NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-02-23  Chile, Torres del Paine, 15-18/02. Wichrowe wzgorza.

Staly element wyposazenia Parku, tecza. National Park´s permanent exposition, a rainbow. A tu wieje tak mocno, ze wszystkie listki poobrywalo. Here, wind is blowing with such force that all the leaves are gone. Gaucho (poludniowoamerykanski kowboy) z XXIw. Gaucho (South American cowboy) of XXI century. Czysta woda zdrowia doda. Water. This is what you call fresh. Rownowaga. Raz nie wymierzylismy i nas zwialo ze sciezki. Po prostu. In balance. Once we didn´t get it quite right and were blown off the path. Literally. Wikunie. Takie lamy albo alpaki, tylko troszke inne. Wicunias. Like lamas or alpacas, except a little different. Kawaleczki lodowca Grey plywajace w lodowcowym jeziorze. Kazdy kawaleczek ma ok. 20 metrow dlugosci. Pieces of glacier Grey in a lake. Each piece measures about 20 m. Sniadanie mistrzow. Breakfast of champions. U nas takich znakow nie ma. Do not see signs like that in Europe. Bieszczady znalezione w Chile. Bieszczady mountains (south-east Poland) found in Chile. Wieze Paine. Widok klasyczny. Towers of Paine. The classical view. Las. Niby normalny, ale taki pogiety i zagmatwany jak w Harrym Potterze. Forest. Normal, but so dense and twisted that it could be starring in Harry Potter. Zwykla gora... Akurat!!! Jak sie dobrze przyjrzec to widac, ze tam schodzi mega-lawina sniegowa. Ledwo uszlismy z zyciem. Just a mountain... NOT!!! There is an avalanche forcing down the slope. It was so close, we are happy to be alive ;) Gdyby nie drzewo, Age wywialoby mi z kadru... If it wasn´t for the tree, Aga would be out of the frame. Drzewo przewiane na stale. A tree, permanently blown. Cuernos czyli rogi. Nie ma madrego, ktory by wyjasnil jak to sie stalo, ze te gory sa ciemno-jasno-ciemne. Wyglada to nieziemsko. Cuernos means horns. Nobody can explain how come it is dark-light-dark coloured. But it looks stunningly. Gdzie sie czlowiek nie spojrzal, tam bylo pieknie... It was just beautiful everywhere we looked. Ta goraca czekolada. The hot chocolate.


Autobus wiezie nas przez rozlegle puste przestrzenie Patagonii, zamieszkane glownie przez owce, skupione dla towarzystwa w stadka. Na diecie z rdzawozoltej patagonskiej trawy, upodobnily sie do niej kolorem. Co jakis czas mijamy kilka koni, obojetnie pasacych sie na rowninie, strusie trzesace kuprami w ucieczce przed autobusem lub zebrane na ogrodzonym pastwisku bydlo.
Zyczliwie zerka na nie slonce, przemierzajace niebo ze wschodu na zachod w kierunku przeciwnym do wskazowek zegara, jak to na Antypodach. Dlugo nie moglismy sie pozbierac, gdy po raz pierwszy dostrzeglismy jak w srodku dnia spokojnie wisi na polnocnym niebie.
Osamotnione i mocno zawiane drzewa pochylaja sie jak zmeczeni zyciem emeryci. Z chmur tu i owdzie opuszczaja sie kurtyny deszczu. Chwile nam zajmie zanim przyzwyczaimy sie do teczy rozpietej niemal na stale na niebie. Morza falujacych traw i chmury przewalajace sie po niebie budza we mnie jakas niewyjasniona tesknote. Mam ochote rozpostrzec skrzydla i poszybowac; czuje jak mnie uwieraja pod lopatkami.
U wejscia do parku narodowego Torres del Paine zostajemy nieco ocuceni cena biletu wstepu - 100PLN/os dla obcokrajowcow. Pozbawieni wsparcia naszych znajomych z Pukonu, stracilismy wiarygodnosc jako rodowici Chilijczycy. Coz zrobic, placimy.
Przez jezioro przewiezie nas katamaran, dalej poniosa nogi. Zachwycam sie upojnym zapachem rozgrzanych sloncem rumiankow i ciesze sie, ze wiatr ma akurat przerwe obiadowa. Na katamaranie serwuja czekolade na goraco, ale zeby cieszyc sie widokiem z gornego ppokladu i tak potrzebuje kurtki. No wlasnie. A gdzie jest kurtka? Krotki rachunek sumienia odslania nieprzyjemna prawde - zostala w autobusie. Autobus odjechal. A katamaran jest na najlepszej drodze na drugi brzeg jeziora. Jak trwoga to do kapitana, stwierdzamy i idziemy sie zwierzyc z naszego problemu. Przez krotkofalowke stawiamy na nogi administracje Parku Narodowego. Beda probowali lapac autobus, ktory w ciagu godziny powinien wracac ta sama trasa. Jesli wszystko sie powiedzie, kierowca przekaze kurtke kapitanowi, a ten przywiezie ja kolejnym, wieczornym kursem. Kibicuje nam sympatyczny przewodnik japonskiej wycieczki, ktory pomaga tlumaczyc co bardziej skomplikowane kwestie. Jego dziewczyna w analogiczny sposob bezpowrotnie stracila okulary sloneczne. Probujemy sie skontaktowac ze wszystkimi zaangazowanymi jeszcze raz, z bazy Parku Narodowego na drugim brzegu. Wszyscy sa poinformowani, ale nadal nie wiadomo czy kurtka sie znalazla. Nie tracimy nadziei i idziemy ogladac pobliski lodowiec. Na szczescie trasa jest tak ulozona, ze i tak musimy tu wrocic. Lodowiec polyskuje niebiesko w sloncu, ale dobrze odzywiony wiatr dmie z nowa sila. Czuje jak przenika przez skore, przegryza sie przez miesnie i obija o kosci. Znajdujemy zaciszna nasloneczniona kotlinke i dlugo sie wygrzewamy. Wieczorem z niepokojem obserwuje nadplywajacy katamaran. Ostatnim razem plynal szybciej i nie zwlekal tak bardzo z przybijaniem do brzegu, mysle dokarmiajac przyszle wrzody. Kapitan przez chwile sie ze mna drazni, po czym wrecza mi zgube. Radosnie podskakujac zakladam ja na siebie stwierdzajac jednoczesnie ze zdziwieniem, ze jest ciezsza niz pamietam. To waga naszych podroznych doswiadczen, zapisana na palmtopie, spokojnie siedzacym w wewnetrznej kieszeni. Patrzymy sie na siebie z Michalem bez slowa. Gdybysmy sie zorientowali wczesniej, niechybnie trafilibysmy do ksiegi rekordow Guinessa w zwiazku z najszybszym pokonaniem jeziora lodowcowego wplaw. A tak pozostaje nam mozolne zdobywanie slawy za posrednictwem regularnych relacji na naszej stronie.
Zakladamy plecaki, Michal wielki, ja symboliczny i ruszamy waska sciezka, gesiego w strone naszego nocnego obozu. Odrobilismy prace domowa i planujemy spac tylko na darmowych campingach, zywiac sie wlasnym jedzeniem. Wody dostarcza nam strumienie. Japonska wycieczka nocuje w wypasionym hotelu na brzegu jeziora, ale ich przewodnik chwali nasz wybor. W nocy uspokajajaco kolysze nas jednostajny szum rzeki, zaklocany przez grzmoty schodzacych niedaleko lawin; wiatr targa korony gorujacych nad nami drzew. Za dnia do fonii dokladamy wizje i z bezpiecznej miejscowki na drugim brzegu rzeki podziwiamy zsuwajace sie z gor chmury sniegu. Wracajac witamy sie z japonska wycieczka pnaca sie mozolnie pod gore. W obozie znajdujemy nasz kompaktowy, jednopowlokowy namiot przykryty rowna warstwa brunatnego pylu. Rowniez w srodku. Wytrzepujac kolejne sztuki ekwipunku z wyrzutem spogladamy na gesta siatke zapewniajaca konieczna wentylacje namiotu. W nocy, w obronie przed kolejna inwazja pylu, wpelzam cala do spiwora i odmawiam wyjscia zanim sprawdze na jak dlugo starczy mi tlenu. Na dlugo. Ranek zastaje mnie w pelnym zdrowiu z glowa miedzy kolanami. Michal patrzy na mnie z niedowierzaniem przecierajac oczy i zostawiajac na twarzy brunatne smugi. Woda w rzece nie zagrzala sie przez noc ani odrobine. Nikt nie mowil, ze bedzie latwo. Intensywnie odswiezeni ruszamy w dalsza droge. Kolejny dzien slonca to tutaj rzadkosc. Nalezycie to doceniamy wedrujac niemal od switu do zmierzchu. Machamy japonskiej wycieczce jedzacej sniadanie na trawie i raznie maszerujemy poganiani wiejacym nam w plecy wiatrem. Pasiemy oczy widokiem malowniczo falujacych wzgorz, ozdobionych mlecznymi klejnotami lodowcowych jezior i opasanych przez osniezone gorskie szczyty. Na karlowatych krzaczkach rosna calafate, tutejsze jagodki. A przynajmniej taka mamy nadzieje. Najblizsze 24h pokaze czy mamy racje. Na lunch zasiadamy na gorskim zboczu z widokiem na stadko koni. Osobiscie tego nie potwierdzily, ale mamy podejrzenia, ze sa dzikie. W zasiegu wzroku brak ogrodzen i ludzi bez plecakow. Radosnie macha nam japonska wycieczka. Doganiamy ich niedlugo pozniej, zwarty szereg idacy gesiego waska sciezka. Ostatnia kobietka wydaje z siebie chrapliwy dzwiek i dwadziescioro Japonczykow rozstepuje sie przed nami niczym Morze Czerwone.
Na noc rozbijamy oboz tuz pod szczytami Torres del Paine, ikony parku. Zaczepia nas Izraelczyk z pytaniem czy moze przy nas zostawic swoj plecak, bo chcialby szczyty zobaczyc juz teraz. Michal tez bedzie sie wspinal jeszcze dzis, a ja planuje znalezc jakis cieply nasloneczniony kacik i rozlozyc sie tam z ksiazka. Proponujemy mu, zeby oddal plecak w opieke straznikom parku, zamieszkujacym domek tuz obok. 'These are South American people', wyjasnia znaczaco krecac glowa. 'A Wy, skad jestescie?' Z Chile, cisnie nam sie na usta, ale odpowiadamy zgodnie z prawda. Chwila wahania na jego twarzy wskazuje, ze Polakow rowniez nie uwaza za narod godny zaufania, ale w koncu sie przelamuje i zostawia z nami plecak. Slonce chowa sie za chmurami, wiec cieply kacik wygrzewam sobie w spiworze, gdzie kilka godzin pozniej znajduje mnie nasz nieufny znajomy. Kilkakrotnie sklada dlonie w zydowskim gescie podziekowania i idzie swoja droga. Z wlasnych doswiadczen i rozmow z innymi podroznikami odnosimy wrazenie, ze trwajaca w tamtej czesci swiata wojna i obowiazujaca wszystkich sluzba wojskowa niestety niezle namieszala im w glowach.
Swit zastaje nas u podnoza Torres del Paine. Jemy sniadanie obserwujac jak szczyty zmieniaja kolor od glebokiego pomaranczu po jasno zolty. Schodzimy, zeby zdazyc na popludniowy autobus. Mamy jeszcze dzis w planach odwiedziny w pijalni czekolady w Puerto Natales. Po raz ostatni mijamy japonska wycieczke. Z zalem zegnamy sie z przewodnikiem, ktoremu podarowalimy wizytowke z adresem naszej strony. Przed nami po raz ostatni rozposcieraja sie targane wiatrem malownicze wzgorza. Oszczedzony zostal nam widok czesci parku uzyznionej przez Jiriego Smitraka, ktoremu Czesi zawdzieczaja szczegolna antypatie Chilijczykow. Dwa lata temu przewrocila mu sie zainstalowana w niedozwolonym miejscu kuchenka. Od kuchenki zapalila sie trawka, od trawki krzaczek, a od krzaczka dalsze 15 000 ha parku. Jiri moze sobie teraz wpisac w CV, ze zorganizowal ogolnonarodowa zbiorke okolo 2mln USD, bo tyle Czechy przekazaly Chile na renowacje parku.
Zblizajac sie do konca szlaku widzimy nagle znajoma peruwianska czapke, spod ktorej wydobywa sie radosne 'Hello Poland!'. Janette i Mark, Szwajcarzy z ktorymi przemierzylismy Salar de Uyuni, wlasnie zaczynaja wyprawe przez Torres del Paine, w kierunku przeciwnym niz my. Zanim ruszymy dalej upamietniamy na zdjeciu to ostatnie niespodziewane spotkanie na koncu swiata i obiecujemy im odwiedziny w Bernie, w przyszlym roku.
W autobusie unosi sie skondensowany zapach kilku dni na szlaku bez prysznica. Klimatyzacja nie dziala, otwieranie okien tez nie. Podobno po jakims czasie nos sie przyzwyczaja. Mojemu dwie godziny nie wystarczyly i nie mam zamiaru kontynuowac eksperymentu. Ucywilizowani przez dlugi prysznic idziemy zapolowac na jedzenie. Pizzeria przy rynku serwuje dania spelniajace najostrzejsze wloskie standardy, a gorace trio z trzech rodzajow czekolady mogloby sluzyc za definicje tego szlachetnego napoju. Myslac, ze dawno nie zasypialismy w tak wygodnym lozku odpoczywamy w oczekiwaniu na nastepne przygody.



Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety