NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-04-16  Australia, Chinchilla, 24-27/03. Kultowa wioska.

Jordo i jego elektrownia. Jordo and his power plant. Kangury juz uslyszaly nasze tupanie. Kangoroos around Chinchilla are enthusiastic about seeing us. Ten uroczy pajaczek o malo nas nie zlowil w swoje sieci. This adorable spider almost got us in its net. Oboz prac...ownikow Siemensa. Camp of Siemens employees working on power plant. Some call it detention camp. Wonder why... Chinchilla o zmierzchu. Wiatrak sluzy do wyciagania wody z wiekszych glebokosci. Chinchilla at dusk. Windmill helps take water from underground. W parku narodowymunja wallabies znalazly swoj raj. Wallabies found their paradise in Bunja National Park. Spacer przez sosnowy las wyglada niewinnie... Walk through pine forest looks innocent... ...gdy sie nie wie, ze moze czlowiekowi spasc na glowe szyszka, ktorej luska tak wyglada. ...when one is not aware of the risk of being hit by a pine cone with a part this big Znalezlismy brakujace ogniwo laczace czlowieka i slimaka. We found the missing piece linking man and snail. Jordan Down Under.


W Brisbane nie zastalismy niestety jednego z naszych najlepszych kumpli ze Szwecji. Jordan zostal wyslany przez Siemensa 500km na zachod, do Chinchilli, zeby zarzadzac budowa elektrowni. Coz skoro gora do Mahometa nie przyjdzie... Tym bardziej, ze zaledwie kilka miesiecy jego pobytu tam wystarczylo, zeby Chinchila obrosla w slawe. Pewien udzial w rozprzestrzenianiu wiadomosci miala Lauren, ktora wybrala sie tam z przyjaciolka na doroczny festiwal arbuzow, z ktorych to miasteczko slynie. Po drodze dziewczyny ze zgroza sluchaly w radio stacji country, nadajacej radosnie brzmiace piosenki o mieszczuchach bez wartosci, przynoszacych ze soba przestepczosc i narkotyki, ktore zagrazaja spokojnemu farmerskiemu trybowi zycia. Co jakis czas ciag skocznych tonow przerywala ballada o szczesliwej milosci, tak rzewna, ze lzy cisnely sie do oczu. Gdy po kilku godzinach ztraumatyzowane dziewczyny dotarly do miasteczka, ich oczom ukazaly sie gory arbuzow przygotowanych do kolejnych konkurencji - biegania w arbuzowych butach, jedzenia arbuzow na czas, rzucania arbuzami, czy rozbijania arbuzow glowa. Ta ostatnia konkurencja przyniosla mieszkancowi Chinchilli miejsce w Ksiedze Rekordow Guinessa; 37 arbuzow w ciagu minuty. Ma gosc glowe do arbuzow. Przerazone skala zjawiska dziewczyny znieczulily sie jeszcze zanim wybila dwunasta. Mamy w zwiazku z tym podejrzenia, ze ich relacje z calej imprezy sa tendencyjne. W czasie swojego krotkiego pobytu zdolaly takze zrazic do siebie znaczna czesc chinchillan. Wiadomo - mieszczuchy. Najpierw wyznaly, ze przy takich zbiorach arbuzow nie wierza w istnienie w okolicy suszy (ponoc z jej powodu wielu farmerow stracilo zbiory). Nastepnie ochrzcily osiedle wybudowane przez Siemensa dla swoich pracownikow obozem pracy (zrobily to nie tylko przy Jordanie, ale przy grupie niemieckich pracownikow). W koncu kupujac powrotny bilet na autobus probowaly przekonac sprzedawce, ze powinny zaplacic za jedna osobe. Razem wazymy mniej, niz kazda z nich, tlumaczyly pokazujac na stojace niedaleko lokalne pasazerki.
W piekny sobotni poranek pakujemy sie do samochodu i ruszamy na dziki australijski zachod. Wzdluz przecinajacej monotonna czerwonawa rownine drogi ciagna sie ogrodzenia. Metrowej wysokosci zatrzymaja bydlo i owce, ale nie kangury. Skoczny symbol Australii bez trudu pokonuje przeszkody do 3m wysokosci. Na szczescie dla obu stron kangury mozna spotkac dopiero poznym wieczorem i w nocy; dzien przesypiaja w cieniu.
Jordana znajdujemy przy wejsciu do jego osiedla. Kilkadziesiat kontenerow ogrodzonych drutem kolczastym, rozstawionych na obrzezach miasteczka. Nadana przez Lauren i Becke nazwa przyjela sie wsrod pracujacych tu Niemcow. Na szczescie baraki wygladaja gorzej na zewnatrz, niz w srodku, gdzie panuje klimatyzacja, salon z wielkim telewizorem i aneksem kuchennym oraz mrowki. Do uszczelniania domkow specjalisci uzyli silikonu, w ktorym te sympatyczne zyjatka wyjatkowo zagustowaly. Mamy nadzieje, ze z budowa elektrowni pojdzie im lepiej.
Popoludnie spedzamy na trybunie, wsrod skandujacych rodzin z dziecmi. Wlasnie odbywaja sie mistrzostwa w lokalnej wersji rugby, ktora bezczelnie (wg Michala) okreslaja futbolem. Widzimy Jordana z numerem 8 wbiegajacego na boisko. Widzimy Jordana biegnacego z pilka naprzeciw gestniejacego tlumu zawodnikow przeciwnej druzyny. Widzimy Jordana obwieszonego zawodnikami jak bozonarodzeniowe drzewko. Nie widzimy Jordana.
Ze slabnacym zaangazowaniem sledze oblapiajace sie hordy facetow, podczas gdy Michal spelnia sie w roli fotoreportera. W koncu zmeczony siada na trawie, gdzie otacza go tlum dzieciakow, zafascynowanych wielkim aparatem. Skad jestes, dopytuja. Gdzie jest Polska? Michal cierpliwie tlumaczy. To Ziemia jest okraagla?! - jeden z malcow, na oko osmiolatek, pyta z niedowierzaniem, a jego oczy okragleja jak dwie kopie naszej planety. Jego rodzice zdecydowanie powinni sie zastanowic zanim kupia mu kolejna ksiazke Terrego Pratcheta.
Wbrew nazwie w Chinchilli na prozno mozna szukac szynszyli. Wieczorna wycieczka ujawnia za to inne ciekawe zyjatka. Zgodnie z tutejsza etykieta idac glosno tupiemy. Wolimy nie zaskakiwac nasza wizyta ewentualnych wezy. Nasz system wczesnego ostrzegania dziala tez niestety na pasace sie w poblizu kangury, ktore wola nie sprawdzac co zamierzamy im zrobic jak juz przestaniemy tupac. Sploszony emu pomyka na swoich poteznych nogach, a my z wrazenia o maly wlos wpadamy w sieci pajaka sporych gabarytow.
W drodze powrotnej Jordan pokazuje nam ogrodzone posesje, gdzie nieproszeni goscie moga zarobic kulke. Samotnicy, dziwacy i przestepcy ukrywajacy sie przed prawem scisle chronia swojej prywatnosci.
Poniedzialkowy poranek zastaje nas w samochodzie w drodze w gory Bunja, schronisko dla poteznych sosen. Tabliczka przy wejsciu do parku narodowego zniecheca do zachwycania sie drzewami z bliskiej odleglosci. Najtezsze glowy nie przetrwalyby spotkania z 10-kilogramowa szyszka spadajaca z 20-30m. Z lekka niepewnoscia wybieramy sie na spacer.
W drodze powrotnej z rozbawieniem obserwujemy wallabies wylegujace sie na zarosnietym domkami kempingowymi trawniku. Ci nieco mniejsi krewni kangurow znalezli sobie tutaj maly raj na ziemi. Zdawaloby sie, ze sa oswojone z ludzmi, ale na widok naszego samochodu siedzace na skraju drogi spanikowane zwierzatko rozglada sie dookola, zeby w samobojczym odruchu rzucic sie pod kola. Znac, ze w imie oszczedzania zyciowej energii wallabies darowaly sobie czesc mozgu. Na szczescie Michal przewidujaco zatrzymal nasz samochod. Glupiutki futrzak uszedl z zyciem.
Wracamy do Brisbane w pelnym sloncu, rozkoszujac sie pieknymi widokami. Nadjezdzajacy z przeciwka policyjny samochod mruga do nas wesolo swiatlami. Patrzymy na licznik. 130km/h, 20 za duzo. Nagle robi nam sie mniej radosnie. Tutejsza policja okazuje sie byc zaopatrzona w zabawki nie znane w naszym pieknym kraju - radar mierzacy w ruchu predkosc samochodu nadjezdzajacego z naprzeciwka. Kwitek na 250 australijskich dolarow to nasza najbardziej wartosciowa pamiatka z podrozy.
Howdy Lazza - witamy sie z nasza przyjaciolka z Brisbane - what's the goss*? Lauren zalamuje rece. No worries mate, pocieszamy ja. W ramach upominku z Chinchilli wywiezlismy kilka kluczowych australijskich sformulowan. Jordan stal sie Jordo, Lauren - Lazza, kazdy jest naszym mate**, g'day lub howdy sluzy za przywitanie, a naduzywane no worries sygnalizuje nasz wyluzowany stosunek do wszelkich zyciowych trudnosci.
Z okazji urodzin podarowuje sobie pol dnia absolutnego lenistwa. Kiedy w koncu okolo poludnia moje zwloki znajduja droge do kuchni, znajduje tam stol zastawiony smakolykami. Michal wymknal sie na zakupy. Popoludnie spedzamy kiwajac sie w rytmie hip-hopu na filmie Stomp the Yard. Sprawdzony scenariusz uzupelniony o swietne sekwencje ulicznego tanca doprawione wibrujaca w zoladku muzyka wprawiaja mnie w swietny nastroj przed czekajaca nas kolacja. W prowadzonej przez swojego wspollokatora knajpie czekaja juz na nas Laura z Becka. Dzis, jak co wtorek, jest duck night, wieczor jedzenia kaczki. Palaszujac rozplywajace sie w ustach miesko spieramy sie czy kaczuszki, taniec jak sie okazuje zupelnie miedzynarodowy, nie sa czasem tancem kurczakow. Przy wsparciu Niemcow ze stolika obok jestem bliska wygrania sporu, gdy Michal, w ramach utrzymania przyjaznych stosunkow polsko-australijskich, proponuje uznanie tanca po prostu za ptasi. Wszyscy wielkodusznie przystajemy na te propozycje, wznoszac na czesc wszystkich ptakow swiata kolejny tego wieczoru toast. Na koniec na stol wjezdza tort. Zamontowane na jego szczycie sztuczne ognie uparcie nie daja sie zgasic. Nie wiem jak to bedzie z moimi tegorocznymi zyczeniami. Na pewno spelni sie jedno. Jutro z samego rana ruszamy na tydzien resetowac sie na plazy.

* Jakie sa najnowsze plotki = co slychac.
** Kumpel

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety