NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-05-04  Australia, Park Narodowy Kakadu, 17-19/04. Prosimy nie karmic krokodyli.

Skacze, bo umiem. I jump, cause I can. Nasz zupelnie zwyczajny australijski przewodnik. Our totally ordinary Australian guide. A co, moze jestem gorsza? Am I less cool than that or what? Po spotkaniu z wezem juz nic mi nie straszne. After cudling a snake nothing is scary enough for me. Ta jaszczurke nasz przewodnik wypatrzyl na drzewie prowadzac samochod 110km/h. This lizard was spotted by our guide while driving a car 110km/h. A przez tego weza prawie skonczylismy w rowie. Thanks to this snake sunbathing on a road we almost ended up on a roof at a roadside. Wieczorem testowalismy wytrzymalosc lokalnej fauny na dziwne dzwieki... In the evening we tested immunity of local fauna to weird sounds... Gekon trzyma sie dzielnie... Gecko is holding strong... Hunter`s spider znalazl sobie miejscowke w toalecie i dobrze sie trzyma. Hunter`s spider found his spot in a lavatory, doing great there. Not a poisonous one luckily. Przezylismy noc z gekonami i pajakami. Teraz czas na sniadanie. We survived a night with spiders and geckos. Now it`s breakfast time. Panie plywaja w jeziorku. Panowie rzucaja sie ze skal. Ladies are enjoying a swim in a lucid waterfall lake, while the guys are throwing themselves from the rocks. Aborygenska tworczosc naskalna. Aboriginal stone art. The big guy in the middle is really important (take a look at his penis - that`s the status indicator here) I aborygenskie rysunki na naszych zbyt bialych twarzach. Aboriginal painting on our too white faces. Widok na park. Z gory krokodyli nie widac. A view of the national park. You can`t see crocodiles from up here, but they`re there, I tell you. Domek termitow. The house of termites.


Park Narodowy Kakadu zostal, oryginalnie, nazwany na czesc raczej wrzaskliwego ptaka. Nie dajemy sie zwiesc pozorom i juz ostrzymy aparat na zarloczne krokodyle, z ktorych to miejsce slynie. Z cala nasza wesola kompania ruszamy karmic te potwory nad rzeke Adelaide. Jako przygrywke nasz szalony przewodnik przygotowal niespodzianke. Wychodzi do nas szczerzac zeby, zawiniety w weza. Oliwkowy pyton z cierpliwoscia znosi kolejnych ochotnikow do zawiniecia sie w jego muskularne aksamitne zwoje. Jego diamentoglowy kuzyn wykazuje sie podobnie stoickim spokojem. W przeciwienstwie do swoich jadowitych kuzynow pytony maja zupelnie sympatyczny wyraz paszczy. Ma to sens, w koncu te urocze zwierzaki zaczynaja kolacje od przytulania.
Adelaide leniwie toczy swoje brunatne wody; jak okiem siegnac ani sladu drapieznikow. Jednak jak tylko statek odbija od brzegu spod klod i chaszczy bezszelestnie wysuwaja sie czujne nozdrza. Po chwili wokol lodki plywa piec pozornie niezainteresowanych gadow, lypiac wynurzonymi oczami w strone zebranych na pokladzie pasazerow. Kiedy ze statku w ich kierunku wysuwa sie kawal miesa na lince, zaczyna sie show. Krokodyle atakuja tylko wtedy, gdy sa pewne wygranej. Nie traca energii na prozno. Ale kiedy zaczna, nie spoczna poki zdobycz nie znajdzie sie w ich zoladku. W calosci. Odgryzanie reki czy nogi, wzorem rekinow, to dla nich amatorszczyzna. Krokodyle zeby wczepiaja sie w ofiare, wciagaja ja pod wode, potem wystarczy zrobic diabelski mlynek i juz drapieznik moze spokojnie delektowac sie utopionym posilkiem. Z tego powodu tak niewielu jest ludzi, ktorzy przezyli atak krokodyla. Naszemu przewodnikowi znany jest jeden taki przypadek. Ofiara podczas mlynka byla kompletnie bezwladna, wiec krokodyl uznal, ze juz po niej i zabral sie za odpoczynek po wyczerpujacym polowaniu. Wtedy dziewczyna uniosla sie powolutku na powierzchnie, nabrala powietrza, a potem stopniowo zaczela dryfowac w strone brzegu. Krokodyl nie byl glupi - zanim odzyskala wolnosc, musiala powtorzyc ten manewr.
Z naszego statku obserwujemy jak jeden z gadow od niechcenia podplywa pod przynete, odczekuje i w koncu wyskakuje pionowo do gory szczerzac straszne zebiska. Raz, drugi, trzeci, z drugiej strony statku, ku uciesze zgromadzonej widowni, w koncu lapie obiad z glosnym klapnieciem. Spektakl powtarza sie jeszcze czterokrotnie, w tym raz z ponad trzymetrowym potworem, ktory spokojnie moglby upolowac jednego z pasazerow. Wystarczy.
Lunch jemy nad woda. W oblepiajacym upale kazdy z nas marzy o tym, zeby sie schlodzic. Tablica ostrzegawcza skutecznie nas jednak zniecheca. Jedynymi zbiornikami wodnymi w tym parku narodowym, w ktorych na pewno nie ma krokodyli sa baseny. Wedkarze wyciagajacy na brzeg lodki nie wydaja sie jednak specjalnie przejeci. Na pobliski stol trafiaja jeszcze zywe barramundi, ogromne ryby bedace jednym z australijskich przysmakow. Przygladam im sie z zazdroscia, wspominajac smazone barramundi, ktore jedlismy z Lauren w Brisbane.
Dla ostudzenia emocji jedziemy ogladac cos, co nas na pewno nie zje - aborygenskie rysunki naskalne. Rozleniwieni jedzeniem zapoznajemy sie z pozostalymi uczestnikami wyprawy. W niewielkim 4WD siedzi nas dziesiecioro - dwoje Holendrow, Austriak, Niemiec, Francuz, Anglik i Australijka chinskiego pochodzenia, iscie miedzynarodowy tygiel. Prawie wszyscy podrozujemy dookola swiata. Wyjatkiem jest Australijka, ktora w swoim zyciu odwiedzila kilkadziesiat krajow i postanowila w koncu zwiedzic wlasne podworko oraz Niemiec, ktory ta wycieczka konczy praktyke w Chinchili. Jak to w Chinchili?! No, w Siemensie. Jak to w Siemensie?! Marcus oczywiscie swietnie zna Jordana, a my informujemy cala wycieczke, ze Chinchila jest miejscem, ktore absolutnie koniecznie nalezy odwiedzic. Sporo wspolnych tematow znajdujemy rowniez z Danielem z Austrii, ktory przez pol roku studiowal w Krakowie.
Wesola pogawedke przerywa Dean. Nasz przewodnik przy 110km/h postanowil przeprowadzic gwaltowny manewr omijania. Weza. Czarnoglowy pyton schronil sie na poboczu i zupelnie nie jest zadowolony, ze mu przeszkodzilismy. Mozna nawet zaryzykowac stwierdzenie, ze jest zupelnie wkuurzony. Syczy na nas zlowrogo pelzajac nad droga, na ktora Dean go wyciagnal. Przykryty kapeluszem przycicha; chyba rozwaza czy mu w nim do twarzy. Wyslalibysmy mu zdjecie, ale nie ma emaila. Konczymy przedstawienie i zostawiamy gada samemu sobie. Glowe dam, ze bedzie sie chwalil kumplom, ze byl badany przez obcych.
W Ubirr Aborygeni zostawili po sobie cala galerie sztuki. Kolejnym artystom nie wolno bylo niszczyc prac poprzednikow, ale mogli na nich malowac swoje prace. Kamienne sciany pokrywa platanina linii, ukladajaca sie w kangury, echidny (rodzaj jezy), ryby, wojownikow, a nawet jednego bialego czlowieka z rekami w kieszeniach. Ustami przewodnika rysunki opowiadaja nam aborygenskie historie. Opowiesc o dwoch siostrach przestrzega dzieci przed krokodylami. Inna pomaga zapamietac kiedy polowac na dlugoglowe zolwie.
Ze szczytu kamiennego wzniesienia podziwiamy niezwykla panorame Parku Narodowego. W dole rozciagaja sie intensywnie zielone laki i lasy usiane siecia billabongow*. U podnoza wallabies skubia trawke, a biale kakadu wydzieraja sie z drzew, gimnastykujac zolte piuropusze.
Noc spedzamy pod gwiazdami, od ktorych dziela nas tylko moskitiery namiotow; niebo polyskuje jak obsypana brokatem balowa suknia. Usmazony nad ogniskiem kangur w winnym sosie rozplywa sie w ustach. Na deser Dean wyciaga didgeridoo. Otaczajacy nas las ze spokojem przyjmuje nasze pierwsze upiorne dokonania. Powoli udaje nam sie naklonic tradycyjny aborygenski instrument do wydania czystego dzwieku.
Kolejny dzien zaczynamy od wedrowki przez bush. Mierzac sie z palacym sloncem z utesknieniem wyczekujemy wodospadu, ktory Dean obiecal nam na koniec. Miejscami z drzew smetnie zwisaja zbrazowiale liscie, poczerniala ziemia rozciaga sie wokol osmalonych pni. Wypalanie ziemi, tradycyjnie prowadzone przez Aborygenow, obecnie kontynuowane jest przez rangerow. Tutejszy ekosystem przywykl do nich do tego stopnia, ze teraz sa zwyczajna koniecznoscia. W ciagu tygodnia trawa sie zazieleni, a na drzewach pojawia sie nabrzmiale paki.
Woda w jeziorku, ktore rozlalo sie u stop wodospadu, jest cudownie orzezwiajaca. Otoczony skalami akwen nie daje krokodylom zbyt wielu szans. Dzien spedzamy wedrujac od wodospadu do wodospadu, pluszczac sie i nurkujac (wszyscy) oraz wspinajac sie na nagie strome skaly i rzucajac z nich do wody (panowie). Na koniec Dean daje nam do sprobowania zielone mrowki, smakujace, zdaniem odwaznych, jak swieza cytryna, i przyozdabia nas w tradycyjny aborygenski sposob. Z pokrytych farba twarzy wygladaja rozesmiane oczy; odpowiedni barwnik nie wystarczy, zeby zrobic z nas Aborygenow.
Wieczorem przy kolacji ze zgroza dowiaduje sie, ze Walzing Matilda i Billy, ktorych mialam za pare romantycznych australijskich kochankow, to lozko i czajnik. Seria ckliwych piosenek spiewanych przez Cohena, Waitsa i innych szanowanych bardow poswiecona zostala kolyszacemu sie w takt krokow materacowi, ktory wraz z zawinietym w nim dobytkiem nosili na plecach wedrujacy przez pustkowia australijscy traperzy. Z zaduma wgapiam sie w nocna trawe, ktora w swoja strone wedruja male kosmate pajaki, wolf spiders. Pobiezna lektura przewodnika po jadowitych mieszkancach Australii ujawnia, ze lepiej nie wchodzic im w droge. Nie zabija, ale zostawia bardzo trudno gojaca sie pamiatke. Wygladajacy znacznie powazniej hunters spider, ktory zarezerwowal sobie miejscowke w toalecie, jest na szczescie niegrozny.
Na dobranoc ide sprawdzic, czy ze swojej dziury w ziemi na lowy wyszedl mice spider. Rozbitych nieopodal obozem Aussies dziwi moje zainteresowanie. Jestem turystka, tlumacze. I wszystko jasne.
Ostatni dzien spedzamy zwiedzajac aborygenskie muzeum, ktore w tradycyjnej formie objasnia zwyczaje tutejszych plemion. Powiedzenie "sen jest dobry na wszystko" sprawdza sie i w tym przypadku. Udaje mi sie natomiast zapamietac, ze w kulturze Aborygenow wszystko co zyje przyporzadkowane jest dwom zywiolom, a ludzie maja 8 kolorow skory, dziedziczonych w zawily sposob. Razem daje to 16 roznych kombinacji, z ktorych kazda moze sie pobrac tylko z jedna inna. I kto powiedzial, ze to primitywna kultura... 
Okoliczna kolekcja rysunkow naskalnych okraszona dosadnymi komentarzami przewodnika jest znacznie ciekawsza. Po czym rozpoznac najpotezniejszego ducha? Ma najwiekszego penisa. Tego, ze autorami rysunkow byli mezczyzni nie musze juz chyba dodawac.
W drodze powrotnej Dean uskutecznia jeszcze jedno ostre hamowanie. Na drzewie w glebi buszu dostrzegl niewielka jaszczurke. Sklonna w chwili niebezpieczenstwa rozkladac wokol glowy kolnierz, do zludzenia przypominajacy sredniowieczne krynoliny, wobec nas zdecydowanie jest niesmiala. Polozona na grzbiecie zamiera w bezruchu, ale postawiona na lapkach gwaltownie odzywa, niemal lecac w powietrzu w poszukiwaniu schronienia. Na szczescie mijane po drodze king brown snakes** Dean zostawil w spokoju.

* Billabong to rozlewisko lub rodzaj stawu, ktory tworzy sie po duzym deszczu, szczegolnie w porze roku, kiedy pogoda oferuje niewiele innego.
** King brown - krolewski brazowy (?); najbardziej jadowity waz swiata



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety