NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-04-05  Nowa Zelandia, East Cape, 18-21/03. Krolestwo Maorysow.

Jak to mawia przyjaciolka Agi: Zwykle, nudne nowozelandzkie wybrzeze... Ordinary, boring New Zealand shore. Przy drogach w NZ jest mnostwo parkingow ze stolami, gdzie mozna sie spokojnie zatrzymac i posilic. To zdjecie z jednego z nich nieoznaczonego nawet jako Aga, nasz gospodarz Maurice i Chinczyk Jack. Aga, our hospitality club host Maurice and Jack from China. Drzewo Kauri. Teraz chronione, swego czasu, z uwagi na nieskazitelnie prosty pien, cenione jako material na maszty. Kauri tree. Now protected, years ago seeked, due to its unnaturally straight shape, as a masts material. Nieuzywana przystan. Na nasze oko, sopockie molo pobite pod wzgledem dlugosci. Unused wharf somewhere along East Cape. W tym miejscu konczy sie przystan. Exactly where the wharf ends. Gdzies niedaleko stad krecono Kosciolek katolicki. Brama maoryska. Catholic church. Maori gate. Kilkusetletnie, rozlozyste drzewo. W prawym dolnym rogu nasz niezawodny Nissan Pulsar. Wzgorze nazywa sie The Nipple. Ma to sens... The name of the hill is The Nipple. Makes sense. Tradycyjny maoryski dom spotkan. Traditional maori gathering house. Kolejna, zwykla-niezwykla zatoka. Wprawne oko dostrzeze nad nia bialy kosciolek. Another usual-unusual bay. Sharp eye may spot a white church at it. Drzewo Puriri. 2000 lat na karku. 2000 years old puriri tree.


Zbaczamy z utartych turystycznych szlakow i wybieramy sie na East Cape, czesc Nowej Zelandii zamieszkana w przewazajacej wiekszosci przez Maorysow, wciaz kultywujacych dawne zwyczaje. W jednej z tutejszych wiosek nakrecono "Jezdzca wielorybow", piekna maoryska historie o walce o utrzymanie wlasnej tozsamosci; jeden z naszych ulubionych filmow.
Droga do Gisborne, gdzie czeka na nas Maurice z Hospitality Club, wiedzie malowniczym turystycznym szlakiem wzdluz wybrzeza, zeby po chwili skrecic wglab ladu, miedzy narysowane ostra kreska wzgorza.
Mijamy znak "zakrety najblizsze 50km"; drogowcy poszli na latwizne. Na latwizna poszly tez jastrzebie, bezkarnie stolujace sie na rozjechanych oposach, rzuconych tu i owdzie w poprzek drogi, jak zapomniane szczotki. Jakis "naukowiec" w ramach pracy nad swoim doktoratem przejechal 3000km i zliczyl 284 rozjechane oposy. Nie podal ile z nich rozjechal sam. Tak, czy inaczej wychodzi 1 martwy opos na 10 km drogi.
Przejechalismy w tym kraju 1900km (i ani jednego oposa), a nie widzielismy ani jednej kontroli drogowej..., Michal dzieli sie refleksja. Chwile pozniej blyskaja do nas porozumiewawczo swiatla samochodu z naprzeciwka. I nastepnego. I kolejnego. Tuz za zakretem ukryl sie patrol z suszarka. Mowisz i masz, stwierdzam. Trzeba bylo powiedziec, ze dawno nie wygralismy w totka..... Najpierw musielibysmy zaczac grac, odcina sie Michal. Na wszelki wypadek kupimy kupon przy najblizszej okazji.
Jedziemy przez chwile w ciszy przezywajac spotkanie ze znana nam z polskiej ziemi tradycja braterstwa kierowcow i kontemplujac w zapadajacym zmroku wijaca sie w ciasnych serpentynach lesna droge. Nie mamy watpliwosci, ze zasluzyla na miano jednej z najbardziej malowniczych drog w Nowej Zelandii.
Maurice czeka na nas z kolacja w swoim klimatycznym starym domu. Niektore tapety pamietaja jeszcze koniec XIXw. Przysadzisty i siwiejacy, ze smiejacymi sie oczami ma w sobie cos z pogodnego dziadka. Dwojka jego doroslych dzieci wywedrowala z Gisborne w poszukiwaniu bardziej ekscytujacych okolic. Od tamtej pory przyjmuje u siebie uchodzcow. Aktualnie pod jego opieka przebywa niesmialy Chinczyk oraz zabawowy kot.
Chinczyk Jack do Nowej Zelandii przyjechal dwa lata temu, zeby nauczyc sie angielskiego. Mieszkajac u ciotki w Auckland przez 1,5 roku z patriotycznym zacieciem trzymal sie Chinatown i rodzimej mowy. Zapadla decyzja o zsylce do Gisborne, gdzie prawdziwe imie Jacka jest w stanie wymowic tylko on sam. Maurice pomogl mu znalezc prace. Powoli naprzod...
Kot jest dumny i rasowy, o wiele mowiacym imieniu Ksiezniczka Leia i aparycji do zludzenia przypominajacej Barbare Streisant. Ale nie nalezy ufac pozorom. Ksiezniczka mieszkala w Australii z byla dziewczyna Maurica. Kotka z inicjatywa, przynosila do domu zabawki. A to zuczka, a to jaszczurke, a to weza... Kiedy zaczela przynosic zywe brazowe weze, najbardziej jadowite na swiecie, zostala skazana na zsylke do Nowej Zelandii.
Planujemy zostac tu tylko jedna noc, ale Maurice nawet nie chce o tym slyszec. Zaplanowal nam juz caly kolejny dzien, a na kolacje bedzie robil rybe. Wiemy, kiedy jestesmy na przegranej pozycji.
Ranek zaczynamy od przejrzenia zdjec. Do naszej dyspozycji jest ultranowoczesny laptop z 1,5GB RAMu i bardzo szybkim procesorem. Komputer chodzi jak mul pod gorke; poprawnie, ale bardzo powoli. Billu Gatesie, dziekujemy ci za twoj ostatni dar dla ludzkosci - Windows Vista. Na razie nie skorzystamy.
W drodze powrotnej z wycieczki na polecony przez Maurica uroczy kawalek wybrzeza zawijamy do sklepu z alkoholami po dobre wino do kolacji. Kompletnie niezainteresowany Michal zostaje w samochodzie, a ja ide zmagac sie z bogata nowozelandzka oferta. Mloda dziewczyna przy kasie patrzy na mnie zyczliwie, po czym prosi o dowod. Niee...wzielam, zacinam sie zdumiona podejrzeniem o bycie nieletnia na tydzien przez 28 urodzinami. Nie ma dokumentu, nie ma wina, dziewczyna jest niewzruszona. Na ratunek przychodzi moj kochany abstynent.
Maurice czeka na nas pod domem w swojej czerwonej rakiecie o mocy 280KM. Okolice zwiedzamy z fasonem, obwozeni po miejscach, do ktorych sami bysmy nie dotarli.
Rano wymieniamy niedzwiedzie usciski z naszym gospodarzem i ruszamy w droge.
Prowadzaca wzdluz East Cape trasa wije sie wzdluz barwnego wybrzeza. A to mijamy jakas zaciszna zatoczke albo hipnotyzujacy pas plazy wsciekle atakowany oceanicznymi falami, a to wulkan daje nam znaki dymne, a to musimy ustapic pierwszenstwa stadu krow z namaszczeniem przekraczajacych droge. Co jakis czas przejezdzamy przez miescine (populacja 85 osob), w ktorej grzechem byloby sie nie zatrzymac. W centralnym punkcie stoi ozdobione plaskorzezbami marae (dom spotkan), a w jedynym w miasteczku pubie na drzwiach wisi zakaz wchodzenia w kapturach.
Zbliza sie jesien i z tej okazji okoliczne drzewa przebieraja sie w zlociste szaty, bajecznie podkreslane cieplym sloncem, wiszacym coraz nizej nad horyzontem. Droga plyna lodki zaprzezone do przyczep samochodow. Sama jazda przez Nowa Zelandie zasluguje na miano highlightu. Szkoda, ze majac na nia niewiele czasu nie nawiazujemy kontaktu z lokalnymi mieszkancami.


Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety