NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-02-19  Chile, Punta Arenas, 13-14/02. Spotkania na koncu swiata.

Pingwinem jestem. I to najwyzszym ze wszystkich. I am the penguin. The tallest of all. Wyspa Magdalena. Wlasnosc pingwinow.  Magdalena Island. Property of penguins. Komitet powitalny na plazy. Te ktore nie stoja, plywaja. Jak kaczki. Welcome commitee on the beach. Those who are not standing, swim. Just like ducks. Turysta oglada pingwiny. Pingwin oglada turyste. Tourist watching penguins. Pengiun watching tourist. Moze najpiekniej to on nie spiewal, ale za to ile ekspresji. Not the best of singers, but how passionate. Ehhh... popracowaloby sie... Ehhh... let´s do some work... later... Witamy na Ziemii Ognistej. Welcome to Tierra del Fuego. Kurczak, kartofle, kielbasa, owoce morza, bekon w jednej potrawie... Ku naszemu zaskoczeniu - pycha! Chicken, seafood, sausage, bacon, potatos in one meal... To our suprise - yummy! Przed Aga krabowa Pingwin Dyrektor. Chief Executive Penguin.


Ladowanie w Punta Arenas nie jest przyjemne. Wychodzimy z lotniska kwasno komentujac umiejetnosci tutejszych pilotow i prawie znow odlatujemy. Tym razem na wlasna reke, bez biletow i pozwolen. Szybko sie przekonujemy, ze takie spektakularne podmuchy wiatru to w tej czesci swiata nic nadzwyczajnego. Waski odcinek ladu nie ma szans wyhamowac skutkow ruchu wirowego ziemi. Dla pilotow zostaje nam jedno slowo. Szacunek.
Nie zniecheceni szorstkim przywitaniem z Patagonia rozgaszczamy sie w hostelu o dzwiecznej nazwie Niepodleglosc i, korzystajac z rad uczynnego gospodarza, idziemy organizowac sobie atrakcje. Moj wzrok przyciagaja pingwiny tlumnie i radosnie wygladajace ze zdjec w oknie mijanej agencji turystycznej. Juz wiem jak spedze to popoludnie. Pingwin to pingwin - Michal uznaje, ze wystarcza mu widziane na Galapagos i zaszywa sie w kawiarence internetowej, zeby za posrednictem skype’a wzmacniac wiezi rodzinne.
Kiedy zdecydowanym krokiem wchodze do agencji, zeby nabyc bilet na wycieczke na Isla Magdalena, prawie zderzam sie z postawnym gringo. Ten, wprawiajac w oslupienie mnie i najblizsze otoczenie, wydaje z siebie okrzyk radosci i bierze sie za powitalne usciski. Stjepko! Chorwackiego przyjaciela Izy i Daniela poznalismy, kiedy po raz ostatni odwiedzalismy Lime. Podobnie jak my wybral sie na zwiedzanie Ameryki Poludniowej, tyle ze zaczynajac od Argentyny, do ktorej my
docieramy na koncu. Wlasnie kupil bilet; pingwiny bedziemy ogladac razem.
Po poludniu na szczescie wiatr slabnie i jest szansa, ze nasz prom nie dolaczy do galerii wrakow tlumnie zalegajacych Ciesnine Magellana. Na statku spotykamy pare Polakow, z ktorymi Stjepko przemierzal Torres del Paine, nasz nastepny cel. Na opowiesciach z podrozy rejs uplywa nam szybko.
W niewielkim porcie na Wyspie Magdalena zebral sie juz spory tlum gapiow. Elegancko ubrani na przyjazd turystow, wygladaja jeden przez drugiego. Co bardziej ciekawscy przeciskaja sie do przodu, zeby zajrzec wglab otwierajacego sie promu. Z drugiej strony tez narasta poruszenie. Pstrokato przyodziani turysci przepychaja sie do wyjscia, kamery ida w ruch. Za chwile wedruja po wybiegu z wytyczonych sciezek. Atmosfera wsrod pingwinow jak na meczu pilkarskim. Rodziny siedza wygodnie na swoich miejscowkach, mlodziez okupuje zylete - miejsca z drugiej strony wybiegu, gdzie nie ma jak schowac sie przed deszczem. Ze wszystkich stron dobiega dzwiek pilkarskich trabek - pingwinie nawolywania nawet odlegle nie przypominaja arii z Happy Feet; no chyba ze mowa o uposledzonym sluchowo glownym bohaterze. Pokaz trwa godzine, po czym niechetni turysci, zaganiani przez przewodnikow, wracaja na prom. Marudze na koncu, kombinujac jak tu sie schowac wsrod pingwinow, ale zdecydowanie odstaje od towarzystwa. Okazuje sie, ze moglabym zostac, gdybym tylko wystapila do strazy parku narodowego o zezwolenie na nocowanie w latarnii morskiej.
Na pocieszenie oraz zeby uczcic to podwojne spotkanie na koncu swiata wieczorem wszyscy razem idziemy do porzadnej knajpy. Michal wysluchuje naszych opowiesci, zerka na zdjecia i oczy mu smutnieja. Rozwesela sie dopiero gdy na stole pojawia sie curanto, lokalna specjalnosc - owoce morza, kielbasa, boczek, kurczak i ziemniaki; wszystko serwowane w jednej misie. Brzmi to jak opis nieudanego eksperymentu ostro nawalonego kucharza, ale jest zaskakujaco smaczne. Z drugiej strony, jesli sie chwile zastanowic, lista skladnikow co bardziej wypasionej pizzy tez moze zadziwic.
Ale prawdziwy rarytas jeszcze przed nami. Przed czterodniowym marszem przez Torres del Paine idziemy sie porzadnie najesc do La Luny, gdzie serwowana jest "chupa" z krolewskiego kraba i krewetki na ostro. Na stol wjezdzaja dwie skwierczace kamionkowe misy, po brzegi wypelnione owocami morza zatopionymi w kremowym serze z wyraznym posmakiem bialego wina, calosc przykryta chrupka i zlocista serowa skorka. Blogo objedzeni jestesmy gotowi stawic czola 4-dniowej diecie.
Umowieni na spotkanie z tango w Buenos Aires nie przyjmujemy propozycji sympatycznych Lodzian - Bartka i Magdy, zeby wynajetym samochodem razem zwiedzic okolice. Estancias, patagonskie owcze farmy ogladamy tylko z autobusu. Nie wybieramy sie tez na trzydniowe poszukiwania wielorybow w Ciesninie Magellana, ani na wyprawe na poludniowy kraniec Ziemi Ognistej. Natomiast za nic nie przegapimy Torres del Paine, gdzie czeka nas jeszcze jedno, niespodziewane, spotkanie na krancu swiata.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety