NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-03-22  Nowa Zelandia. Park Narodowy Abel Tasman, 9-12/03. Deszczowe piosenki.

Taka zwykla, lokalna, zatloczona plaza. Just an ordinary, crowded beach. A oto slawne nalesnikoskaly. Twardy orzech do zgryzienia dla geologow. The famous panake rocks. Geological brain-teaser. Taka zwykla, niczym specjalnym sie nie wyrozniajaca Nowa Zelandia. New Zealand. Just a usual sight. Wyspa. Absolutna wlasnosc fok. Przynajmniej do poziomu drzew. An islad. Sole property of the seals. At least up to the level of trees. Pekniete jablko. Zupelnie nieswiadome tego, ze dzieki akcji Ministerstwa Turystyki NZ jest najslawniejszym peknietym jablkiem na swiecie. The broken apple. Absolutely unaware of the fact that due to Ministry of Tourism actions it is the most famous broken Wysokie te drzewa maja w NZ. A do tego, w zwiazku z opadami, rosna im 2 razy szybciej niz gdzie indziej na swiecie. They really have some tall trees in NZ. What's more, they grow 2 times faster than anywhere else in the world due to the climate. Odplynela. Ale wroci. Natomiast do tego czasu bedziemy juz po drugiej stronie. Low tide. High tide soon. Until then, we will be on the other side. Przez takie chaszcze zesmy sie przedzierali, zeby... We were making our way through such jungle to... ... ogladac takie rzeczy. ... to see things like that. ... i takie rzeczy. ... and things like that. Jak rzezbic to z rozmachem. Jeden duzy pieniek, miesiac pracy i efekt zachwyca. Sculpturing with class. One huge tree trunk, one month of hard work and there is a reason to be impressed.


Koniec z taryfa ulgowa. Wlaczamy sie w ruch lewostronny jako pelnoprawni uzytkownicy tutejszych szos. W droge ruszamy wyposazeni przez Anke w zestaw rad i przestrog. Kiwi sa bardzo przyjaznymi ludzmi, brzmi jedna z nich. Dopoki nie wsiada za kierownice. Na stacji benzynowej stoimy chwile zajeci bardziej soba, niz dystrybutorem paliwa, gdy do rzeczywistosci przywoluje nas klakson. Grzecznie konczymy sie calowac i zabieramy sie za tankowanie zanim kierowca z tylu wysiadzie i nam przylozy.
Z powrotem na trasie powoli oswajamy sie z samochodami mijajacymi nas z prawej strony, probujac jednoczesnie przyswoic sobie zasady skrecania. Zakret w lewo to ten latwiejszy, jesli tylko pamieta sie o ustepowaniu pierwszenstwa jadacym z prawej strony - Polska czy Nowa Zelandia, ten przepis jest niezmienny. Przed nami rondo. Ten skadinad rozsadny wynalazek jest niezupelnie zgodny z nasza definicja rozsadku. Wjechanie na rondo "w lewo", zgodnie ze wskazowkami zegara to spore wyzwane dla mojego instynktu samozachowawczego. Przejety Michal z cala pewnoscia na jaka go stac jedzie naprzod. Zjazdowi z ronda towarzyszy rytmiczny pisk wycieraczek, ktore, obawiam sie, beda mocno naduzywane w czasie tej podrozy. Nie tylko kierownica w tym samochodzie jest z prawej strony. Wlaczniki migaczy rowniez. Na szczescie gaz i hamulec sa na swoich miejscach, a z automatyczna skrzynia biegow nie trzeba sie zastanawiac jak lewa reka zmieniac biegi (ustawione zreszta identycznie jak w znanych nam pojazdach).
Suniemy prosto przez rozlegle trawiaste rowniny, urozmaicone lagodnymi wzgorzami, mierzeni wzrokiem przez owce i bydlo, i owce, i konie i owce. Horyzont przecinaja szczyty gor, z kazda chwila coraz grozniej szczerzace ostre zeby. Musimy je pokonac, zeby dostac sie na druga strone wyspy. Wspinanie sie, a potem zjazd waskimi i kretymi gorskimi drozkami, poprzecinanymi waskimi na jeden samochod mostkami to atrakcja sama w sobie. Szczegolnie jesli dodac do niej ekscytujacy zwyczaj Michala zjezdzania lewymi kolami niemal na pobocze - efekt przyzwyczajenia do samochodow konczacych sie z lewej strony tuz za kierowca. Zywie pewne obawy, ze nasz samochod za chwile tak wlasnie skonczy, ze mna trwale wkomponowana w krajobraz. Jedziemy ostroznie, ignorujac znak ograniczenia predkosci do 100km/h, ustawiony tu chyba przez kierowce rajdowego, amatora. Za nami uformowal sie juz spory sznureczek pojazdow. Wyprzedzajac nas na jednej z nielicznych prostych sygnalami dzwiekowymi daja do zrozumienia co mysla o naszym stylu jazdy. Machamy im wesolo w odpowiedzi.
Na zachodnim wybrzezu, nad samym brzegiem morza, czekaja na nas nalesniki. Nad geneza powstania tych niezwyklych skal biedzilo sie cale stado geologow, ale zaden nie stworzyl spojnej i przekonujacej teorii. Cieniutkie niczym arcydzielo francuskiego kucharza w idealnym porzadku leza jeden na drugim, niewzruszenie przyjmujac ataki ujadajacych fal.
Ruszamy dalej w trase. Slonce lagodnie prowadzi nas wijaca sie nadbrzezna droga. Z prawej wygina sie ku nam nowozelandzki deszczowy las, fantazyjnie pociety wartkimi strumieniami. Z lewej klify graja z nami w chowanego. A ku ku, wychyla sie do nas zlocista skarpa. Tu jestem, mowi przykryta bujna zielona czupryna przysadzista szara skala, ktora zasypala plaze niechcianymi odlamkami.
Zachwyceni, zapatrzeni malo brakuje, zebysmy wjechali w kuper przystojnemu czerwonemu pickupowi stojacemu na srodku drogi. Przed nim ustawil sie inny, zielony, przystojniak. Przed nim zas kremowy emeryt. I jeszcze kilka innych okazow. Cala epidemia. Powoli przesuwamy sie do przodu ku zwezeniu jezdni, obstawionemu przez rzad umundurowanych policjantow. Letnie praktyki? Gdy nadchodzi nasza kolej policjant z usmiechem podstawia Michalowi pod nos czarne pudelko. Kontrola alkoholowa. Wszystkich, ktorzy przejezdzaja ta droga. Oboje jestesmy zarowno absolutnie trzezwi, jak i absolutnie pod wrazeniem. Czy czytuje nas jakis polski szef policji?
Wieczorem docieramy na miejsce. Park Narodowy Abel Tasman jest jednoczesnie jednym z najmniejszych i jednym z najczesciej odwiedzanych parkow w Nowej Zelandii. Nas interesuje przede wszystkim fakt, ze wreszcie nie bedziemy mieli pod gore; wijaca sie wzdluz brzegu trasa generalnie jest plaska. Morska taksowka dowodzona przez wesolego, bosego Kiwi wiezie nas wzdluz malowniczego wybrzeza na sam koniec trasy. Mijamy kajaki spokojnie kolyszace swoich pasazerow na lagodnych falach. Koszt 400PLN/os. za dzien kajakowania przez najciekawsza czesc parku skutecznie nas zachecil do pocwiczenia raczej miesni nog, niz rak. Tym bardziej, ze z naszej taksowki tez mozemy podziwiac foki, beztrosko wyciagniete na skalach niewielkiej wysepki. Niedlugo pozniej, wyrzuceni na brzeg, wesolo tuptamy sobie przez gesty, soczyscie zielony las zastanawiajac sie glosno z jakiego to powodu nosi on nazwe deszczowego. Sciezka i zbocza wzgorz zdaja sie nie pamietac deszczu od dlugich tygodni.
Po kilku pierwszych minutach wedrowki dociera do nas jeszcze jedna, niechetnie ujawniana w przewodnikach prawda na temat tego parku. Jest on zajadle strzezony przez jego najliczniejszych mieszkancow, muszki. Podstepne zwierzatka wdzieraja sie nawet w najpilniej strzezone obszary ciala, zeby wgryzc sie w nie bez litosci. Na swoje nieszczescie ofiara zaczyna cokolwiek czuc, gdy jest juz za pozno na prewencje. Zaalarmowana przez dotkliwe swedzenie wylewam na siebie nasz super toksyczny komarozol*, co zdaje sie odstraszac potwory przynajmniej na jakis czas. Michal, farciarz, zupelnie nie reaguje na ugryzienia. Nie mam jednak tak zupelnie najgorzej, okazuje sie, gdy jakas godzine od wyruszenia w trase spotykamy kulejaca Holenderke. Pokazuje nam swoje potwornie spuchniete kostki i nadgarstki. Idzie trzeci dzien. Zapomniala zabrac srodka przeciw owadom.
Czekamy az odplyw wysuszy zatoke i wreszcie docieramy do naszego pierwszego obozu. Rozbijamy namiot i w zapadajacym zmierzchu zabieramy sie za gotowanie kolacji, gdy tuz przy namiocie dostrzegam czarnego kota o wyjatkowo puszystym ogonie. Przygladam mu sie zdziwiona - do nowozelandzkich parkow narodowych zwierzeta domowe nie sa wpuszczane. Kot zupelnie nie boi sie swiatla naszych latarek i kompletnie olewa wystosowane pod jego adresem kici, kici. To opos - informuje nas sasiad z namiotu obok, ze spokojem obserwujac nasze entuzjastyczne proby przyciagniecia uwagi zwierzatka. Duzo ich tutaj.
Glosne szeleszczenie krzakow odkrywa przed nami dwa kolejne ciekawskie gryzonie. Uparcie krazace wokol nas cienie zaczynaja mnie niepokoic. Pospiesznie zbieramy sie do spania upewniajac sie, ze dobrze zamknelismy namiot. W srodku nocy budzi mnie straszliwy odglos szarzujacego potwora. Wydaje z siebie wrzask godny maoryskiego wojownika i blyskawicznie nakrywam sie spiworem po czubek glowy. Potwor, cokolwiek niepewnie, wydaje z siebie jeszcze jeden dzwiek, po czym w lesie zapada cisza, przerywana graniem cykad. Na wpol obudzony Michal probuje ustalic co wywolalo moja bohaterska reakcje. Wiem, ze to opos. Wiem, ze oposy nie jedza ludzi. Ale gdyby chwile po tym dzwieku po namiocie przegalopowalo stado sloni nie bylabym ani ociupine zdzwiwiona. Moje skolatane nerwy koi tuz przed switem padajacy miarowo deszcz. Do samego rana oposy uszanowaly cisze nocna.
W ciagu calego dnia deszcz przestaje padac, gdy (1) chcemy wysuszyc i zlozyc namiot, (2) chcemy zjesc sniadanie, (3) chcemy zjesc drugie sniadanie, (4) chcemy godzine powygrzewac sie w sloncu (!) na pieknej ustronnej plazy, (5) chcemy zjesc obiad, (6) chcemy rozlozyc namiot na wieczor, (7) chcemy zjesc kolacje. Poza tym pada absolutnie non stop. Maszerujemy przez szumiacy wilgocia las. Michal przodem, a za nim ja, w zabloconych wiernych sandalach, zachlapanych i wilgotnych sportowych spodniach, wysluzonej bawelnianej koszulce, z plecakiem zainstalowanym na plecach i parasolka zamontowana nad glowa. Spocony pod wodoodporna kurtka Michal na zmiane sie ze mnie nabija i walczy ze swoja duma rasowego trapera. W koncu sie przelamuje. Wprowadzamy system zmianowy i w pelnej zgodzie wedrujemy naprzod w strugach deszczu spiewajac po kolei wszystkie znane nam piosenki, jak rowniez kilka nam nieznanych.
Otacza nas gesty las, do zludzenia przypominajacy dzungle. Calkowity brak smiertelnie jadowitych stworzen to jedna roznica. Druga to chlodniejszy klimat. I to z grubsza tyle byloby roznic. Rosliny bez poszanowania zasad starszenstwa czy zwyklej kultury osobistej bezpardonowo laduja sie na siebie, przepychajac sie w strone zyciodajnego slonca. W zacisznych omszalych kotlinkach szumia zrodelka i potoki, a woda w turkusowo pomalowanych zatokach lagodnie obmywa brzegi zlocistych plaz. Szczesliwi i zmeczeni kladziemy sie spac na odcietym od ludzi i, co wazniejsze, oposow kempingu. W poludnie nastepnego dnia docieramy do konca szlaku w sama pore na uroczystosc permanentnego wyjscia slonca zza chmur. Coz, gdybysmy mieli slonce, nie byloby deszczowych piosenek.

* Jak wszystkie faktycznie skuteczne srodki na komary zawiera DEET. Na owady dziala do 12 godzin. Na nas zapewne znacznie dluzej.


Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety