NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-03-31  Nowa Zelandia, Wellington, Tongariro, Rotorua, 14-18/03. Z metropolii przez Mordor do piekielnego miasteczka.

Tak sie tanczy hake! Tanczacego ma naladowac, obserwatora przerazic. That's the way to dance haka. It's supposed to energize the dancer and scare the observer. Wellington. Panorama. Naveen twierdzi, ze gesciej zabudowanego miejsca nie ma w calej NZ. Wellington's center is the most densly populated place in NZ. Widok na zatoke w Wellington z zachwalanego przez nas muzeum. Wellington Bay view from a gret Te Papa museum. Muzeum pelne jest atrakcji. Nie kazdy znajdzie sily by temu podolac. Te Papa museum is full of atractions. Not everyone can take them all. W drodze 1: zwykly nowozelandzki znak na otrzezwienie i poprawe humoru: 100 km/h, to nie jest cel. On the way 1: an ordinary kiwi sign. 65 z 40.000.000 nowozelandzkich owiec. 65 out of 40.000.000 new-zealand sheeps. Taki znak, tylko w Nowej Zelandii. A sign like that, just in NZ. PN Tongariro, widok na wspanialy wulkan Ruapehu. Tongariro NP, The amazing Ruapehu vulcano view. PN Tongariro, widok na majestatyczny wulkan Ngauruhoe. Tongariro NP, the majestic Ngauruhoe vulcano view. Zwylky wedkarz? Zwykle jeziorko? No, nie bardzo. To jest krater megawulkanu Taupo. A usual fisherman? An ordinary lake? Not really. The lake is actually the crater of active mega-vulcano Taupo. U gory, nowozelandzka chmura. U dolu, nowozelandzki busz. Top: kiwi cloud. Bottom: kiwi bush. Orakei Korako - gorace, kolorowe, niezbyt pachnace zrodla. Orakei Korako - hot, colourful, smelly springs. Orakei Korako raz jeszcze. Mina Agi dowodem na obecnosc zwiazkow siarki w powietrzu. Orakei Korako again. Aga's face - a proof of sulphur compounds presence in the air. Zdjecie z jaskinii w Orakei Korako. Picture from a cave in Orakei Korako. Orakei Korako - bablujace blotko. Orakei Korako bubbling mud. Mitai Maori Show. Nasz przewodnik przedstawia nam nasze jedzenie. Our guide introduces us to our food. Matai Maori Show. Wojownicy przybywaja. The warriors are coming. Maorysi to specjalisci od robienia strasznych min. Calymi twarzami. Spojrzcie w oczy dziewczyny po lewej stronie. Maori people specialize in making really ugly faces. Look at the face of the girl on the very left. Strasznie straszna mina strasznego wojownika. Very scary face of a very scary warrior. Haka raz jeszcze. Haka again.


Ciagle pod wrazeniem spotkania z delfinami okretujemy sie na prom do Wellington. Mam nadzieje, ze plyty tektoniczne, ktorych granica przebiega dokladnie miedzy nowozelandzkimi wyspami, nie planuja powazniejszego starcia w ciagu najblizszych 3 godzin. Z ulga docieramy do stolicy Nowej Zelandii bez powazniejszych ekscesow. "Czy przyjechales/las samochodem?" - usmiechniety szczuply steward, z pomalowanymi na czarno paznokciami i tatuazem na przedramieniu dzieli rzeke pasazerow na pieszych i zmotoryzowanych. Obfita Amerykanka sunaca tuz przed nami wyraznie jest urazona jego pytaniem. "It's a 4WD*", odpowiada z naciskiem. Na jego miejscu potraktowalabym to jako grozbe.
Skomplikowanym ukladem jednokierunkowych ulic przebijamy sie do centrum miasta wypelnionego knajpami, z ktorych Wellington slynie. W jednej z nich czeka na nas Naveen z Hospitality Club. Psychiatra ze Stanow, przyjechal do Nowej Zelandii na roczne pracujace wakacje. Jest zadowolony, choc narzeka na ograniczone kontakty z Kiwi. Wszyscy maja swoje rodziny i przyjaciol; nie sa zainteresowani nawiazywaniem nowych znajomosci. Z miejsca lapiemy nic porozumienia. Gadamy bez przerwy az do poznego wieczora. Naveen trzykrotnie oglasza, ze idzie spac, zeby przypomniec sobie jeszcze cos, o co chcial zapytac. Gdybysmy postanowili spedzic w Wellington jeszcze jedna noc, jestesmy zaproszeni, stwierdza na koniec. Nie, zeby to bylo szczegolnie rozsadne biorac pod uwage ilosc czasu, jaka mamy na zwiedzenie polnocnej wyspy. Rano budzi nas slonce, zerkajace do mieszkania Naveena przez wielkie, trzymetrowe okna siegajace od podlogi do samego sufitu. Wyspani i najedzeni zwiedzamy reszte urzadzonego modernistycznie lokalu. Wellington zdaje sie slynac nie tylko z klimatycznych knajp, ale takze z odjechanych architektow, stwierdzamy zjezdzajac na dol winda, ktora zatrzymuje sie wylacznie na pierwszym i trzecim pietrze. Uprzejmie uprasza sie mieszkancow pietra drugiego i czwartego, zeby do swych mieszkan docierali na piechote.
W nagrode za dlugi i leniwy poranek dostajemy bonus w postaci mandatu za parkowanie bez ustawowo wymaganego kwitka. Super, szczerze ciesze sie z oryginalnego nabytku do naszego podroznego albumu. Dzisiaj czeka nas kolejny intensywny dzien - najpierw mamy 2 godziny na zwiedzanie Te Papa, najbardziej nowozelandzkiego z nowozelandzkich muzeow, a potem 5 godzin na dojazd do Parku Narodowego Tongariro. Trzy godziny pozniej nadal jestesmy w muzeum. Cztery godziny pozniej podobnie, choc udalo nam sie wejsc na kolejne pietro. Wysylamy smsa do Naveena z pytaniem co by chcial zjesc na kolacje. Na swoich czterech pietrach darmowe (!) Te Papa pokazuje historie Nowej Zelandii od rozpadu Gondwany, po dzien dzisiejszy. W malym drewnianym domku przezywamy trzesienie ziemi, zeby chwile pozniej na ekranie komputera przygotowywac na najgorsze domy pelne cennych przedmiotow - burzymy niebezpieczne kominy i ubezpieczamy cenne obrazy; uff, udaje sie wyjsc calo z kolejnych trzesien. Na wielkim ekranie obserwujemy lahar zalewajacy okolice Ruapehu, wulkanu w parku narodowym Tongariro, do ktorego trafimy... jakos wkrotce. W kraterze wulkanu podnosi sie jezioro, ktore w ktoryms momencie przerywa jego sciane i plynnym blotem przykrywa okolice. Wedrujemy przez gabloty pelne wypchanych nowozelandzkich zwierzat. O ich zwyczajach z zacieciem opowiadaja dzieciaki. Ewidentnie nie tylko radiowa Trojka zauwazyla, ze "dzieci wiedza lepiej". Wysluchujemy maoryskiej wersji powstania zycia na Ziemi, po czym zostajemy wirtualnie zaproszeni do marae, maoryskiego domu spotkan, gdzie uczymy sie skomplikowanego rytualu powitalnego, majacego nas uczynic dozgonnymi przyjaciolmi Maorysow. Rytual obejmuje miedzy innymi podniesienie upuszczonego przez potwornie wykrzywionego wojownika kijka (na znak przyjaznych zamiarow), wysluchanie powitalnych piesni maoryskich kobiet (nazwijmy to testem na wytrzymalosc), przemowienie wodza gosci, przemowienie wodza tubylcow (czyli egzaminy ze znajomosci jezykow obcych) oraz potarcie sie nosami lub wymiane oddechow (maoryski pocalunek). A to wszystko z zachowaniem smiertelnej powagi dla uswieconego tradycja zwyczaju. To ostatnie bynajmniej nie jest latwe w obecnych czasach, sadze jednak, ze na widok wytatuowanych wojownikow wylaniajacych sie niespodziewanie z gestego lasu smiech bylyby jedna z moich ostatnich reakcji (zaraz za padnieciem na ziemie i udawaniem zdechlej, wzorem oposow). Majac za soba rytualne powitanie przechodzimy do zwiedzania maoryskiej wioski, podziwiania finezyjnych rzezb, naczyn, ozdob, broni, poznawania lokalnych legend i symboli. Na koniec bawimy sie w kosmitow ladujacych na nieznanej planecie, na ktora mozemy zabrac tylko 4 z dostepnej puli dziwacznych stworzen. Dziecko supermarketow, nie najlepiej radze sobie z trafnym doborem strategii przetrwania. Dwukrotnie zaglodziwszy sie na smierc wybieram w koncu wszystko, co sie szybko rozmnaza. Do trzech razy sztuka, jak to mowia, i voila. Ja przezywam, za to srodowisko naturalne mojej nowej planety zmienia sie nie do poznania. Mala, wirtualna powtorka z historii naturalnej Nowej Zelandii, zamieszkalej obecnie przez:
- 4mln ludzi (w czesci przywleczonych z Europy),
- 40 mln owiec (przywleczonych z Europy),
- 70 mln oposow (przywleczonych z Australii). Sprowadzone dla futer rozlazly sie po calym kraju siejac spustoszenie wsrod lokalnych drzew. Zyczliwi Kiwi radza, zeby widzac na drodze rozjechanego oposa przejechac go jeszcze raz. Tak dla pewnosci.
Wieczorem karmimy Naveena wloska pasta a'la Paca, a w rewanzu zostajemy zabrani do jednej z klimatycznych lokalnych knajp. Jej motyw przewodni, Fidel wladca Kuby, jest pretekstem do kolejnej dyskusji na temat socjalizmu. Wyksztalcony i bywaly w swiecie Naveen jest kolejna ofiara romantycznego mitu "szczesliwa Kuba spiewa i tanczy". Jest autentycznie zaskoczony nasza opowiescia o Hawanie, biedzie i wszechobecnej kontroli panstwa. Zostawiamy ponure polityczne tematy i zabieramy sie za radosna konsumpcje ciasta czekoladowego. Z jogurtem, upewnia sie kelnerka. Ciasto??? Coz, "when in Rome...". Jogurt naturalny, bedacy typowym tutejszym dodatkiem do deserow, zaskakujaco dobrze komponuje sie z naszym tortem. A calosc doskonale uzupelnia ozywiona konwersacje. Kolejnego dnia z prawdziwym zalem zegnamy sie z Naveenem, zeby wyruszyc w kierunku Mordoru**.
Po czterech i pol godziny jazdy przez zalane sloncem i skubane przez owce trawiaste wyzyny zaczynaja sie nad nami zbierac ciemne chmury. Wkrotce niebo zasnuwa gruby skoltuniony kozuch. Slonce probuje sie wymknac z tej pulapki, ale z rozpedu wypada za horyzont. Zapada nieprzenikniona ciemnosc. Na kempingu wita nas bialowlosy i niebieskooki gospodarz o wygladzie zyczliwego czarodzieja. "Are you jewels?"***, pyta. Coz, z pewnoscia jestesmy bardzo cenni, ale nie znalazlo to jeszcze potwierdzenia w oficjalnych dokumentach. Rodzina Klejnotow nie dociera tej nocy na kemping. Byc moze porwaly ich sily ciemnosci...
Rano siapi, a geste chmury niechetnie przepuszczaja swiatlo. Prognoza pogody jednoznacznie przeczy lokalnemu powiedzeniu: "Nie podoba Ci sie pogoda w Nowej Zelandii? Zaczekaj 10 minut." Wyczerpujaca wedrowka szlakiem, ktorego podstawowym walorem sa widoki to pomysl w tej sytuacji cokolwiek niedorzeczny, uznajemy. Mordor skutecznie chroni swej tajemnicy; byc moze bojac sie ujawnienia straszliwej prawdy, ktora wyczytalismy na koszulce jednego z turystow: "Frodo failed. Bush has the Ring."**** Park Narodowy Tongariro laduje w pliku zobaczyc_nastepnym_razem.doc. My zas ruszamy na podboj Rotorua, piekielnego miasteczka. Pol godziny od Tongariro zle moce rozpraszaja sie, a nad nami znow radosnie swieci slonce. W Taupo mijamy najwieksze jezioro w Nowej Zelandii. Mierzace 606 km2 stanowi krater czynnego wulkanu. Jego wybuch 26 tys lat temu spowodowal wyrzucenie 800 km3 popiolu - najwieksza erupcja potwierdzona naukowo. Gdyby przydarzylo sie to teraz, z Wyspy Polnocnej zostalyby wiory (przysypane 10-metrowa warstwa popiolu). Dla porownania Sw. Helena w USA, ktorej wybuch w 1980r. byl najwiekszym w ostatnich latach, wyplula z siebie zaledwie 3 km3 popiolu. W 181 roku wulkan w Taupo ponownie dal o sobie znac. Tym razem wybuch byl tylko 15 razy wiekszy od tego co zaprezentowala Sw. Helena. Zarejestrowali go... Chinczycy. Teraz zniszczylby obszar zamieszkany przez 200 tys. osob. Nowa Zelandia siedzi na tykajacej bombie...
W Orakei Korako ogladamy gorace zrodla. Namalowane na skalach kolorowe wzory z alg, do zludzenia przypominajace dzielo pogodnego malarza, sa piekne, bablujace gorace blota niezwykle, ale gejzery cosik dzisiaj leniwe. Byc moze poszly obejrzec lahar... O lawinie blotnej, ktora rozlala sie dzisiaj na Tongariro z czubka wulkanu Ruapehu dowiedzielismy sie z emaila Anki z Christchurch. Po raz drugi w tej podrozy o wlos mijamy sie z katastrofa (poprzednio w Valparaiso). Tym razem - niestety. Lahar byl przewidziany przez naukowcow na ten miesiac wlasnie i sciagnal w okolice mnostwo obserwatorow.
O wjechaniu w granice Rotorua informuje nas nos. Dojmujacy zapach siarki wisi konsekwentnie nad calym miasteczkiem unoszac sie z gejzerow, goracych zrodel i blotnych sadzawek, ktorymi gesto usiana jest okolica. Michalowi, jak wiadomo, zaden smrod nie jest straszny, a i mnie jakos dzis siarka wyjatkowo malo doskwiera. Rotorua ze swoimi wyzwalaczami adrenaliny to odpowiednik chilijskiego Pukonu. W menu figuruje white-water rafting, body sliding (czyli zjazd na desce, strumieniem w dol kanionu), paralotnia, skoki na spadochronie, bungee-jumping, zorbing (czyli toczenie sie z gory wewnatrz wielkiej, przezroczystej kuli), zwiedzanie okolic helikopterem, nie wspominajac nawet o takich banalach, jak jazda konna, kajaki, czy wycieczki rowerowe. Jednak naszym celem dzisiaj jest maoryski show, czyli lokalna kultura w pigulce dla leniwych, strachliwych lub zapracowanych. Polecony nam przez Naveena show w wiosce Mitai jest wart swojej ceny. Wita nas 2 metry i, lekko liczac, 150kg Maorysa, ktory wprowadza nas w tajniki dzisiejszego wieczoru. Z szacunkiem powtarzamy za nim kia ora, czyli dzien dobry oraz uczymy sie paki, paki, czyli klaskania na zawolanie. Nastepnie, przed 3-godzinna glodowka, idziemy popatrzec na nasze jedzenie. W oblozonym goracymi kamieniami dole grzeja sie tradycyjne maoryskie potrawy - kurczaki, jagniecina, ziemniaki i bataty. Zaden z tych frykasow nie byl dostepny przed inwazja Europejczykow - Michal weszy podstep. Ale przynajmniej piekarnik jest oryginalny, pocieszam go. Pierwsza atrakcja jest przybycie wojownikow. Ich wiosla maca krystalicznie przejrzysta wode lesnego strumienia. Moze to i dobrze, jeszcze by ktorys zobaczyl jak wyglada i padl trupem na miejscu. W nasza strone szczerza sie wytatuowane na ten wieczor twarze. Wedrujemy ich sladem, zeby stloczyc sie w obszernym pomieszczeniu w oczekiwaniu na wyrok plemienia. Wodz oraz wybrany sposrod nas koziol ofiarny wykonuja znany nam z Te Papa rytual powitalny. Udaje sie. Zostajemy przyjaciolmi maoryskiego plemienia i mozemy uczestniczyc w pokazie tanca, spiewow oraz haki, maoryskiego tanca wojennego, ktory reprezentacja nowozelandzkich rugbystow nadal wykonuje przed kazdym swoim meczem. W koncu zostajemy zaproszeni na uczte, po ktorej czeka nas jeszcze jedna atrakcja. Sladem naszego przewodnika zaglebiamy sie w nocny las. Sluchamy opowiesci o wlasciwosciach tutejszych roslin, a gdy potykajac sie w ciemnosciach znajdujemy droge do zacisznej kotlinki, stwierdzamy ze otaczaja nas male, niebieskie swiatelka. Glow worms, czyli rodzaj tutejszych robaczkow swietojanskich, wabia w ten sposob naiwne owady, ktore nastepnie spozywaja ze smakiem. Zasada jest prosta - im jasniejsze swiatelko, tym glodniejszy robaczek.
Nastepnego dnia stwierdzamy, ze Rotorua nie jest znowu az taka piekielna. Chyba, ze w piekle zdarza sie deszcz. Dla rownowagi zapach siarki wzmogl sie; dla mnie nie do wytrzymania. Ja z kolei na powazna probe narazam wytrzymalosc Michala przekopujac mekke narodowego sportu Kiwi, sklep outdoorowy. Ilosc sprzetu piknikowego, wedkarskiego i traperskiego powala, ale ja szukam dla siebie w sklepie turystycznym idealnego zestawu z welny merynosa. Informacje czy rzeczywiscie tych ubran nie da sie przepocic udostepnimy po przeprowadzeniu wlasnych badan. Bylaby to niezla odmiana po standardowej bieliznie termicznej, w ktorej juz drugiego dnia wedrowki mam wrazenie, ze zapomnialam sie wykapac; tak gdzies miesiac temu.
Wyruszamy w kierunku East Cape, najmniej odkrytej przez turystow czesci Nowej Zelandii. Ma ona za to cos za czym troche sie stesknilismy: stabilna, ciepla, bezchmurna pogode.

* 4WD, czyli 4-wheel-drive - samochod z napedem na 4 kola.
** Jeden z wulkanow Tongariro National Park udanie gral mroczny cel podrozy Froda z Wladcy Pierscieni.
*** jewels - klejnoty, ale gospodarzowi chodzilo o rodzine o takim nazwisku.
**** Frodo zawiodl. Bush ma pierscien.



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety