NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-04-11  Nowa Zelandia, 21-23/03. Wyprawa do krainy OZ.

Plaza piekna, ale w samym centrum Brisbane. Beautiful beach in the very center of Brisbane. Prawdziwe brisbanskie kangury. Prawdziwy brisbanski Australijczyk. The real Brisbane kangoroos. The real Brisbane Aussi. Australijski lunch z nasza Lauren. Australian lunch with our Lauren. Brzeg rzeki Brisbane. Wszystkie te domy, lacznie z dachami, zagrozone sa powodzia. To nie przelewki. Brisbane river. All the houses are endangared with flooding. Up to the roofs. Wycieczka po Brisbne z lokalnym przewodnikiem - Lauren. Brisbane day trip with local guide - Lauren.


Nasz samolot na Tonga odlatuje o 7 rano. Grzecznie stawiamy sie na lotnisku o 5 rano, niezupelnie swiadomi drogi przebytej miedzy lozkiem a aktualna lokalizacja. Gdy konczymy check-in Michal przyznaje, ze mial uczucie, ze nie polecimy tym samolotem. To jedyny lot, ktorego date i godzine sprawdzal kilka razy; w tym telefonicznie dzien wczesniej. A co niby mialoby sie zdarzyc, usmiecham sie zdziwiona. Sympatyczna pracownica linii lotniczych ma jakis problem z komputerem i wola przelozona. Ta, patrzac na nasz paszport informuje nas spokojnie, ze na Tonga potrzebujemy wizy. Spokojnie odpowiadamy, ze konsulat Tonga w Londynie ma inne zdanie na ten temat. Obywatele Unii Europejskiej nie potrzebuja wizy. Skwapliwie potwierdza to para z Estonii, ktora ma ten sam problem. W zeszlym tygodniu z powodu braku wizy cofneli 4 Polki - przelozona jest nieugieta. Wolamy szefa przelozonej, ktory pojawia sie po chwili i z bardzo sympatycznym usmiechem pokazuje nam aktualna ksiazke z przepisami. Musimy sie udac do przedstawicielstwa Tonga w Auckland, zeby tam dostac wize. Nastepny samolot jest za 4 dni, co zostawiloby nam akurat 1,5 dnia na zwiedzenie wysp. Zaczynamy wojne z czasem:
- dzwonie do konsulatu w Londynie, zeby wyslali fax z potwierdzeniem, ze nie potrzebujemy wizy. Biuro zamkneli 20min temu
- dzwonie do konsulatu w San Francisco, tam jest tuz po 10 rano i musza pracowac. Uparcie nikt nie odbiera.
- w Internecie szukam strony konsulatu Tonga w USA. Strona nie dziala.
Estonczycy sie poddali. Wracaja. My mamy jeszcze kilka pomyslow:
- w Internecie szukam stron z informacjami o wizach. Na 5 stron komercyjnych trzy twierdza, ze Polacy nie potrzebuja wizy, dwie, ze potrzebuja. Zadna nie jest dostatecznie oficjalna, zeby przekonac linie lotnicza.
- Michal biegnie do przedstawicielstwa linii lotniczych, zeby przesunac na dzis lot na Fiji (nasz nastepny cel)tak, zebysmy na Tonga mieli tylko transfer. Moga to zrobic, ale dopiero na lotnisku na Tonga. Linie lotnicze nadal nie chca nas wpuscic do samolotu.
- Michal biegnie blagac linie lotnicze, zeby przesuneli nam lot na Fiji jednak z Auckland. Dziewczyna sie zgadza. Przy zatwierdzaniu zmiany orientuje sie, ze pomylily jej sie daty. Dzis nie ma lotu z Tonga na Fiji.
- Pytamy, czy mozemy zamienic cel lotu z Tonga na Brisbane, gdzie i tak mielismy dotrzec z Fiji. Samolot odlatuje za 45 minut, ale TAK, dadza rade. Alleluja! W ostatniej chwili pakujemy sie do samolotu.
W Brisbane okazuje sie, ze nie mozemy zamienic lotu Tonga-Fiji na Brisbane-Fiji. Coz, o ile globalne ocieplenie ich do tego czasu nie zatopi, wyspy zobaczymy nastepnym razem. Teraz oswajamy sie z tym, ze po raz pierwszy od poczatku podrozy jestesmy gdzies bez dokladnych planow, co chcemy robic dzien po dniu, godzina po godzinie. Marzylam o chwili wakacji od naszych wakacji, ale mimo wszystko jakos mi z tym dziwnie.
Dzwonimy do Lauren, naszej australijskiej kumpeli, z ktora studiowalismy w Szwecji. Na wiadomosc, ze bedziemy siedziec jej na glowie przez ponad dwa tygodnie, zamiast planowanych 3 dni, wydaje z siebie wielki okrzyk radosci. Wyglada na to, ze na szczescie zostawilismy po sobie dobre wspomnienia.
Dzien zaczynamy od przechadzki po centrum zarosnietym przez nowoczesne biurowce o stylowej architekturze, miedzy ktorymi siedza przycupniete kolonialne budynki z cegly przybranej dzierganymi niczym szydelkiem balkonami. Miedzy drzewami miejskiego parku polyskuja opalone brzuszki i udka Aussie (czyt. osi) wyciagnietych na bialym piasku rozsypanym nad wymyslnym miejskim basenem z fontannami, strumykami i sadzawkami. Z drugiej strony zmaconej plywami brunatnej rzeki zalotnie zerkaja na nich ultranowoczesne domy z drewna, metalu i szkla.
Zmeczone nogi niosa nas do kina. Labirynt Fauna to kolejny dowod na to, ze Meksykanie wiedza jak robic dobre filmy.
Nastepnego dnia w drodze do pracy Lauren wyrzuca nas na plazy Gold Coast (Zlotego Wybrzeza), rozciagnietego poza zasieg wzroku na poludnie od Brisbane. Na prawo plaza, na lewo plaza, na wprost ocean. I ani zywej duszy wokol. Czy to miejsce nie jest aby skazone, zastanawiamy sie podejrzliwie. Pietnascie minut dalej trafiamy na obstawiony przez ratownika odcinek plazy. W oceanie unosza sie dwie samotne glowy. Uspokojeni moczymy sie w przyjemnie cieplej slonej wodzie, po czym idziemy upolowac obiad w pobliskim klubie surfera. Na bramce prosza nas o dowody osobiste. Nieletnim wstep wzbroniony - w klubie mozna kupic alkohol lub przegrac z jednorekim bandyta. Michal prezentuje swoj, ja nie wyciagnelam wnioskow z nowozelandzkiej winnej przygody. Babsztyl na bramce radzi mi, zebym wrocila z rodzicami. Wiem, powinnam sie cieszyc, ale potraktowana jak gowniarz po raz kolejny w zyciu wprost nie moge sie doczekac trzydziestki. I zaczynam ze soba nosic prawo jazdy.
Po poludniu nad ocean zaczynaja naplywac uwolnieni z pracy Aussie. Z deskami surfingowymi, recznikami plazowymi i butelkami z piwem nadaja plazy nieco bardziej cywilizowany wyglad. Egzotyki towarzystwu dodaje bedacy w kwiecie wieku poszukiwacz skarbow, ktory kreci sie dokola z wykrywaczem metalu.
Lauren zabiera nas do Surfers Paradise, swiatyni tutejszych plazowiczow. W weekendy i swieta plaza osiaga mase krytyczna odziana w szykowne kwieciste kapielowki, ale nawet teraz jestesmy zmuszeni przeciskac sie przez gesty tlum turystow nawiedzajacych rozstawione na nadmorskiej promenadzie stoiska z tandeta. Surfers paradise to miejsce pelne ludzi, ktorzy maja zly smak i za duzo kasy, komentuje Lauren. Na szczescie nie tylko tacy turysci odwiedzaja Yurija, agenta lokalnych nieruchomosci. Do jego przestronnego lokalu wabi nas sformulowane w bezblednym rosyjskim zaproszenie do kupowania domow nad oceanem. Jego dziadkowie mieszkali w Rosji, dziecinstwo spedzil w Chinach, a nastepnie przez kilka lat mieszkal w Turcji, Izraelu i Arabii Saudyjskiej. Mowi plynnie jezykami tych wszystkich krajow.
Zglodniali idziemy sprobowac tradycyjnego australijskiego jedzenia. Fish&chips*; niewielka budka na rogu skrzyzowania przypomina mi znane z wakacji nad polskim morzem, upchniete w drewnianych baraczkach najlepsze pod sloncem smazalnie ryb. Czy jest cos zamiast frytek, moze ryz? Pytam z nadzieja. Salatka pewnie z pomidorem... Czy moge dostac sama salate? Czy jest herbata? Lauren wyglada, jakby miala ochote zapasc sie pod ziemie, ale na szczescie sympatyczna kobietka po drugiej stronie baru podchodzi do sprawy z duza doza humoru. Ryzu niestety nie ma, ale salata nie jest problemem. Herbate, ktorej nie ma na liscie dostepnych napojow, zrobi specjalnie dla mnie. Zupelnie nie moze natomiast pojac dlaczego nie chce w niej mleka. Ja nie moge pojac dlaczego mialabym chciec. Zajadajac sie swiezutka ryba zaluje, ze to miejsce nie jest odrobine blizej centrum. Michal kibicuje mi znad swojego gigantycznego hamburgera, przy ktorym Big Mac wyglada jak zaglodzony fafel.

* ryba z frytkami


Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety