NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-02-28  Argentyna, Perito Moreno, 19-20/02. Epoka lodowcowa.

Czolo jezora lodowcowego Perito Moreno. Pelna geba. The very front of Perito Moreno Glacier. Ukruszyl sie 20-metrowy kawaleczek. Tiny, 20-meter piece broke off. Zebysmy mieli jasnosc: lodowiec ma 60 m wysokosci, czolo fali jest ok. 100 m od lodowca i ma 2 metry wysokosci. Just to make it clear: the glacier is 60 m high, the front of the wave is 100 m away from it and measures about 2 m. Lodowiec to tez taki bialy, skamienialy las. Glacier is in a way, like a white, stone forest. Groznie wyszczerzone zeby lodowca. Grinning glacier. Dwa kolory lodowca. Two colours of the glacier. Tak sie zegnalo z nami slonce Patagonii. Patagonian sun saying goodbye to us.


Autobus wywozi nas z Chile. Wprawdzie nadal okolice znacza male kamyczki, znak rozpoznawczy Patagonii, ale po miasteczkach kreca sie ludzie z niewielkimi naczyniami, saczac podejrzany trunek, a na przejsciach dla pieszych probuja nas rozjechac beztroscy kierowcy. Witamy w Argentynie.
Podejrzanym trunkiem jest yerba mate, herbatka z ziela lokalnego krzewu, ktorej nieprzytomne ilosci spozywa kazdy szanujacy sie Argentynczyk w szczytnym celu uzyskania przytomnosci umyslu. Efekty trudno nam ocenic, niewatpliwie jednak tubylcy traktuja sprawe utrzymania stalego poziomu mate we krwi niezwykle powaznie, noszac ze soba termosy z wrzatkiem, ktory regularnie dolewaja do ziela. Dzialanie tego tajemniczego trunku dobrze oddaje historia rodzicow Michala, ktorzy w ramach eksperymentowania z herbatami zazyli onegdaj yerba mate po kolacji. Poniewaz napar byl niezwykle jasny, postanowili dosypac ziela. Zasneli o 5 rano. Bierzemy sobie do serca ich bolesne doswiadczenia i juz planujemy picie mate zamiast spania w Buenos Aires.
Do El Calafate, bazy wypadowej wycieczek do Perito Moreno, przyjezdzamy z gotowym planem. Bedziemy spac na campingu niedaleko lodowca, na ogladanie ktorego wybierzemy sie najpierw wieczorem, a potem o swicie. Po poludniu wrocimy do miasteczka, zeby zlapac wieczorny lot do Buenos Aires w jednej z tanich linii lotniczych. Plan jest swietny, ale jak to ze swietnymi planami bywa, rzeczywistosc go przerasta. Najpierw trzy niezalezne zrodla informuja nas uprzejmie, ze nasz upatrzony camping zostal zlikwidowany 2 lata temu. Spalo tam zbyt duzo osob i hotele w miasteczku nie mialy z kogo zdzierac kasy. Zeszloroczny Lonely Planet nie byl uprzejmy odnotowac tego faktu i nadal entuzjastycznie poleca ten nocleg. Nastepnie okazuje sie, ze w tanich liniach lotniczych, ktorych strony internetowe uparcie nie dzialaly przez ostatnie 2 tygodnie, mozemy kupic lot do Buenos Aires najwczesniej na 4 marca, a pozostali przewoznicy wlasnie sprzedali ostatnie miejsca na jutrzejsze loty. Zeby nie bylo nudno, kupujemy bilet na wycieczke do Perito Moreno, ktora wyjezdza za godzine. W tym czasie zamierzamy oddac bagaz na przechowanie, zdobyc lokalne srodki platnicze, zjesc oraz poszukac sposobu na szybkie i tanie dostanie sie do stolicy tanga. Polacy sa podobno dobrzy w improwizacji, a my staramy sie byc godnymi przedstawicielami naszego narodu. Udaje sie. Wszystko robimy na czas, w tym kupujemy w Internecie podejrzanie tanie bilety lotnicze do Buenos z odleglego o 4 godziny jazdy Rio Gallego - podpowiedz przypadkowo spotkanego gringo. Szczesliwi jak mroweczki pakujemy sie do autobusu.
Zblizanie sie do Perito Moreno sygnalizuje ogromne mleczne jezioro. Jego kolor jest efektem zawiesiny ze zmielonych przez lodowiec skal, ktore wraz z topniejacym lodem trafiaja do wody. Po drodze mijamy wesola brygade z dreadami, ktora rozlozyla sie obozem na pace dodga. Autostopowicze. Komfortowo usadzona w klimatyzowanym autobusie troche im zazdroszcze.
Perito Moreno oglada sie z drewnianych tarasow zbudowanych w bezpiecznej odleglosci od lodowca. Koniec jego jezora znaczy klif o wysokosci ok. 55m, z ktorego z ogromna regularnoscia odrywaja sie wielkie kawaly lodu, wyrzucajac w powietrze fontanny wody zmieszanej z ostrymi jak szklo odlamkami. Te efektowne pokazy, ktore sciagaja do tego najbardziej znanego lodowca na swiecie tlumy, zabily w latach '68-'88 okolo 32 nieostroznych turystow. Z bezpiecznej perspektywy tarasow Perito Moreno nie wydaje sie jednak dostatecznie imponujacy, stanowiac dla wielu odwaznych podroznikow wyzwanie, ktoremu nie sposob sie oprzec. Tuz przy brzegu jeziora, mimo widocznych ostrzezen i zakazow, rozpoznajemy znajome dready. Skuszony Michal analizuje dostepne opcje przedarcia sie blizej lodu, podczas gdy ja, senna i rozleniwiona po czterodniowej wedrowce przez Torres del Paine, robie za glos rozsadku. Chwile pozniej widzimy jak wesola grupa maszeruje ze straznikami parku na gore. Za te chwile przyjemnosci powinni zaplacic okolo 500 PLN kary od osoby. Mam przeczucie, ze to wiecej niz jest wart caly ich dobytek.
Stoimy zapatrzeni w morze niebieskiego lodu. Fantazyjnie popekany lodowiec przypomina z gory skamienialy las. Gesto upakowane spiczaste iglice kluja niebo jak kolce nieufnego jeza. Kilka niewielkich, 5-6 metrowych kawalkow laduje z halasem w wodzie, a ja czuje jak zamykaja mi sie oczy. Obsuwam sie na pobliska laweczke i zrywam jak tylko uslysze huk pekajacego lodu. Mam nadzieje, ze nie skonczy sie to zadnym trwalym urazem, glowy przede wszystkim. Tuz przed odjazdem Perito Moreno nagradza nasza cierpliwosc. W odpowiedzi na deszcz odlamkow z gory, spod lodowca niczym lodz podwodna z pluskiem wynurza sie wielki, 20metrowy kawal lodu.
Juz siedzac w autobusie widzimy jak podjezdzaja karabinieros. Zdaje sie, ze nasi znajomi z dreadami nie sa w stanie zaplacic kary i spedza najblizsze 3 dni w lokalnym areszcie. Wyglada na to, ze przez moje lenistwo ominela nas ekscytujaca przygoda.
Z powrotem w El Calafate zabieramy sie za poszukiwanie noclegu. Miasteczko jest doskonale przygotowane na inwazje turystow. Tak doskonale, ze w zasadzie nie ma tu miejsca dla nikogo innego. Roggero, spotkany na dworcu wloski fotograf, opowiada o problemach lokalnych mieszkancow, ktorzy pracujac dla turystow "na zapleczu" zarabiaja grosze, ale wciaz musza placic turystyczne ceny zywnosci czy ubran. Odczuwamy to na wlasnej skorze, gdy za najtanszy wolny pokoj z dzielona lazienka przychodzi nam zaplacic prawie 80 PLN; ponad dwa razy wiecej niz ostatnio, w "drogim" Chile.
Mimo wszystko z przyjemnoscia wedrujemy przez sklepy z pamiatkami, gdzie obok klasycznego turystycznego kiczu wyeksponowane sa prawdziwe cacuszka.
Dzien konczymy inauguracja radosnej konsumpcji argentynskiej wolowiny. W parilli, dostepnej na kazdym rogu grillowni, zamawiamy krwistego steka. Delikatne mieso rozplywa sie w ustach tak, ze nawet bezzebny staruszek moglby sie nim delektowac.
Rano w Internecie znajdujemy potwierdzenie zakupu biletu lotniczego oraz check-in'u z informacja, ze zaplacona cena obowiazuje wylacznie obywateli Argentyny. Jesli sie nie zaliczamy do tej szlachetnej grupy, uprzejmie uprasza sie nas o kontakt z przedstawicielstwem LAN w celu dokonania doplaty, podwajajacej cene naszego biletu. Kierujac sie sprawdzona maksyma - jesli nie wiesz co zrobic, udawaj glupiego - spokojnie czekamy na dalszy rozwoj wydarzen. Nasz lot jest opozniony o prawie trzy godziny i wylecimy dopiero o 2 w nocy, ale na tym koniec nieprzyjemnych niespodzianek. Dzis jestesmy Argentynczykami.



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety