NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-04-20  Australia, Rainbow Beach, 28/03-07/04. Australijskie wakacje.

Nasz kawaleczek plazy. I codziennie takie tlumy. Our piece of beach. So crowded every single day. Nasza chata. Sypialnie na gorze, salony na dole. Our villa. Bedrooms upstairs, livingrooms downstairs. Nasz kot. Pieszczoch. Our cat. Cuddly type. Nasza ulubiona restauracja z calkiem przyzwoitym widokiem. Our fauvorite restaurant with a pretty nice view. Nasz jaszczur. Gdybysmy mieli wiecej czasu to chyba by sie polozyl kolo nas bo zblizal sie coraz bardziej. Our lizard. If we only had more time, it would probably lie down next to us. Nasza terenowa, superciezarowa terenowa do zwiedzania piaskowej Frazer Island. Our 4WD supertruck with which we visited Frazer Island. Takie rzeczy tylko na Frazer Island. Niezle pokrecone drzewo. Things like that just on Frazer Island. Quite twisted tree. Takie rzeczy tylko na Frazer Island. Wrak statku transportowego z poczatku XX wieku. Things like that just on Frazer Island. Shipwreck from the beginning of previous century. Spacer strumieniem na Frazer Island. Stream walk at Kolorowe piaski na Frazer Island. Jakis specjalista im wyliczyl, ze maja 270 roznych kolorow. Nie na naszym monitorze. Colour sands on Frazer. Someone estimated that they present 270 different colours. Not on our screen. Tin Can Bay. Kolejka do karmienia delfinow. Dolphin feeding queue. Spojrzcie ile ten przemily ssak ma zabkow... Look at how many teeth the lovely mammal has. Klientow na rybki jest wiecej. Pelikany tez chca. There are many more clients for the fishes. Pelicans are also in the line. Slawni, ktorzy przytulali koale. Famous people who hugged coalas. Ciag dalszy: slawni, ktorzy przytulali koale. More of famous people who hugged coalas. Kangury w Lone Pine Koala Sanctuary. Kangooroos in Lone Pine Koala Sanctuary. Kangury, koale - nic to! Hitem jest sowa Harryego Pottera. Kangooroos, coalas - that's nothing. The real star is Hedwig - Harry Potter's owl. Inny hit. Psy skaczace po owcach celem ich dyscyplinowania. Another hit. Dogs jumping on sheeps to discipline them. Impreza Wielkanocna. Easter Party on-going.


Kto widzial australijska plaze, juz nigdy nie uzyje tego sformulowania w stosunku do nadmorskiego pasa ladu gdziekolwiek w Europie. Szeroka, szczelnie przykryta drobnym jasnym piaskiem ciagnie sie w zasadzie wokol calej Australii. Mozna wyruszyc z Sydney plaza w prawo i po kilku miesiacach dotrzec tam z lewej strony. W lekkim tylko uproszczeniu.
Na najblizszy tydzien zawlaszczamy teczowa Rainbow Beach. Ku naszemu zaskoczeniu wynajecie na ten okres wyposazonego domu i samochodu jest tansze, niz jakikolwiek przyzwoity domek w kurorcie lub dwuosobowy pokoj w hostelu przy plazy. Miejsce okazuje sie perfekcyjne. Obszerny dom polozony jest dwie minuty od oceanu, ktorego szum kolysze nas co noc na dobranoc. Minute dalej jest kafejka, w ktorej Michal zaopatruje sie w milkshaki. Codziennie. Codziennie rowniez odwiedzamy pobliska wypozyczalnie, zeby wytypowac faworyta wieczoru. Nadrabiamy zaleglosci i robimy przeglad australijskiego kina - szczegolne wrazenie robi na nas "Polowanie na kroliki" oraz powolne w tempie i dajace swietny wglad w dziwaczny dla nas tok myslenia Aborygenow "10 canoes". Ale przede wszystkim godzinami podziwiamy nasz osloniety moskitiera taras ze wszystkich wariantow pozycji lezacej, z ksiazka w dloni.
Pierwszego wieczoru w ogrodzie wita mnie donosne miau. Okazuje sie, ze na wyposazeniu domu jest takze kot - wielki, puchaty i nieco wyniosly pieszczoch, na co dzien wlasnosc sasiadow z naprzeciwka.
Plaza jest pusta, nie liczac waskiego kawalka ladu obstawionego przez ratownika i siatki ochraniajace przed rekinami. Ostrzezeni przed ripami, zdradliwymi pradami wyciagajacymi nawet dobrych plywakow na glebiny, oraz ciagle pod wrazeniem filmu Szczeki nie probujemy swoich sil z oceanem poza tym miejscem. Tym bardziej, ze stojac w wodzie po pas intensywnie czujemy jak fale podejmuja kolejne proby porwania nas ze soba. O wszystkich porach dnia wydeptujemy natomiast wzdluz plazy dlugie sciezki, zacierane systematycznie przez wiatr i bijace o brzeg fale.
Chwile nam zajmuje oswojenie sie z przemierzajacymi plaze 4WD. Choc ogladanie plazy i pobliskiego parku narodowego z perspektywy czterech kolek to mocno zachwalana tutejsza atrakcja, zaklocanie huku fal silnikiem samochodowym to dla mnie wciaz swietokradztwo.
Po kilku dniach intensywnego nicnierobienia nabieramy ochoty na wycieczke krajoznawcza. Na celownik bierzemy Frazer Island, wychwalana przez Aussies i wpisana na liste dziedzictwa kulturowego Unesco najwieksza na swiecie piaszczysta wyspe. Wczesnie rano zostajemy zapakowani do terenowego autobusu razem z dwudziestoma innymi osobami. Z przodu dobiegaja nas znajome dzwieki polskiej mowy. Pawel, Magda i Joasia urzadzili sobie wakacje od studiow w Sydney. Wesoly przewodnik razno i w tempie prowadzi nas nad krystaliczne jezioro MacKenzie, ukryty w deszczowym lesie radosny strumien, pomalowane teczowo skaly, przerdzewialy wrak wysluzonego statku i lodowata nadmorska rzeczke... Krecace sie po wyspie psy dingo ogladamy przez okno. Za duzo nas, zeby wysiadac. Zachwyceni wyspa z jej bujna roslinnoscia i orzezwiajacym przewidywalnym jeziorem zalujemy, ze nie wypozyczylismy wlasnego 4WD na dwa-trzy dni. Ogladanie czegokolwiek w biegu zdecydowanie nie jest w naszym stylu.
Kolejnego dnia budze sie o swicie swieza jak skowronek. Michal nie chce kooperowac, wiec wschod slonca na plazy ogladam na wlasna reke. Po powrocie radosna wyciagam go z lozka. Jedziemy do Tin Can Bay karmic delfiny. Zabrany na stopa rodowity Aussie, suto przyprawiajac zdania sympatycznym "mate", pokazuje nam krotsza droge. Dobrze, bo choc do osmej jeszcze kwadrans, na nabrzezu zebrala sie juz spora grupka ludzi. Mystique i Patch unosza sie w nadbrzeznej wodzie cierpliwie czekajac na rozpoczecie uczty. Matka Mystique zostala kiedys zraniona sruba rybackiej lodki i nie mogla polowac. Zaczal ja dokarmiac lokalny rybak. Gdy wydobrzala, przyplywala nadal, przyprowadzajac ze soba malego Mistique. Teraz on przyprowadza swoja partnerke. Punkt osma zaczyna sie karmienie. Ustawiamy sie grzecznie w kolejce po wiaderko z rybka, sciskajac w dloni kilka monet - dobrowolny wklad w zakup delfiniego jedzenia na kolejne dni. W kolejce ustawil sie tez pelikan. Wyciaga dluga szyje zaniepokojony, ze dla niego zabraknie. Dostaje rybke, po czym zostaje uprzejmie wyproszony z kolejki, na co przystaje nader niechetnie, klapiac dziobem i machajac skrzydlami.
Do wody jestesmy wpuszczani po kilka osob, a dwie rangerki pilnuja, zeby zaden z delfinow nie dostal wiecej, niz 5kg ryb, 10% ich dziennego zapotrzebowania. Masz rybke? - Patch na moj widok wystawia z wody usmiechnieta mordke, po czym delikatnie wyjmuje swoje sniadanie z mojej wyciagnietej dloni. Do Raibow Beach wracamy z usmiechem przyklejonym do twarzy.
Nienasyceni po kapieli w jeziorze MacKenzie ostatniego dnia wybieramy sie nad jeziorko ukryte w pobliskim parku narodowym. Otoczeni przez cichy las rozkladamy sie na bialym piasku. Polgodzinny spacer ewidentnie zniecheca potencjalnych plazowiczow. Szelest lisci zdradza za to ogromnego jaszczura, ktory krazy wokol nas ostroznie, zastanawiajac sie co to za stworzenia wtargnely na jego terytorium.
Do Brisbane wracamy mijajac tlumy Australijczykow zmierzajacych na tygodniowe wakacje. Wielkanoc to drugi po Bozym Narodzeniu lokalny szczyt turystyczny. Mamy szczescie, od Wielkiego Piatku, ktory w Australii jest dniem wolnym, ceny wszystkiego ida dwukrotnie w gore.
W Larku, knajpie wspollokatora Lauren, imprezujemy do poznej nocy. Rano nieprzytomnie zbieramy sie z lozka, zeby zdazyc na statek do Sanktuarium Koali imienia Samotnej Sosny. Zalozyciele przeoczyli zapewne fakt, ze koale ucztuja na eukaliptusach.
Zabytkowy statek wiezie nas w gore rzeki, a z glosnikow dobiega zaprawiony na ostro humorem komentarz na temat mijanych miejsc. Odkad, zupelnie niedawno, poprawiono zabezpieczenie kaprysnej rzeki przed powodzia i mozliwe stalo sie ubezpieczenie polozonych nad nia domow, lokalizacja ta zyskala na atrakcyjnosci. W efekcie wszedzie widac nowe domy, stylowo zharmonizowane z najsurowszymi wymaganiami wspolczesnej architektury. Nasze zdumienie budzi wyspa gesto obsadzona przez owocozerne nietoperze, flying fox, zwisajace z drzew niczym owoce gotowe do zerwania. Ze stopami umieszczonymi na koncu skrzydel spasc moga tylko raz. Nie bedac w stanie wystartowac z ziemi, moga tylko czekac az cos przyjdzie i je zezre.
Mimo zastrzezen Lauren, przekonujacej nas, ze wszystko, co zobaczymy w Parku to koale na stale zamontowane na drzewach, spedzamy w tym miejscu 4 godziny. Dostajac do potrzymania Damiana, trzyletniego koale, uginam sie pod jego ciezarem. To niewielkie w koncu stworzenie wazy dobre 10kg. Z rozkosza zanurzam nos w jego gestym, sztywnym futerku, wdychajac orzezwiajacy eukaliptusowy aromat. Rozleniwione kangury laskawie pozwalaja sie nakarmic, gdy postawiamy im jedzenie pod sam nos. Owce grzecznie zbijaja sie w stadko i przechodza przez waskie bramki przy subtelnej zachecie rozentuzjazmowanych psow pasterskich. Druga ekipa psow szczekaniem zaprowadza porzadek juz w zagrodzie, z wyrazna przyjemnoscia skaczac po owczych grzbietach. Na pokazie dzikich ptakow widzimy wedge'iego (wedge-tail eagle), najwiekszego australijskiego orla, znajomego z Frazer morskiego orla (sea eagle) i, na deser, biala sowe, gwiazde filmu Harry Potter. Chwile pozniej z rozbawieniem obserwujemy kolorowe dzikie papuzki, ktore zlecialy sie na popoludniowa uczte i chlapia mnie wiercac sie w wypelnionych owsianka miseczkach.
Dzien konczymy wyprawa z Lauren do kina na Bra Boys, swietny film dokumentalny o subkulturze surferow w okolicy Sydney. Wciagajaca historia przeplatana jest godnymi kamikadze pokazami surfingu, zestawionymi z dobra, ostra muzyka.
Ostatniego dnia Lauren organizuje barbie, czyli australijska wersje grilla. Do domu przy Havana street sciagaja wszyscy jej przyjaciele, ktorych poznalismy w Brisbane, a z Chinchili specjalnie na te okazje przyjezdza Jordan. Siedzimy do pozna gadajac, jedzac i popijajac wysmienite lokalne wino. To nasza Wielkanoc. Niedziele i poniedzialek spedzimy w podrozy.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety