NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-03-14  Australia, Sydney, 5-8/03. Do zakochania jeden lot.

Opera. Jaka jest, kazdy widzi? Wprawne oko zauwazy 1 056 006 bialych plytek pokrywajacych calosc. Opera house in Sydney. Just the way you see it. Inquisitive eye will see 1 056 006 tiles covering the whole thing. W lewo, w prawo, w lewo? Nie! W prawo, w lewo, w prawo! Left, right, left? No! Right, left, right! Nowe (po lewej i na gorze) i stare (po prawej i na dole). Stare to The Rock. Skala na ktorej ladowali na samym poczatku... Old Syd (right and bottom) and New Syd (top and left). The old is The Rock. The place where first Europeans landed. Most im. Portu ;) The Harbour Bridge. Platyfus. Zdecydowanie najbardziej pocieszny mieszkaniec sydnejskiego akwarium. Platypus - definitelly the most joyable inhabitant of Sydney aquarium. Dyrektor zarzadzajacy sydnejskiego akwarium. Nikt mu nie podskoczy. Managing director of Sydney aquarium. Nobody will stand up to him. Odwieczny dylemat w tej czesci swiata. Co zrobic z dwoma kranami do jednej wody? The eternal dillema in this part of the world - how to handle two taps for one water? Gleboko sie wzruszylismy na lotnisku w Auckland - telefon do lokalnych rozmow byl za darmo. We were deeply touched at Auckland Airport. Local phonecalls were for free. Znowu ten Harbour Bridge. Bardzo fajna opcja jest przelaczanie kierunku ruchu na srodkowych pasach w zaleznosci od jego natezenia. The Harbour Bridge again. Really cool option is to switch the direction of lanes in the center of the bridge depending on th Obok opery jest port - przodownik pracy. Next to the opera is a very busy port. Aga na schodach, a schody obok skaly, czyli The Rock, na prawde postawiono na litej skale. Aga on the stairs, stairs next to the rock - The Rock was indeed build on the solid rock. Czesc pomnika na czesc pierwszych europejskich przybyszow: osadnikow, zolnierzy i wiezniow. Part of the monument to the first european Prosze! Swiat idzie naprzod, a my z naszymi kaczkami stoimy w miejscu. Ci tutaj juz swietuja rok 2550. There you go! The world is advancing, while us with our Twin Brothers are stuck in the same place. People on the picture are already celebrating the yea Najstarsza, zelazna toaleta w Australii i anonimowy klient. The oldest, iron toilet in Australia and anonymous client. Sydney Wildlife World czyli: Sydney - Swiat Dzikiej Zwierzyny. Na zdjeciu: ET go home. Wszystkich niedowidzacych zapraszamy do przytulania malenstwa. Pozostalym powinien wystarczyc widok jego pazurkow. All the short-sighted are welcome to hug the sweetie. All the others should be satisfied with the look of its claws. Wombaty to takie male kangury. Na zdjeciu dwa gatunki. U gory: Wombatus Outofocusis, na dole: Wombatus Sharpusis.


Nasza podroz z Wyspy Wielkanocnej do Sydney trwa w sumie ponad 25 godzin, ale w zasadzie to chcemy jeszcze. Miedzykontynentalny lot oferuje ekrany przed kazdym siedzeniem z wyborem filmow, plyt, stacji radiowych i gier komputerowych. Dostalismy miejsca w srodkowym rzedzie, z dala od okien. Proba zamiany sie nie powiodla, ale jak to mowia Chinczycy - good luck, bad luck, who knows. Dzieci szczescia, dostajemy na wylacznosc wszystkie cztery siedzenia, wiec na zmiane wyciagamy sie wygodnie. Klasa biznes w cenie economy. Jak jednak wiadomo nigdy nie ma tak, zeby nie moglo byc lepiej. Po pierwsze witamy w strefie wrzeszczacych dzieci. Mam ochote pojsc do rozwytego dwulatka i wyjasnic mu, ze jak sie nie zamknie, to go zjem samolotowymi sztuccami. Biorac pod uwage jakosc posilkow na pokladzie i ostatnio nabyte upodobanie do surowego miesa (rybie, ludzkie, co za roznica), grozba nie bylaby znowu tak bardzo nierealna. Po drugie przez cale 18.5 godziny, jakie lecimy nad Atlantykiem, jest ciemno; scigamy noc. Przy okazji wycieto nam niedziele. Skandal. Poniedzialek tuz po sobocie brzmi jak koszmar kazdego nie-pracoholika. Linia zmiany czasu, czy nie, gdybysmy nie podrozowali napisalabym w tej sprawie do Trybunalu Praw Czlowieka.
Juz na lotnisku stajemy sie ofiarami australijskiego poczucia humoru. Napisy "Declare or beware"* oraz
"We find. You're fined"** subtelnie zachecaja do otwartego deklarowania wszystkich produktow pochodzenia zwierzecego lub roslinnego, ktore wwozi sie na kontynent. Jeszcze przed kontrola paszportowa z nadzieja obwachuje nas sympatyczny czarny pies; a nuz mamy jakies dragi. Nie jestesmy pewni czy jego tusza jest efektem sympatii opiekuna czy wynikow wachania. Sympatyczna Australijka pyta mnie co dzisiaj postanowilam zadeklarowac, podczas gdy jej kolega pomaga mi zdjac plecak proszac bym sie nie spieszyla. I jak tu sie nie zakochac w Australii.
Wyjscie na ulice dostarcza nam kolejnej rozrywki. Wszystko na opak. Kierowcy siedza po prawej stronie, autobusy zatrzymuja sie po przeciwnych stronach ulicy, a australijski odpowiednik zielonej strzalki obowiazuje dla skretu w lewo. Na szczescie dla rozstargnionych turystow przy przejsciach dla pieszych umieszczono wyrazne napisy "Look right" (patrz w prawo). Po kilku probach zderzenia z tubylcami, nieudanych glownie dzieki dobremu refleksowi tych ostatnich, uczymy sie, ze ruch lewostronny obowiazuje rowniez na chodniku. I schodach ruchomych. I wejsciach do budynku. Jeszcze nie wsiedlismy za kierownice, a juz musimy utrzymywac najwyzsza koncentracje.
Nasz pierwszy przystanek to chinski konsulat. Wize mozemy wyrobic najdalej na 3 miesiace przed wjechaniem do Kraju Srodka. Okazuje sie, ze Polska od niedawna jest wielkim przyjacielem Chin i darowano nam oplate za wize. Z 250 PLN w kieszeni idziemy szukac noclegu. Przyjazna Australijka zaczepia nas na ulicy z pytaniem czy nie potrzebujemy pomocy, bo wygladamy na troche zagubionych. Z pelnym zaangazowaniem pomaga nam znalezc odpowiedni autobus. Kierowca zbija nas z tropu, gdy na pytanie czy jedzie ulica, na ktora chcemy trafic, gleboko sie zamysla. Nie wiem, odpowiada. Ale Ci z tylu mowia, ze raczej tak, pokazuje na entuzjastycznie kiwajacych glowami pasazerow. Na najblizszym czerwonym swietle domaga sie od nas mapy i zabiera sie za ustalanie nam optymalnej trasy. Jedziecie w jakies konkretne miejsce, dopytuje sie. Kangooroo hostel, odpowiadamy. A, to ten ciagle w ruchu, stwierdza radosnie. A myslelismy, ze takie scenki zdarzaja sie tylko w filmach.
Ze swoim akcentem Australijczycy mogliby byc Brytolami. Po terapii relaksujacej i kilku jointach.
Wedrujac ulicami dochodzimy do wniosku, ze nigdzie na swiecie nie widzielismy takiego nagromadzenia knajp. Chinskie, japonskie, wietnamskie, pakistanskie, indyjskie, tajskie, tureckie... Dla kazdego cos pysznego. Niektore maja w oknach enigmatyczny skrot BYO. Bring Your Own*** to lokalny sposob na brak pozwolenia na sprzedaz alkoholu.
Nisze zajmowana przez Turkow (a do niedawna Polakow) w Niemczech oraz zapewne wkrotce Ukraincow w Polsce, w Australii okupuja Chinczycy. Chinczyk odbiera od nas pranie w pralni, serwuje nam kanapke w barze, zamiata pobliska ulice, sprzedaje nam gazete i dostep do Internetu. Zakladam, ze mamy do czynienia z roznymi Chinczykami. Dla nas kazdy wyglada tak samo. Chinczycy w Australii nie sa jednak wylacznie synonimem taniej sily roboczej. Kiedy nasz autobus zatrzymuje sie przy uniwersytecie wsiada do niego wiecej osob o skosnych oczach, niz jakiejkolwiek innej rasy.
Wedrujemy przez centrum Sydney. Informacje turystyczne zamykaja sie o 17, wiec za plan wycieczki od stworzenia do realizacji odpowiadamy my. Wydeptujemy uliczki The Rocks, dzielnicy, gdzie wszystko sie zaczelo. Wypatrujemy cieni odzianych w lachmany wiezniow, prowadzonych przez straznikow. Zdaje mi sie, ze przez szum deszczu dobieglo mnie dzwonienie lancucha.
Korzystajac z chwili slonca wdrapujemy sie na spektakularny Harbour Bridge, gdzie lapiemy miejscowke z widokiem na Opere. Oplywani przez cierpliwy tlum zatopionych w joggingu tubylcow przypatrujemy sie jak zaglowki, lodki i wielkie statki burta w burte plyna do portu. W koncu, przerelaksowani i przewiani, postanawiamy spojrzec na miasto z innej perspektywy.
Monorail, miejska kolejka, obwozi nas po centrum na wysokosci drugiego pietra. Jezdzimy jakis czas radosnie w kolko podejmujac w koncu meska decyzje, zeby wysiasc przy siedlisku rekinow - Sydney Aquarium. Oczarowani wedrujemy przez ten ucywilizowany podwodny swiat zaanektowany przez mieszkancow Australii, ktorych czesci inaczej bysmy nie spotkali. W wielu przypadkach na szczescie. Szczerzymy sie serdecznie na widok wigibasow platyfusow, jedynych jadowitych ssakow skladajacych jaja. Zdjecie tych zwierzat z ich splaszczonym dziobem i sterczacymi z futerka lapkami powinno byc w standardowym wyposazeniu apteczek. Nie ma to jak terapia smiechem. Snujemy sie wsrod najdziwniejszych ryb, konikow morskich, zolwi i krokodyli. Michal, uradowany jak maly, ale juz czytaty dzieciak, musi przeczytac kazdy opis, obejrzec kazdy filmik na rozwieszonych dookola plaskich ekranach. Zostawiam go przy meduzach i ide uciac sobie drzemke przy akwarium z rekinami. Wybor bodyguardow okazuje sie sluszny. Kiedy niemal godzine pozniej dociera do mnie Michal, rozczarowany, ze foki nie wstaly ze swoich miejsc na jego widok, jestem swieza jak krewetka w sieci. Na widok plywajacych nad nami rekinow oraz rozplaszczonych na szklanym tunelu plaszczek moj nieszczegolnie w zasadzie stateczny malzonek zaczyna podskakiwac z radosci robiac mniej wiecej dwa zdjecia na podskok. Z akwarium wychodzimy po 4 godzinach tuz przed zamknieciem. Czujemy niedosyt. Nie powinno byc zatem zaskoczeniem, ze nastepnego dnia idziemy podziwiac australijskie zwierzatka ladowe. Wedrujemy od ekspozycji do ekspozycji z nadzieja, ze oto mamy jedyna okazje zobaczyc najbardziej jadowite weze i pajaki swiata, nie wspominajac o najwiekszym na swiecie karaluchu, ktorego Australijczycy sa dumnymi posiadaczami. Nie mamy za to nic przeciwko zobaczeniu z blizszej odleglosci skocznych kangurow, czy puchatych koali. Z pewnym rozczarowaniem przyjelismy wiadomosc, ze zaspany wyglad tych zwierzatek bynajmniej nie wynika z tego, ze caly dzien sa na haju. Teraz to juz na prawde nie wiem kim chce byc w nastepnym zyciu. Koale dosc sprytnie zajely w naturze miejscowke, ktora pogardzily inne zwierzeta. Odzywiaja sie wylacznie liscmi eukaliptusa, ktory nie dosc ze ma bardzo malo substancji odzywczych, to jeszcze do tego jest trujacy. Cena za spokojne zycie z dala od drapieznikow jest koniecznosc oszczedzania calej energii, ktora im zostaje po odtruciu ich skromnych posilkow. W ramach zakrojonego na szeroka skale programu do niezbednego minimum ograniczyly powierzchnie mozgu i spia po 20h na dobe. Powaznym zagrozeniem dla tych puchatych zwierzatek okazala sie beztroska dzialalnosc czlowieka, ktory wycinajac drzewa zmusza koale do schodzenia na ziemie w poszukiwaniu kolejnego posilku. Trzymajace sie z dala od eukaliptusa drapiezniki nie oszczedzaja malych, glupiutkich misow (a w zasadzie torbaczy), ktore zawedrowaly na ziemie.
To tyle na razie z Australii. Dzieki uprzejmosci naszych linii lotniczych wrocimy tu za miesiac.

* Zadeklaruj lub strzez sie.
** My znajdziemy. Ty zaplacisz (kare).
*** Przynies wlasny.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety