NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-05-10  Indonezja, Bali, 19-27/04. O czym szepca fale.

Wszyscy sie ciesza, ze sa na Bali. Everyone is happy to be in Bali. Przywital nas festiwal automobili z Zwykle Bali, zwykla restauracja, zwykla scena... Ordinary Bali, ordinary restaurant, ordinary scene... Poranne zakupy. Morning shopping. Poranna Gazeta :) Co z tego, ze sprzed dwoch tygodni. Tak sie ucieszylem, jak ja zobaczylem, ze pierwszy raz w tej podrozy sie nie targowalem. Morning, polish newspaper. Michal was so happy to see it, that for the first time in this trip he did not bergai Nasz maly przyjaciel z wielkim problemem w pyszczku. Bardzo lubimy gekony. Our little friend with a big problem in its mouth. Gekos rock! Tarasy ryzowe na Bali. Rice terraces. Swiete zrodla, w ktorych dokonuje sie rytualnych obmyc. Sacred springs where you can have ritual bath. Japonczyk Sumio. Jeszcze nie wiemy, ze nie widzimy sie po raz ostatni. Sumio from Japan. At that time we did not know that it is not our last meeting. Tak sie robi kawe - krok po kroku. This is how you make coffee. Step by step. Niezwykle miejsce na obiad. Widok na wulkan, ktory sam znajduje sie w kraterze znacznie wiekszego wulkanu. Monkey Forrest. Po co malpkom ogony. This is why monkeys have tails. Monkey Forrest, Ubud. Monkey Forrest, Ubud. Monkey Forrest, Ubud. Bali. Wyspa szczerze usmiechnietych ludzi. Bali. Happy people island. Pole ryzowe. Rice field. Najczesciej fotografowany widok na Bali. Chyba nie trzeba tlumaczyc dlaczego. Most photographed place on Bali. Padam. Ale z godnoscia. I am falling. With dignity, at least.


Jadac poznym wieczorem z lotniska do naszego hotelu zanurzamy sie w duszny zgielk azjatyckiego miasta. Z waskich uliczek wychylaja sie handlarze, zajmujacy swoje zapchane wszelkimi dobrami stoiska, motocyklisci klucza miedzy pojazdami i ludzmi; chodnik, nie chodnik, byle dojechac. Powietrze nasycone jest zapachem kadzidelek i orientalnych przypraw. Cichy zielony prostokat hotelowego wewnetrznego podworza dziala niczym chlodny prysznic na nasze przegrzane zmysly. Ale po chwili znow jestesmy na zewnatrz. Sarong, sarong?... Okulary, ray ban?... Yes? Taxi?... Massage?... Pliz luka... Sprzedawcy jak moga namawiaja nas na zakup swoich produktow i uslug. Sa przy tym jakby mniej namolni niz zapamietani przez nas z Chin. Wiekszosc rozumie slowo nie i bez wzgledu na wszystko wesolo sie do nas usmiecha. Moze to za sprawa wszedobylskich duszkow. W koszyczkach z palmowych lisci lokalni mieszkancy wystawiaja dla nich ofiary - owoce, platki kwiatow i dymiace kadzidelka. Na ziemi dla tych zlych, wyzej - dla dobrych.
Wypakowana sklepami, hotelami i restauracjami Kuta, stolica turystyczna Bali, zdaje sie nie pamietac swoich mrocznych chwil. O wybuchu bomby z 2003r przypomina tylko pusty plac, ogrodzony zdjeciami i imionami ofiar.
Kolejny dzien zaczynamy od wizyty na plazy. Zatloczona i brudna, z ruchliwa uliczka przebiegajaca wzdluz calej swej dlugosci, zdecydowanie nie jest imponujaca. Dzieciaki z wrzaskiem pluszcza sie przy brzegu, a opaleni surferzy spaceruja z deska pod ramieniem prezac muskuly... To my. Uswiadomilismy sobie, ze Bali to ostatnie miejsce na naszej trasie, gdzie mozemy sprobowac surfingu. Do tego niedrogo. Dwuipolgodzinny kurs podstawowy kosztuje 40USD od osoby, trzy razy taniej niz w Australii. My placimy tyle za nas dwoje; nasze zdolnosci negocjacyjne sa ciagle w formie.
Wstawanie na znanej i solidnej powierzchni plazy idzie nam pierwszorzednie. Jednak wystawieni na laske i (glownie) nielaske fal czujemy sie jak kilkulatki, ktore ledwie nauczyly sie chodzic, a juz ktos wpuscil je na lodowisko. Po godzinie udaje mi sie wstac. Po dwoch przejezdzam na desce cala fale. Tego wyczynu nie udaje mi sie powtorzyc, ale i tak dumna z siebie jestem niezwykle. Michal robi postepy w podobnym tempie i bawi sie rownie dobrze. Nawet plaza z tej perspektywy nabiera nowej jakosci.
Kolejnego ranka z bolem spogladam na Michala. Nie moge podniesc rak. Robimy przerwe, uznajemy i jedziemy ogladac Ubud. Kulturalne centrum Bali az tloczne jest od tradycyjnej architektury. Spadziste dachy zwieszaja sie ku nam pod kazdym mozliwym katem, a kamienne figury z obnazonymi zebiskami chronia wstepu do posesji. Wsrod przytulnych sklepikow dominuja galerie; z pomiedzy sztampowej tandety wygladaja artystyczne perelki.
Na centralnie ulokowanym boisku futbolowym trafiamy na zjazd old-mobili. Pontiaki, cadillaki, chevrolety, a nawet stary fiat 140 wywijaja na trawie do akompaniamentu przebranego za Elvisa Presleya muzyka. Michal zalosnie patrzy na zryta trawe. Pilkarze beda mogli tu co najwyzej zatanczyc rock'n'rolla.
Wypelniony nenufarami staw wabi nas do restauracji. Wieczorem ma sie tu odbyc pokaz lokalnych tancow. Bez wahania kupujemy bilety i rezerwujemy najlepszy stolik, zeby w miedzyczasie oddac sie w profesjonalne rece nasze obolale miesnie. Wyciagamy sie na dwoch lozkach w zacisznym pokoju, podczas gdy dwie masazystki ugniataja nas w rytm relaksujacej muzyki. Na kolacje wracamy w blogim nastroju, pachnacy aromatycznymi olejkami.
Azjatyckie spiewy maja u nas najwyzsze noty za skale ekspresji. Kostiumy tez maja ladne. I, jesli chodzi o nas, to by bylo na tyle. Zdecydowanie nie jestesmy fanami folkloru tej czesci swiata. Przynajmniej jedzenie bylo dobre; nawet jesli przy lokalnej wersji wysokiego C zeby dzwonily mi o szklanke.
Kolejny dzien zaczynamy od wizyty w malpim lesie. Zrosniety z poteznymi drzewami omszaly kompleks swiatynny wyglada bajkowo i troche mrocznie. Makaki, stali lokatorzy obiektu, wioda tu zupelnie beztroskie zycie wyzerajac owoce z ofiar skladanych bostwom i bujajac sie na lianach. Sprzedawane przy wejsciu "original monkey bananas" rowniez ciesza sie duzym powodzeniem. Owoce nalezy schowac lub blyskawicznie sie ich pozbyc. Chyba, ze ktos ma ochote wystapic w charakterze malpiej choinki.
Szwendanie sie po Ubud sprawia nam mnostwo frajdy. W jednej z uliczek nos prowadzi nas do malej lokalnej restauracji. Przy niskich stoliczkach, na poduszkach siedza wylacznie Indonezyjczycy. Menu jest dwujezyczne, kelner juz nie. Z kontenerka wybieramy sobie swieza rybke, ktora chwile pozniej laduje na naszym stole pysznie wysmazona, z okladem z lokalnego sosu. Oprocz rybki dostajemy ryz i miseczke z woda do umycia rak. W tym lokalu sztuccow nie podaje sie. Wzorem zerkajacych na nas Indonezyjczykow jemy palcami, posykujac od czasu do czasu nad goracym posilkiem.
Nadszedl czas rozejrzec sie po wyspie, uznajemy zgodnie. Pobiezna analiza tutejszego stylu jazdy przekonuje nas do wynajecia kierowcy. W pierwszej swiatyni przewodnik samozwaniec w szczegolach rozwodzi sie nad znaczeniem poszczegolnych figur. Wynagradzamy jego wysilki, ale wszystkich nastepnych konsekwentnie splawiamy. Polozone wsrod ryzowych tarasow zmurszale kamienne mury kolejnej swiatyni, z waskimi schodkami wijacymi sie wzdluz zbocza przykuwaja nas skutecznie na dluga chwile. A obok nas sympatycznego Japonczyka, przemierzajacego Bali na rowerze. Sumio oferuje sie jako przewodnik po Narze, w Japonii. Mamy dac znac jak tam dotrzemy.
W kolejnej swiatyni zastajemy odzianych w odswietne sari wiernych, obmywajacych sie w swietych zrodlach. Nastepna zachwyca nas seria malych kwadratowych daszkow, pnacych sie ostro w gore jeden nad drugim. Nie ma obaw, nie predko sie przesycimy tutejszymi swiatyniami.
Radosnie zielone pole ryzowe, obsadzone chlopami w spiczastych kapeluszach wywabia nas z samochodu. Kawalek dalej przygladamy sie jak na lokalnej plantacji rosnie kawa, kakao, zenszen, imbir i najrozniejsze inne przyprawy. Rodzina wlasciciela recznie wypala i mieli kawe na wlasne potrzeby, podczas gdy on czestuje nas wytwarzanymi tu napojami, narzekajac na panujaca w Indonezji biede i brak zabezpieczen socjalnych. W koncu zachod slonca zastaje nas nad brzegiem morza wpatrzonych jak zahipnotyzowani w swiatynie zbudowana na skale.
Ostatnie trzy dni na wyspie wykorzystujemy na to, w czym to miejsce sie specjalizuje. Michal wypozycza deske i idzie walczyc z falami. Ja korzystam z okazji i zbieram sie na nurkowanie. Jazda do Tulamben to atrakcja sama w sobie. Droga wije sie wezowato miedzy tarasami ryzowymi i malymi miasteczkami upchnietymi w gestym deszczowym lesie. Ale to wszystko blednie, gdy wraz z calym sprzetem zanurzam sie pod woda. We wnetrzu gesto porosnietego koralowcami wraku amerykanskiego okretu Liberty czuje sie jak wrzucona do wielkiego akwarium bohaterka filmu "Kochanie, zmniejszylem dzieciaki". Wielkie skalary lypia na mnie sceptycznie wydymajac usta, lawice sierzantow w idealnym porzadku przegrupowuja sily z lewej burty na prawa, a z ciemnego brzucha okretu wynurza sie napoleon. Na widok tej poltorametrowej ryby, zupelnie doslownie zdaje sie nazwanej na czesc slawnego Francuza, pospiesznie zaczynam rozgladac sie za wyjsciem ewakuacyjnym. Niestety wszystkie tabliczki informacyjne cos juz zezarlo albo zaroslo. Gigantyczna
ryba przyglada nam sie ze znuzeniem, po czym odplywa w swoja strone, odslaniajac ucztujacego niewinnie zolwia. I ja mam wierzyc, ze nic nie bylo?
Zatopiona razem z moim przewodnikiem butelka z jedzeniem budzi duze zainteresowanie towarzystwa. Z klebiacym sie tlumem czarnych ryb wielkosci mojego przedramienia czuje sie jednak nieswojo. Intuicja mnie nie zawodzi. W tloczace sie dla odmiany wokol przewodnika stadko wbija sie wielka glodna ryba i zgarnia butelke. Duzy moze wiecej.
A teraz wiadomosc dnia. Znalazl sie Nemo. Ma kobiete i razem z gromadka malych nemiatek mieszkaja w ukwiale. Na nasz widok wysforowal sie odwaznie naprzod i zaczal gwaltownie machac malymi pletwami - sio, sio. No to odplynelismy.
Kolejny poranek przyniosl nam jeszcze rekina i barrakude, ale i tak najwyzsze odznaczenie za odwage przyznaje sobie za spedzenie nocy z przerosnietym karaluchem, ktorego z narazeniem zycia, a na pewno zdrowia, zamknelam pod szklanka oraz z glupim kotem skrobiacym dach, z ktorego nie umial zlezc - przez caly czas wyobrazalam sobie jakie to potwory mieszkaja nad moim pokojem. Nastroju nie poprawil mi sms z informacja o ofertach masazu z happy endem oraz doroslych zabaw z niedoroslymi dziewczynkami ponizej 13 lat, od ktorych Michal doslownie nie mogl sie opedzic samotnie wedrujac ulica.
Z powrotem w Kucie moj surfer nie jest juz w stanie podniesc nawet szklanki z woda; przez ostatnie 8 godzin, z krotka przerwa na sen, kielznal rozbrykana deske. Z duzymi sukcesami zreszta. Dolaczam do niego, mozolnie wspinajac sie na niepoprawnie chybotliwy kawalek drewna, a glownie sluchajac o czym szepca przewalajace sie wokol mnie fale. Slonce zostawia nam na twarzach piegi, zlociste pocalunki.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety