NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-04-27  Australia, Outback, 8-15/04. The ultimate outback experience, czesc 2.

Laura i samochod, ktory napedzil jej sporo strachu. Laura and the car she saw burning. Miodne mrowki. Michal zjadl az 3... sztuki. Honey ants. Michal had 3. Koszykarscy sparingpartnerzy Michala. Zasady dosc luzne: kroki Wielozadaniowy jeep Laury w drodze na ognisko. Laura's multitask jeep on the way for the bonefire. Kazdy, absolutnie kazdy chce byc na kazdym zdjeciu. I obowiazkowo trzeba byc bardzo Zajecia wieczorne. Evening Wielki bialy czlowiek. Big, white man. Rozstania nadszedl czas... Time to say goodbye... Najwieksze rzeczywiste zagrozenia na naszej autostradzie. Wielblady. The only real danger on our highway. Camels. Przezorny zawsze ubezpieczony. You never know... Pociag drogowy. Ten akurat ma 53 metry i byl najwiekszym jaki wyprzedzalismy. Road train. The one on the picture has 53m and was the longest we overtook. Kto z kim przestaje takim sie staje. My Karmimy wallabies. Feeding wallabies.


Laura mieszka w Jameson od 8 miesiecy. Gdy znalazla ogloszenie, ze poszukiwane sa 3 osoby do pracy w aborygenskiej spolecznosci, dlugo dopracowywala swoje CV, zeby potem czekac na odpowiedz obgryzajac paznokcie i wyobrazajac sobie tlumy innych kandydatow; w koncu kazdy chcialby pracowac w wiosce na pustyni, 1000km od cywilizacji! Z jej doswiadczeniem w pracy z lokalnymi spolecznosciami w Indiach oraz dyplomem wyzszej uczelni przyjeto ja z otwartymi ramionami. Pozostalych dwoch miejsc do tej pory nie udalo sie obsadzic.
Poczatki byly bardzo trudne. Aborygeni przyzwyczajeni, ze white-fellow przychodza i odchodza kompletnie ja ignorowali. Pracujacy w wiosce biali tez nie byli sklonni do kontaktu. Przebijajac sie przez mur obojetnosci, za towarzystwo majac cztery sciany, czula sie bardzo samotna. Jedna z Aborygenek podarowala jej szczeniaka, ktory stal sie jej najlepszym przyjacielem. Kiedy kilka miesiecy pozniej zginal pod kolami samochodu, czula sie jakby stracila czlonka rodziny. Widzac jak rozpacza, Aborygenskie kobiety przyszly do niej, zeby razem oplakiwac strate. Dzielony bol je polaczyl. Od tamtej pory zostala zaakceptowana.
Rano Laura ma dla nas niespodzianke. Wyciaga ku nam garsc zlotawych kuleczek, do ktorych przyczepione sa...mrowki. Honey ants (miodne mrowki) to aborygenski przysmak. Odgryza sie odwlok, w ktorym mrowki przechowuja swoj zapas slodkosci, wysysa go i wypluwa. Patrze na przebierajace nozkami insekty czujac jak gardlo zaciska mi sie w panice. Nie jestem w stanie zjesc niczego co porusza sie po ladzie na wiecej niz 4 nogach. Michal i Philippe bohatersko zglaszaja sie na ochotnikow. Mrowczy miod jest slodki jak cukier i nieco wodnisty, stwierdzaja zgodnie. Laura z rozbawieniem obserwuje nasze podchody i ze smakiem rozprawia sie z reszta deseru.
Dzis jedziemy do Warburton, stolicy tutejszych spolecznosci. Kiedys wlasnie tam miescila sie misja, do ktorej black-fellow sciagali kuszeni obietnica darmowego jedzenia i latwego zycia. Obecnosc roznych klanow na niewielkim terytorium byla zrodlem konfliktow, wiec czesc zaprzyjaznionych grup wyniosla sie stamtad zakladajac wlasne osady, jak Jameson czy Blackstone, a raczej Mantaamaaru czy Paapulankutya. Kiedy Polacy stali w kolejce po spolgloski, Aborygeni ewidentnie napychali kieszenie samogloskami.
Laura pruje swoja sluzbowa toyota land cruiser dobrze ponad 100km/h. Nie mamy watpliwosci na jakiej podstawie uznala, ze na pokonanie trasy Uluru - Jameson potrzebujemy 5 godzin. Zatrzymujemy sie przy spalonym szkielecie samochodu, swiadka jednego z jej pierwszych dni w spolecznosci. Wracajac do Jameson swiezo otrzymanym sluzbowym wozem z boku drogi zobaczyla 8 Aborygenow cierpliwie pchajacych swoj samochod. Zatrzymala sie i na ich prosbe kilka razy podholowala uszkodzony wehikul, ktory uparcie nie chcial zapalic. Kiedy w koncu oglosila, ze musi jechac, osmiu chlopa zaladowalo sie jej do samochodu. Push! Push! - zaczeli krzyczec. Uszkodzony pojazd wyladowal po chwili na poboczu i niewiele brakowalo, zeby dolaczyla do niego zdezorientowana Laura, z cala wesola kompania zakopujac sie w zalegajacym tam piachu. Jeden z Aborygenow zaczerpnal benzyny z baku swojego samochodu, polal nia wnetrze uszkodzonego pojazdu i podpalil. Przerazona Laura ruszyla z miejsca na pelnym gazie. Odglos wybuchu, ktory doszedl ich gdy byli juz bezpiecznie za wzgorzem, Aborygeni przyjeli z entuzjazmem. Laura odetchnela dopiero w zaciszu swojego domu.
Wyjasnienie tej dziwacznej przygody jest zupelnie sensowne. Zostawiajac na poboczu zepsuty samochod Aborygeni ryzykuja, ze zostanie on potraktowany jak magazyn czesci zamiennych do czyjegos wozu. Jesli na skutek awarii jednej z takich czesci dojdzie do wypadku, winny jest wlasciciel uszkodzonej czesci. Jest on zobowiazany zadoscuczynic krzywde rodzinie poszkodowanego. Zasada wzajemnosci jest bardzo wazna wsrod Aborygenow. Jest to jednak szczegolnie klopotliwe, jesli ofiara wypadku nie zyje. Coz, na ich miejscu tez bym palila uszkodzone samochody.
Jako development manager Laura ma pomoc czlonkom spolecznosci znalezc zajecie, ktore pozwoliloby im sie utrzymac. Zadania nie ulatwia jej przekonanie wiekszosci Aborygenow, ze praca to white-fellow business. Prowadzacym przez wieki wedrowny tryb zycia mysliwsko-zbieraczym spolecznosciom zachodnia koncepcja pracy byla kulturowo obca. Postawe te obecnie dodatkowo wzmacnia sit-down money. Zasilek, regularnie wyplacany im w ramach zadoscuczynienia za dawne krzywdy, wiecej niz zaspakaja potrzeby tutejszych mieszkancow. Tym bardziej, ze nie musza placic za domy, szkole czy lekarzy. Wszystko funduje im hojny australijski rzad. Przynajmniej do czasu az gospodarka im nie oklapnie. Wprowadzone ostatnio zmiany sluzace zmotywowaniu Aborygenow do pracy nie daly widocznych rezultatow. Brak koncepcji prywatnej wlasnosci, choc wzbudzilby zapewne entuzjazm towarzyszy komunistow, tez nie pomaga Laurze w pracy. Przykladowo zatrudniony w sklepie czlonek aborygenskiej spolecznosci bylby regularnie wizytowany przez krewnych i znajomych oczekujacych, ze dostana wszystko za darmo. Niby dlaczego sprzedawca mialby byc bardziej lojalny w stosunku do pracodawcy niz swoich?
Z podziwem sluchamy Laury, ktorej nie brakuje zapalu ani pomyslow. Do Warburton sciagnela swoja przyjaciolke Natalie, aktualnie zwana Desiree*. Dziewczyny maja nadzieje, ze letnie praktyki Desiree zamienia sie w prace na stale i razem planuja systematyczne aktywnosci. Robienie naturalnego mydla w poniedzialki, fotografia w srody, malowanie w piatki. Certyfikowane warsztaty z przedsiebiorczosci, ktore wyksztalcona w zakresie zarzadzania Laura bedzie mogla prowadzic po ukonczeniu krotkiego kursu, pozwola jej podopiecznym na zawieranie umow z galeriami.
Dziewczyny moga pracowac tylko z kobietami. Wsrod Aborygenow zakazane sa kontakty miedzy doroslymi mezczyznami, a kobietami spoza ich rodzin. W odniesieniu do bialych zasady sa mniej ostre, ale wszelkie proby zapedzenia czarnych mezczyzn do pracy niewatpliwie skonczylyby sie dla dziewczyn kompletna porazka.
Odnosimy wrazenie, ze Aborygeni tkwia uwiezieni miedzy kulturami. Kultywuja swoje tradycje, wierzenia i sposob pojmowania rzeczywistosci, korzystajac jednoczesnie z wielu wygod swiata bialych. Rano ida polowac na goany (jaszczurki), dlugoszyje zolwie, miodne mrowki czy tluste larwy, zeby wieczorem zasiasc przed telewizorem (dorosli) lub nintendo (dzieciaki) w sponsorowanych przez rzad domach. Sprzecznosci pomiedzy ich tradycyjnym pojmowaniem swiata a podejsciem bialych sa nie do pogodzenia. Szczegolnie ostro widac to w szkole. Dzieciaki, przyzwyczajone do przyswajania wiedzy w formie opowiadanych przez starszych barwnych historii, sa wyjatkowo oporne wobec znanej nam formy lekcji. Tym bardziej, ze z punktu widzenia ich oraz ich rodzicow sa one tylko zbednym balastem. Nikt stad nie ksztalci sie poza niezbedne minimum. Zadanie nauczyciela dodatkowo utrudnia przekonanie Aborygenow, ze pytanie zadaje sie tylko wtedy, gdy nie zna sie na nie odpowiedzi. Zdobycie nauczycielskiego autorytetu w tej sytuacji to prawdziwe mistrzostwo swiata. Sukcesy odnosza pedagodzy z talentem klauna, inwencja MacGyvera i malymi ambicjami. Przyzwyczajone do traktowania na rowni z doroslymi dzieciaki niechetnie poddaja sie szkolnej dyscyplinie. Nie jestem twoim niewolnikiem, ma w zwyczaju krzyczec jeden z dzieciakow slyszac polecenie znuzonego nauczyciela. Po roku wiekszosc sie wypala i wyjezdza. Tym bardziej, ze w nagrode za wysilek czeka na nich ciepla posada w tradycyjnej szkole.
Dla nas to wyglada na sytuacje patowa. Politycy z wysokich stolkow szukaja rozwiazania problemu, a dziewczyny tu, na dole, robia co moga. Dzisiaj na przyklad organizuja gre w kosza, fotografowanie w buszu i polowanie na wielkanocne jaja. Michal z Philippe dolaczaja do druzyny na boisku, a ja i Vivi pakujemy sie z Laura do samochodu, zeby objechac spolecznosc i zebrac chetnych do fotografowania. Pelnym samochodem wyruszamy w busz. Nad strumieniem wysypujemy sie z samochodu, Laura rozdaje aparaty cyfrowe i zaczyna sie fotograficzne szalenstwo. Wszyscy chca miec zdjecie. Wszyscy chca robic zdjecia. Nieopatrznie uzyczam swoj aparat i juz moge o nim zapomniec do konca wycieczki. Na szczescie 6-letni Dixon traktuje cenny sprzet z nalezytym szacunkiem.
Z powrotem w Warburton na spotkanie wychodza nam zmasakrowani upalem i obwieszeni przez dzieciaki panowie. Wszyscy wygrali.
Wieczorem na oswietlonym stadionowymi jupiterami boisku futbolowym** rozstawiamy sprzet i rozsypujemy czekoladowe jajka. Dzieciaki pedza wyszukiwac w trawie smakolykow, starsze biora sie za kopanie pilki, a za konsola ustawia sie didzej Tyler. Kroluje hip-hop i ruchy z czarnych amerykanskich dzielnic. Yo!
Rano, z powrotem w Jameson, Laura organizuje ostatnie szczegoly przyszlotygodniowych warsztatow. Pod okiem specjalnie na te okazje sciagnietych specjalistow aborygenskie dziewczyny beda projektowaly i szyly ubrania. Calosc zwienczy pokaz mody, a najladniejsze ubrania zostana potem sprzedane w sklepach Alice Springs. Z zalem myslimy o naszym jutrzejszym wyjezdzie.
Po poludniu jedziemy z dzieciakami zbierac w buszu drzewo na ognisko, a wieczorem zasiadamy pod rozgwiezdzonym niebem ze slodkimi piankami nadzianymi na patyki. Spod spieczonej skorki na jezyk rozlewa mi sie cudownie slodki srodek. Gdy w torebce widac dno, Laura przynosi djembe. W wakacje w spolecznosci przez trzy miesiace mieszkal muzyk z Ghany, ktory prowadzil warsztaty bebniarskie. Miarowe bebnienie przenika mi do krwi, nadaje rytm sercu. W ciemnych oczach mlodych muzykow tanczy ogien. W tym czasie i miejscu znaczenie slowa Aborygeni nabiera glebszego sensu. Ab origen, od poczatku; siedzacy wokol ogniska czarni ludzie sa nieodlaczna czescia tego swiata, zrosnieci z nim, zakorzenieni.
Zasypiamy pozno, otuleni w szelest cykad, zeby wstac tuz po swicie. Przed nami dluga jazda przez czerwone centrum. Naszym hymnem jest znaleziona w zbiorach Laury aborygenska piosenka***: 
http://roundtheworld.pl/dustyroad.wma
Slonce nie spuszcza nas z oka, ale w klimatyzowanym samochodzie nam to nie straszne. Droga mija nam zaskakujaco szybko. Po poludniu docieramy do Olgas.
Z prawdziwym wyczuciem zasad rynkowych Aborygeni robia mnostwo szumu wokol Uluru, podczas gdy to wlasnie te niezwykle skaly sa dla nich najbardziej swiete. Wreszcie odwazam sie wyjac moja siatke przeciw muchom. Outback jest ich pelen, a nachalne owady szczegolnie upodobaly sobie okolice oczu, nosa i ust. Reszta wycieczki honorowo odmowila zakupu siatek i teraz angazuje sie w taniec wojenny. Przeciwnik nie daje za wygrana do samego wieczora.
Na noc rozbijamy sie na darmowym kempingu. Lokalna restauracja serwuje miedzy innymi wielblada oraz perch, rodzaj ryby. Czy ta ryba jest moze lokalna? - dopytuje sie z nadzieja steskniona za rybim miesem. Kochana, jestesmy na pustyni - kelnerka o posturze kucharki z "Misia" patrzy sie na mnie znaczaco. Co zjesz kochanie? - wlasnie dolaczyl do nas Michal. Cos lokalnego - z przekasem odpowiada kelnerka. Na szczescie wielblad, choc tlusty, jest naprawde pyszny.
W Alice Springs podziwiamy zebrane w licznych galeriach zakropkowane**** kolekcje aborygenskiej sztuki. Naprawde piekne prace kosztuja od 500PLN w gore. Za wysokie progi jak na nasz portfel.
Noc spedzamy na kempingu pod wallabiesowa skala. Wieczorem mali kuzyni kangurow przychodza tu na karmienie. Zanurzajac mieciutki pyszczek w mojej dloni wallabie lapie ja obiema lapkami z obawy, zeby mu jedzenie nie ucieklo. Z tylu szturcha mnie nastepny. Teraz jego kolej. Ze skal przygladaja im sie bardziej niesmiali kuzyni.
Rano zegnamy sie z Philippe i Vivi, ktorzy wylatuja wczesniejszym samolotem. Do zobaczenia w Japonii.
Tuz przed odlotem przypadkowo trafiam do kangoroo resque. Trzymajac w objeciach malego kangurka zapakowanego w lniana torbe z supermarketu slucham o tym jak sie ratuje te zwierzeta. W torbach potraconych przez samochod kangurzych mam siedza czesto zywe jeszcze malenstwa. Jesli to tylko mozliwe, warto zatrzymac sie przy lezacym na drodze zwierzaku, poszukac kangurzatka, a potem odciagnac padline 20m wglab pobocza, tlumaczy mi ranger. W slad za kangurami na australijskich drogach gina orly. Szukajac konkurencji na niebie kompletnie ignoruja nadjezdzajace samochody.
Przy okazji ustalam skad bierze sie osobliwe upodobanie kangurow do poboczy (w czasie suszy tylko tam rosnie smaczna trawa, podlewana wilgocia ze spalin) oraz jak sie maja wielblady do kangurow (konkurencji o jedzenie nie ma, natomiast gdy wielblady znajda naturalny zbiornik wody, potrafia na raz wysuszyc zapas, ktory wystarczylby lokalnym zwierzakom do kolejnego deszczu).
Wyjezdzamy zabierajac ze soba niezwykle wspomnienia oraz czerwony pyl, przemycony sprytnie w materiale spodni, szczelinach plecakow, podeszwach butow.

* Gdy umiera jeden z czlonkow spolecznosci zaslaniane sa wszystkie jego wizerunki, a imie (w tym jego sylaby) staje sie kumana, niewymawialne, do czasu, az rodzina uzna, ze dusza zmarlego odeszla w spokoju; czyli na okres miedzy kilkoma dniami a kilkoma latami. Niedawna smierc Leroy'a (czyt. Liroja) wyeliminowala z uzycia ostatnia sylabe imienia Natalie.
** W Warburton jest tez zupelnie wypasiony basen.
*** Yothu Yindi, utwor Tears for Law (Garrathiya Run) z albumu One Blood.
*** Tradycyjna sztuka z tego regionu sklada sie z roznokolorowych kropek, ukladajacycy sie w fantastyczne wzory



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety