NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-02-14  Chile, Pucon, 7-10/02. Wczasy pod wulkanem.

Nasz wulkan. Piekny jest. Our vulcano. Beautiful, ha?! Aga, okulary, rower, wulkan... Aga, glasses, bike, vulcano... W naszym pieknym kraju, pod Bialowieza mamy i-den-tycz-na droga. Tylko bez wulkanu. In our beautiful country we have identical road. Just without the vulcano. Maliny i borowka amerykanska. Jak w domu. Tylko ten wulkan... Raspberries and blueberries. Just like home. Just the vulcano... Prawdziwe indianskie zarcie: miod z chlebem (troche jak razowy). Niestety, zadne z nich nie bylo smaczne. Real indian food: honey and bread. Neither was good. Wulkan przed wschodem slonca. Dowod posredni na to, ze w kraterze na prawde jest lawa. Noca dym jest przez nia podswietlany. Vulcano by night. Indirect proof that there is lava in the crater - it is glowing and making the smoke red. Tak sie idzie na wulkan... That´s the way to reach vulcano... Ale dymi, co?! Smokin´, ha?! Dowod bezposredni na to, ze w kraterze jest lawa. Direct proof of lava existance in the crater. Bohater dnia i jego krater, tuz przed zjazdem na tylku z czubka wulkanu. Hero of the day and his crater, just before butt-sliding down the slope. Duzy, niegrozny pajak. Large, safe spider. Cien wulkanu. The shade of the vulcano. Aga. A pod nia najszczesliwsze drzewo na swiecie. Aga. Under her, the happiest tree in the world. Park Narodowy Huecostam... Sielanka. Hues´thing National Park... Fairy tale place. Araukaria. Bardzo niezwykle drzewo. Araukaria. Very unusual tree. Vinco i jego nieniebezpieczny pajak. Vinco and his not-dangerous spider.


Usadowiony malowniczo nad jeziorem Pukon, wakacyjna stolica Chile, ma wszystko czym gardza tacy podroznicy jak my. Na glowna ulice skladaja sie wylacznie knajpy, agencje turystyczne i sklepy z pamiatkami. Wokol wygodnie rozlokowane sa hotele, hostele, domki i pola namiotowe. Wieczorem miasteczko rozkwita feeria swiatel i kolorow, a zatloczone ulice przemierzaja grupy mlodych Chilijczykow wedrujacych od klubu do klubu. I tak do rana. Zadnej autentycznosci, zadnego lokalnego kolorytu. Stali mieszkancy, upchnieci na obrzezach, wzdychaja za sielankowa przeszloscia i wyciagaja ze zrelaksowanych turystow ostatni grosz. A na to wszystko spoglada dymiacy wulkan. Posepnie, chcialoby sie rzec, ale dla nas jego ubrany na bialo wierzcholek wyglada cokolwiek wesolo. Krotko mowiac - jestesmy na wczasach!
Tutejsi turysci dziela sie z grubsza na dwie grupy. Naturalni aktywisci, wsrod ktorych przewazaja gringo, zachlannie przemierzaja okoliczne lasy, rzeki i jeziora. Grupa nocnych aktywistow, zdominowana przez Chilijczykow z Santiago i okolic, rownie zachlannie przemierza nocne kluby, zeby w dzien odsypiac ekscesy na plazy.
Jako pelnokrwisci gringo dumnie zasilamy szeregi naturalnych aktywistow i juz pierwszego dnia ruszamy na white water rafting. Nasza siedmioosobowa grupa zoltodziobow sprawnie wykonuje komendy na spokojnej wodzie, zachecana raznymi okrzykami przewodnika. Radosnie pokonujemy drobne kaskady i docieramy do pierwszej wiekszej atrakcji. Wioslowac. Mocniej. Mocniej! Woda zalewa oczy. Prawa do przodu, lewa do tylu! Ktora to jest prawa?! Juz po chwili poruszamy sie ruchem wirowym, zeby po kilku spektakularnych odbiciach zawisnac na skale. Siedem par szeroko otwartych oczu niewinnie patrzy na przewodnika. Wszyscy na tyl! Odciazony ponton powoli zsuwa sie z powrotem do rzeki. Kolejny spokojny odcinek. Usmiechy szersze, ale jakby mniej pewne siebie. W piankach i gumowych butach chlupocze lodowata woda. Nie jest dla mnie zupelnie jasne ktoredy sie tam nalala. Kolejny zjazd. Wioslujemy! Przerwa! Wioslujemy! Przerwa! Puf! Mam wode w uszach i nosie. Ale jazda! Usmiecham sie radosnie do Michala, a moje szczekajace zeby nadaja rytm wioslom. Na kolejnych kaskadach zdobywamy mistrzowskie szlify, ale przed wodospadami musimy wysiasc. Z ladu podziwiamy umiejetnosci naszych przewodnikow. Tylko co robi ten kamerzysta na drugim brzegu? Kawalek dalej czeka nas niespodzianka. Z 10metrowego klifu skaczemy wglab pedzacego nurtu, z ktorego kawalek dalej wylowia nas przewodnicy. Michal skacze bez chwili wahania. Ja dlugo patrze na rzeke i tlumacze moim drzacym kolanom, ze to naprawde swietny pomysl. Przeprowadzam dowod na przewage sily woli nad instynktem samozachowawczym. Lodowata do bolu woda dociera wszedzie tam, gdzie jej sie wczesniej nie udalo. Nie zeby zostalo wiele takich miejsc. Po powrocie z podrozy wystapimy do klubu morsa o przyznanie nam honorowego czlonkostwa. Kilka solidnych kaskad pozniej i jedno reczne zdejmowanie pontonu ze skal docieramy wreszcie do ladu. Z ulga zrzucam z siebie pianke i rzucam sie na nasloneczniona trawe. Podekscytowany Michal zaliczyl jeszcze wplaw wodospad. Ja uznalam, ze jestem dostatecznie przemoczona i bez tej atrakcji. Zgodnie jednak uznajemy, ze impreza byla pierwsza klasa i wbrew naszym zelaznym postanowieniom dajemy sie naciagnac na film z wyprawy.
Wieczorem w hostelu spotykamy naszych sasiadow, Brytyjczykow. You're from England, stwierdzaja po kilku slowach powitania. Nie, z Polski, odpowiadam. But you speak...English, slysze. Teraz juz nic mi nie popsuje humoru przez nastepny tydzien.
Nastepnego dnia, zaopatrzeni w mape, zabieramy sie za zwiedzanie okolic z poziomu rowerowych siodelek. W jasnym sloncu, poganiani delikatnymi podmuchami wiatru, jedziemy szeroka zwirowa droga przez las, wzdluz wijacej sie rzeki. Chwile pozniej przed naszymi oczami odslaniaja sie laki i pastwiska. Wracaja wspomnienia z rowerowych wakacji na Suwalszczyznie. Robi sie nam blogo i troche teskno.
Na obiad zatrzymujemy sie w osadzie Indian Mapuche. To jedyne plemie w Ameryce Poludniowej, ktore oparlo sie hiszpanskiej kolonizacji. Ich terytoria zostaly przylaczone do Chile dopiero pod koniec XIXw, juz gdy ten kraj byl niepodlegly. Swiezy losos jest wysmienity, natomiast nie mamy watpliwosci dlaczego tradycyjna indianska kuchnia nie podbila swiatowych stolow.
Poznym popoludniem docieramy do Ojos de Caburga. Kociol, w ktorym trzy wodospady znacza zjednoczenie dwoch rzek, faktycznie robi spektakularne wrazenie. Razem z nami docenia ten widok gdzies okolo setki innych turystow, stojacych na wydeptanych sciezkach i okolicznych polankach. Szybko zbieramy sie z powrotem.
Kolejnego dnia Michal przed 4 rano chylkiem wymyka sie z lozka. Jego dzisiejsza kochanka ma na imie Villarica, jest wysoka, z chmura bialych wlosow i choc sprawia wrazenie zimnej, ma rozpalone wnetrze. Przez ostatnie kilka dni kombinowalismy jak wspiac sie na wulkan razem, nie placac niedorzecznych stawek za zorganizowana wycieczke. Agencje i informacja turystyczna zgodnie twierdza, ze nie jest to mozliwe bez legitymacji przewodnika gorskiego (?!). Straz parku narodowego jest innego zdania. Ich wersje potwierdzaja zdjecia wywieszone w szybach agencji, pokazujace brzuchatych starszych panow na szczycie wulkanu. Niestety w miasteczku brak jest chetnych do wypozyczenia potrzebnego nam sprzetu, a chodzenie po zbitym lodzie bez rakow moze okazac sie za bardzo ekscytujace. W efekcie Michal udanie zaliczyl kolejne cwiczenia z negocjacji cenowych, a ja uznalam ze wystarczy mi ogladanie wulkanu z daleka.
Po odespaniu przepisowych 8 godzin, nie tracac ani chwili, zabieram sie za poszukiwanie wycieczki konnej po okolicy. Anemiczny spacer w malo promocyjnej cenie, ktory oferuje wiekszosc agencji, nie jest szczegolnie pociagajacy dla takiego ambitnego jezdzca jak ja. Wreszcie zdaje sie, ze odnioslam sukces. Prosze o umieszczenie na rachunku informacji, ze wycieczka jest dla zaawansowanych, na co niezwykle optymistycznie nastawiony jeszcze przed chwila agent wycofuje sie z umowy. Coz, leniwy dzien na plazy z ksiazka tez brzmi zachecajaco.
Z Michalem spotykam sie po poludniu. Ma przemoczone buty i zachwyt wypisany na twarzy. Widzial wyskakujace z krateru kawalki lawy, sztachnal sie cuchnacym siarka dymem i kompletnie obil sobie tylek, zjezdzajac na nim z wulkanu wyrzezbionymi w sniegu tunelami.
Ostatni dzien spedzamy z trojka Chilijczykow poznanych przez hospitality club. Raul i Pepa sa tubylcami, ale ich wiedza na temat wlasnych okolic jest raczej skromna. Za zwiedzanie zabrali sie wlasciwie dopiero z okazji odwiedzin przyjaciela z Santiago.Trudno byc turysta we wlasnym miescie. Bez wzgledu na zakatek swiata, w ktorym sie ono znajduje. Dopytuja sie, ktore kluby w Pukonie podobaly nam sie najbardziej. Tu wychodza nasze braki w edukacji.
Wedrujemy przez Park Narodowy Huelquehue. My tez nie wiemy jak sie to czyta. Za wejscie do parku pobierane sa oplaty, nizsze dla Chilijczykow, wyzsze dla gringos, kulturalnie okreslonych tu jako obcokrajowcy. Nasza opalenizna wreszcie sie przydaje - w dniu dzisiejszym wystepujemy w charakterze tubylcow. Wczuwamy sie w role i w poblizu straznikow parku udajemy gluchoniemych.
Trzygodzinny marsz pod gore przez gesty wiekowy las nagradza nas widokiem trzech malowniczych jezior, wokol ktorych rosna strzeliste araukarie - iglaste drzewa o bajkowo uksztaltowanej korze, spotykane wylacznie w nieskazonym otoczeniu. Sycimy oczy, nosy i uszy. Mimo nieco innej roslinnosci nadal czujemy sie jak w domu, wszystko wydaje sie znajome. Przynajmniej do momentu, gdy Vinko znajduje sporego wlochatego pajaka i zaczyna sie z nim bawic twierdzac, ze to zupelnie niegrozne zwierzatko. U nas nie ma takich wynalazkow, stwierdzamy ze zgroza. Vinko przyznaje, ze tez sie boi pajakow. Ale tylko tych malych. Ta oryginalna fobia na pewne uzasadnienie - najbardziej niebezpieczny poludniowoamerykanski pajak jest rozmiaru niewielkiego krzyzaka i lubi zagladac do mieszkan, a bliskie spotkanie z nim jest nieodmiennie premiowane wizyta w szpitalu.
Pobyt w Pukonie okazuje sie byc rowniez duza atrakcja kulinarna. W ramach oszczednosci posilki gotujemy sami, natomiast w miasteczku raczymy sie jedynie przystawkami i deserami. W efekcie najpierw ogolacamy lokalny sklep z oliwy z oliwek. Podstawa kuchni a'la Paca nie jest w Chile niestety ani odrobinke tansza niz w Polsce. Nastepnie przyczyniamy sie do znaczacego wzrostu przychodow lokalnego targu, suto zastawionego borowka amerykanska, malinami jak z rodzimego chrusniaka i sliwkami gigantami, w ktorych szczegolnie zagustowal Michal. Zwiekszamy tez sprzedaz domowej roboty plackow drozdzowych z malinami i lodow szwajcarskiej receptury, ktorym moglaby dorownac tylko lodziarnia Malinowa w Warszawie. Wieczorami natomiast dajemy zarobic lokalnej suszarni, ktora robi doskonaly uzytek z nieograniczonych lokalnych zapasow swiezej ryby. W rezultacie nasz pieciodniowy plan oszczedzania realizujemy na poziomie 300%. Jedziemy do Chiloe karmic sie oceaniczna bryza.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety