje nam program pocztowy. Sumio, poznany na Bali Japonczyk, podtrzymuje propozycje oprowadzenia nas po Narze oraz (uwaga, uwaga) postanowil rozszerzyc oferte o goscine u siebie w domu. Mam malo miejsca, uprzedza. Jesli chcial nas tym zniechecic to mu sie nie udalo.
Na koniec Kioto udowadnia nam, ze jego mieszkancy nie tylko potrafia zrobic cuda z surowa ryba, ale takze wiedza jak upiec chleb. I to nie byle jaki. Takie bagietki ostatnio jedlismy we Francji. W wypielegnowanym japonskim ogrodzie spasione karpie z szeroka rozdziawa czekaja na okruszki z naszego sniadaniowego stolu.
Poznym popoludniem Sumio odbiera nas z dworca w Takaishi, pod Osaka. Jego maly domek ma dwa pietra, ogrodek na dachu i winde, zeby wszedzie dotrzec. Jego zona juz czeka z obiadem. Niezdarnie zaplatujemy nogi w ulozone wokol niskiego stolika poduszki i zatapiamy zeby w tempurze. Zapiekane w ciescie krewetki, kalmary, szparagi, baklazany i kilka innych niezidentyfikowanych obiektow sa lekkie jak piorko i rozplywaja sie w ustach. Pokrojona w cieniutkie plasterki wedlina smakuje jak polska poledwica zanim dobral sie do niej zarloczny kapitalizm, a delikatny devil's tongue sprawia wrazenie, jakby pieklo moglo byc calkiem przyjemnym miejscem. Opita piwem i sake, ktore w przeciwienstwie do najczystszego z polskich alkoholi na cieplo smakuje doskonale, odwazam sie rozprostowac jedna noge. Zdretwiala konczyna trafia pod stol i z miejsca zostaje zalana przez rozkoszne cieplo. Pod nakrytym grubym obrusem blatem grzanie chodzi pelna para.
Zanim zakopiemy sie pod regularna pierzyna, czeka nas szkolenie. Trudno nam zrozumiec po co Japonczykom osobne kapcie stojace w toalecie. Jednak zupelnie nie do ogarniecia jest system sterowania kiblem. Nasz pilot od telewizora ma mniej przyciskow. Z najwyzszym skupieniem zapamietuje, w ktorym miejscu spuszcza sie wode. Lazienka to japonski onsen (publiczna laznia z goracymi zrodlami) w miniaturze. Najpierw porzadnie myjemy sie pod prysznicem, a dopiero potem wchodzimy do wanny wypelnionej woda o stalej temperaturze 41 stopni. To wazne, bo po nas w tej samej wodzie odmiekac beda nasi gospodarze.
Wczesna pobudka stawia nas przed skomplikowanym zadaniem zjedzenia omleta paleczkami. W tej dziedzinie do perfekcji brakuje nam tylko skosnych oczu.
Po swiatyni w Narze oprowadza nas umowiona przez Sumiego anglojezyczna przewodniczka. Zbudowany w VII wieku obiekt jest najstarsza drewniana konstrukcja na swiecie. W czasie gdy tu trwala budowa, dzielni Polanie prowadzili walke o ogien do ogrzania swoich szalasow.
Po swiatynnym parku w centrum miasteczka walesaja sie jelenie, od niechcenia obwachujac kieszenie turystow w poszukiwaniu jedzenia. W ogromnym budynku glownym rozsiadl sie wielki gruby budda, a strzegacy go straznicy wygladaja, jakby za chwile mieli ruszyc do boju. Mamy nadzieje, ze akurat wtedy bedziemy zwiedzali inna swiatynie.
W drodze powrotnej Sumio malo skutecznie probuje pogodzic prowadzenie samochodu z odpowiadaniem na nasze pytania. Zapewne poznalibysmy kilka niepublikowalnych japonskich slow, gdyby Japonczycy takich uzywali. Tyle ze Ci najuprzejmiejsi ludzie na swiecie mowia uff, kiedy ucieknie im pociag i au kiedy uderza sie mlotkiem w palec. W kazdym razie z rowerami idzie Sumio zdecydowanie lepiej. Chwycil bakcyla, gdy 6 lat temu przeszedl na emeryture po 37 latach pracy w jednej firmie. Od tamtej pory przejechal miedzy innymi kawal Tajlandii, Hawaje oraz Australie - 3000km z Darwin do Adelaide. Teraz planuje wycieczke z gory na dol Chile.
W domu Kazuko zastawila na nas pulapke z sukijaki. Do wrzacej na stole misy gospodyni dorzuca plasterki wolowiny, japonskie grzybki, ryzowy makaron, tofu i warzywa tak dlugo, az zaczynamy jeczec z przejedzenia.
Pobudka przed szosta przerasta Michala. Dla mnie uczestnictwo w codziennym spektaklu kilkudziesieciu Japonczykow, ktorzy plyna w powietrzu w rytmie Tai-Chi, jest warte dwoch godzin snu. Nasladujac ich niesmialo z boku, wygladam jak brzydkie kaczatko.
Dzisiejsze sniadanie udowadnia, ze omlet to byla tylko wprawka. Zjesc paleczkami jajko sadzone z plynnym srodkiem to jest dopiero cos! Po takiej probie zasluzylismy na kolejny stopien wtajemniczenia. Poznajemy zasady gry w Go. Na planszy dla poczatkujacych dajemy sie rozgromic gospodarzowi. Potrenujemy troche i zloimy Ci tylek przez Internet, odgrazamy sie na pozegnanie, serdecznie sciskajac sie z Sumio. Dolaczamy do ucywilizowanych hord Japonczykow pielgrzymujacych sladem kwitnacych wisni.

* Obcokrajowcy
** O ile nauczenie sie mowienia i rozumienia japonskiego nie jest podobno bardzo trudne, z pisaniem i czytaniem to zupelnie osobna historia. Dla Japonczykow jeden alfabet to malo. Maja wiec trzy. Jeden dzwiek moze byc zapisany na mnostwo roznych sposobow i za kazdym razem oznaczac cos innego.
*** Zapewne ten, kto musial zaplacic 80PLN/os za najtanszy pokoj, 8PLN za bilet metra i 25PLN za wejscie do jednej z tysiaca swiatyn, ktore obowiazkowo trzeba zobaczyc. O transporcie pomiedzy miastami nawet nie wspominam.
**** Fast food, w ktorym na tasmie plyna talerzyki z 2 kawaleczkami sushi na kazdym. Rozne kolory talerzykow maja rozne ceny. Pod koniec posilku kelnerka liczy talerzyki i drukuje rachunek
***** Devil's tongue - jezyk diabla

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety