NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-04-25  Australia, Outback, 8-15/04. The ultimate outback experience, czesc 1.

Outback rzucajacy na kolana. A mysmy sie zastanawiali dlaczego aborygenska flaga jest czerwono-czarna z zoltym polkolem na srodku. Stunning outback. And we wondered why aboriginal flag is read-blak with yellow semi-circle in the middle. Lotnisko w Cairns i najlepiej pomalowany samolot jaki widzielismy (klasyczne aborygenskie wzory). Best painted plane we have seen (aboriginal art patterns). Uluru: pomaranczowe (wg Michala); rdzawe (wg Agi). Michal: Mt Olgas. Wg nas bardziej zachwycaja niz Uluru, ale z marketingowego punktu widzenia, jeden wielki kamien latwiej Nasza autostrada. Nasza rakieta. Our highway. Our rocket.


Na lotnisku w Alice Springs spotykamy sie z Philippem i Viviene, naszymi szwajcarskimi przyjaciolmi poznanymi w Szwecji. Podekscytowani czekajaca nas wyprawa wglab czerwonego centrum wymieniamy sie najnowszymi wiesciami. Do Laury, ktora czeka na nas w aborygenskiej wiosce Jameson, dotrzemy wypozyczonym samochodem. W wypozyczalni czeka nas niespodzianka. Naszego Subaru Outback AWD* nie wolno nam brac w... outback. Drogi tam sa zdradliwe, uprzedza nas gosc z wypozyczalni. Latwo mozna sie zakopac w wydmach, a lezace na nich kamienie moga uszkodzic podwozie. Badamy czy w interesujacym nas okresie mozliwy jest upgrade do 4WD. Nie jest. Czysto teoretyczna dyskusja ujawnia, ze samochod nie ma zamontowanego GPSu, a jedyne sankcje na ktore jestesmy narazeni to poniesienie kosztow ewentualnych napraw. Zbieramy sie na narade wojenna. Wynik - jedziemy. Powoli, ostroznie, z opcja zawracania w razie problemow, ale jedziemy. Laura zapewniala nas przeciez, ze droga jest dobra.
Pierwszy przystanek - Uluru. Przed switem wyczolgujemy sie z namiotu prosto pod nogi swiezych i wykapanych Szwajcarow. No tak umawialismy sie na 5.30 w samochodzie. Mamy 5 minut. Przy zamknietej jeszcze bramie parku narodowego zebrala sie juz niezla kolejka samochodow. Zanim slonce wystawi zlocista czupryne ponad horyzont, w punkcie widokowym ustawia sie lekko liczac ponad 100 osob, niecierpliwie oczekujacych cudu narodzin nowego dnia. Wszyscy udajemy, ze jestesmy tu sami, pstrykajac niezliczone zdjecia zmieniajacej szate graficzna gory. Uluru brunatne. Uluru w purpurze. Uluru rdzawe. Uluru ubrane w soczysty pomarancz. Uluru zlociste. Uluru piaskowo zolte. Wystarczy. Wyjezdzajac podziwiamy armie mroweczek, mozolnie pnacych sie wzdluz boku gory. Ilosc turystow pragnacych zdobyc szczyt wbrew prosbom Aborygenow czyni z tej trasy najbardziej zatloczone miejsce w promieniu dobrego tysiaca kilometrow.
Pol godziny pozniej asfaltowa droga ustepuje miejsca rdzawej wstazce wijacej sie wsrod rzadkiego buszu. Dobry znak - twarda, czerwona nawierzchnia wyglada na solidnie ubita. Nazwa Central Highway (Centralna Autostrada) dodaje nam otuchy. Duzy znak uprzedza o karach za przejazd ta trasa bez specjalnego zezwolenia. Witamy na terytorium Aborygenow. Nasz "permit" siedzi grzecznie w plecaku.
Autostrada nie ma ograniczenia predkosci. Rozpedzamy nasze Subaru do oszalamiajacych 70 km/h. Chwile pozniej wyprzedza nas Toyota Land Cruiser. Pruje, lekko liczac, 120 km/h.
Przed nami okolo piec godzin jazdy przez centralna Australie, rownine miejscami poprzecinana garbatymi wzgorzami. Porastajaca je szorstka trawa zaskakuje nas intensywna zielenia. Koniec pory deszczowej sprawia, ze rzeczywistosc australijskiej pustyni jest znacznie bardziej zielona niz nasze wyobrazenia o niej.
Usadowiony za kolkiem Michal nie moze sie nacieszyc krajobrazem. Odmawia oddania samochodu w inne rece, a oczy mu sie smieja.
Nie jest monotonnie. Jest unikalnie. Mijamy nieogolone Uluru - szorstki zarost z regularnych drzewek sprawia, ze wzgorza wydaja sie mlodsze i mniej majestatyczne, nich ich slawny odpowiednik. Busz to gestnieje, to sie przerzedza, zeby miejscami zupelnie zniknac, zostawiajac miejsce dla zielonych drzew o wsciekle bialej, gladkiej korze, ktorej kolor zawstydzilby niejeden oblok. Co jakis czas przeganiamy z drogi wielblady, ktore biegnac powiewaja dolna warga jak flaga na wietrze. Z mijajacymi nas pojedynczymi kierowcami wymieniamy gest pozdrowienia; na chwile stalismy sie czlonkami outbackowej spolecznosci. Znacznie jednak czesciej mijamy samochody bez kierowcow, ktore, wyrzucone poza nawias drogi i podpalone, zastygly w bezruchu. Nie sposob sie nudzic. Po 4 godzinach takiej zabawy Michal wciaz szczerzy zeby. Reszta spi.
Zgodnie ze wskazowkami Laury przy znaku na Jameson skrecamy w lewo. Dwie godziny pozniej zgodnie uznajemy, ze jestesmy tuz tuz. Po kolejnej, juz siodmej godzinie przed nami rozwija sie spektakl z okazji zachodu slonca, a my z niepokojem zaczynamy liczyc na ile kilometrow mamy jeszcze paliwa. Kiedy Szwajcarzy zaczynaja przebakiwac o zawracaniu, na horyzoncie pojawia sie samochod. Zatrzymujemy sie na swiatlach awaryjnych i czekamy. Dlugo czekamy. Czerwony przerdzewialy volkswagen probuje nas ominac szerokim lukiem w tempie 20km/h. Na widok Michala zebrane w pojezdzie 5 aborygenow wyraznie oddycha z ulga. Mysleli, ze to policja, a nie sa zbyt trzezwi; alkohol jest zakazany w tych okolicach. Jameson? Tak, dobrze jedziemy. Juz blisko, 10 km, zapewniaja nas. Spotkany niedlugo pozniej lokalny kierowca z pewnoscia siebie stwierdza, ze mamy przed soba jeszcze pol godziny drogi. Godzine pozniej na horyzoncie widzimy swiatla. Radosc nie trwa dlugo. Na razie dotarlismy do Blackstone. Mieszkancy zapewniaja, ze do Jameson mamy "a couple of minutes". W naszym swiecie oznacza to 2 minuty, tu kontynuujemy zajecia z teorii wzglednosci dla zaawansowanych. Godzine pozniej ustalamy, ze jedziemy jeszcze 15 minut. A potem? W ciszy kazdy z nas na wlasna reke radzi sobie z wizja nocy na pustyni. Guys, zaczyna Vivi po kolejnych dwudziestu minutach... i wtedy wlasnie na horyzoncie dostrzegamy swiatla Jameson. Nastroj w samochodzie zmienia sie, jakby i tu ktos wlaczyl swiatlo. Mamy za soba w sumie 1000km, z czego 550km po czerwonej drodze, Michal patrzy na licznik. Zwabiona przez odglos samochodu wybiega ku nam Laura. Wyjechala w nasza strone 100km, wrocila, zjadla pudelko ciastek czekoladowych i w koncu godzine temu kompletnie stracila nadzieje. Na tej drodze nie mozna sie zgubic, powtarza. Nam to sie jednak udalo. Drogowskazy wrzucily nas odrobine dluzsza i zdecydowanie gorsza droge. Notatka na przyszlosc - mapa to dobra rzecz.
Cdn...

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety