NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-03-26  Nowa Zelandia, Kaikoura, 13-14/03. Jezdzcy delfinow.

Maly kawaleczek naszego wesolego delfiniego stadka. A small piece of our dolphin herd. Prawie 2 urocze metry ssaka. Almost 2 charming meters of a mammal. Podwojne salto? Nie ma sprawy. Double flip? Piece of cake. Z cyklu solisci. Solo swimmers. Z cyklu solisci cz. 2. Solo swimmers part 2. Wyzsza szkola jazdy: plywanie synchroniczne. One level up: synchronic swimming. Plywanie synchroniczne, pokaz mistrzow. Synchronic swimming, champions show.


Opuszczamy rozchmurzony park narodowy Abel Tasman i wracamy na wschodnie wybrzeze przebierajac pletwami w oczekiwaniu na kolejna atrakcje. Bedziemy plywac z delfinami.
Najpierw jednak musimy ustalic, co w sprawie jutrzejszego dnia maja do powiedzenia magicy od prognozy pogody oraz uiscic stosowna oplate. Neptun ma byc laskawy, natomiast nasza karta kredytowa odmawia wspolpracy. Placimy gotowka w najblizszym biurze informacji turystycznej, po czym dokonujemy przegladu zasobow. Dysponujemy biletem na jutrzejsza impreze (dobrze), kompletnie pustym portfelem (zle), rodzina i przyjaciolmi spiacymi w srodku polskiej nocy (zle), pelnym bakiem (dobrze), prowiantem w bagazniku (dobrze) i brakiem pomyslu na nocleg, za ktory zycza tu sobie zwykle oplate z gory (zle). Dodatkowo po przekroczeniu magicznej linii wschod-zachod pozytywnie weryfikujemy teze, ze gdy jedna strona Nowej Zelandii cieszy sie sloncem, druga skapana jest w deszczu. Gdy zalewani przez strugi wody (zle) rozwazamy nasze opcje, nasze rozpaczliwe wolanie po nocy zostaje uslyszane i na nasze internetowe konto z roznych stron zaczyna splywac kasa. Do zasobow dokladamy gotowke (dobrze) i, zalewani przez wdziecznosc dla naszych niekoniecznie wyspanych bliskich, pelni optymizmu ladujemy sie do suchego lozeczka.
Budzik dzwoni bezradnie o 4.30, 4.40, 4.50… O 5.00 bez przekonania otwieram jedno oko, zeby stwierdzic nieprzytomnie, ze ta godzina nie istnieje. O 5.20 prosze Michala, zeby zachowal sie jak prawdziwy mezczyzna i wyrzucil mnie z lozka. O 5.30 zachowuje sie jak prawdziwy mezczyzna i wyrzucam Michala z lozka, po czym heroicznie sama wypelzam spod koldry. Potykajac sie o wlasne nogi idziemy do samochodu. Przejechanie 500m absolutnie pusta boczna droga bez zawadzenia o kraweznik, latarnie i zaparkowane z boku samochody to jeden z najwiekszych wyczynow drogowych Michala.
Pod budynkiem Dolphin Encounter zebrala sie juz spora grupa smialkow podejrzliwie mierzacych niebo zaspanymi oczami. Nisko klebiace sie chmury sa nieprzyjemnie widoczne wsrod panujacych ciemnosci. Ewidentnie mamy jednak wsrod nas zaklinacza deszczu, bo jak dotad na ziemie nie spadla ani kropla. Na spotkanie delfinow wyruszamy ubrani w wyjatkowo nieseksowne ciuszki - kombinezony plywackie, pletwy i maski oraz ostrzezeni przed wscieklymi falami.
W trosce o zoladek znajduje miejscowke na samym srodku srodka lodki, skad obserwuje jak pierwsze promienie slonca z matczynym cieplem glaszcza zmierzwiona powierzchnie oceanu. W odpowiedzi na te lagodna pieszczote woda sie wygladza odslaniajac przed nami stado 300-400 delfinow dziko baraszkujacych przy zlocistym brzegu.
Klebimy sie przy zejsciu z lodki czekajac na sygnal, ze mozemy pakowac sie do wody. Jestesmy tu po to, zeby zabawiac delfiny – wszelkich zludzen w tym zakresie zostajemy pozbawieni jeszcze na ladzie. Nie obeznane z ludzkimi konwenansami ssaki nie maja skrupulow przed opuszczeniem nudnego przedstawienia. Tym bardziej, ze wokol znajduje sie cala gromada innych klaunow. Zajeta obmyslaniem strategii mojego wystepu niemal przegapiam klakson. Nieco pospiesznie wskakuje do rozbujanego zielonego oceanu. Zatyka mnie, po czym gwaltownie nabieram swiezosci. Zimna woda nalewa mi sie do pianki szczelinami, o ktorych istnieniu nie mialam pojecia. Odzyskawszy zmysly dostrzegam unoszaca sie wokol mnie nasza 10-osobowa grupke plywakow. Stadko czarnych stworkow z rurkami sterczacymi z paszcz, natychmiast wzbudzamy zainteresowanie ciekawskich morskich ssakow. Widze jak spode mnie wystrzeliwuja do przodu delfiny – jeden, dwa, piec, dziesiec... Stracilam rachube. Goraczkowo probuje sobie przypomniec plan przedstawienia, ale tylko bezradnie krece sie w kolko wydajac z siebie zachwycone okrzyki. Dziala. Trzy delfiny zaczynaja krazyc wokol mnie z ciekawoscia zagladajac mi w maske plywacka.
Podekscytowana probuje zanurkowac po to tylko, zeby skonczyc z rurka po pluca zalana woda. Za szybko wyobrazilam sobie, ze jestem jedna z nich. Kaszlacy klaun ewidentnie nie jest zabawny, bo gdy dochodze do siebie wokol mnie unosi sie tylko plankton. Klakson przywoluje nas z powrotem na lodke. Wymieniamy z Michalem szczesliwe spojrzenia i po chwili znow unosimy sie w samym centrum stada delfinow. Tym razem ze statecznoscia godna osoby doroslej i odpowiedzialnej trzymam swoja rurke nad woda. Dla rownowagi wyprobowuje caly arsenal dzwiekow, ktore jestem w stanie z siebie wydobyc. Delfiny sa umiarkowanie zainteresowane, natomiast obserwatorzy na lodce maja pierwszorzedna rozrywke. W koncu wzbudzam ciekawosc jednego ssaka, ktory okraza mnie kilkukrotnie, po czym dolacza do reszty stada. Michal w tym czasie swoja charyzma przyciagnal grupke fanow. Bez wydawania z siebie kompromitujacych dzwiekow, bez tanich sztuczek. Czysty urok osobisty. Kraza wokol niego, po czym tuz przed nim wyskakuja z wody w radosnym salto. Zaczarowany wlasnie mial odplynac w gleboki przestwor oceanu, majestatycznie niczym w filmie “Wielki blekit”, gdy w slad za swiezym powietrzem w plucach wyladowala mu woda. Sprowadzony gwaltownie na powierzchnie trzecie spotkanie bliskiego stopnia oddal walkowerem. Moje piosenki, skomponowane na ten poranek specjalnie na uzytek delfinow coraz czesciej przerywaja szczekajace zeby. Macham naszym przyjaciolom na pozegnanie i z ulga wlewam sobie do kombinezonu strumienie goracej wody. Po przebraniu sie czeka na mnie goraca czekolada i rewanzowe przedstawienie z udzialem delfinow. Ich repertuar jest bardziej urozmaicony; trzeba przyznac, ze sie dobrze przygotowaly. Z gracja wykonuja sruby, salta, plywanie synchroniczne. Przygladamy sie im w oniemialej ciszy, wreszcie.
Slonce wspina sie za nabrzmiale deszczem chmury, a my z usmiechem rozswietlajacym twarze wracamy do miasteczka.
Przy sniadaniu spotykamy sympatycznego Francuza, ktory w pierwszych slowach wypomina nam uczestnictwo w wojnie w Iraku, przyjazne kontakty ze Stanami Zjednoczonymi oraz weto w sprawie umowy handlowej z Rosja. Wyraznie Polska przeoczyla w traktacie unijnym zapis nakazujacy jej postepowac zgodnie z wytycznymi Francji.
Wciaz szeroko usmiechnieci w pierwszych kroplach deszczu opuszczamy Kaikure, mijajac po drodze niewielkie domki z przerosnietymi langustami zainstalowanymi na dachach. Kaikura to po maorysku langusta, a lokalna specjalnosc jest tu bardzo wysoko ceniona. I wyceniona. Niestety.



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety