NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-02-10  Chile, Santiago, 4-6/02. Deja vu.

Santiago de Chile i jego Dwie Wieze. Jak doliczyc te niebieskie to cztery. Santiago de Chile and its Two Towers. If we count up the blue ones it is actually four. Komentarz nt. bezpieczenstwa w stolicy Chile. To jest stacja metra z darmowym hot spotem. Safety issues in the capital city of Chile? This is the subway station with free hot spot area. Valparaiso slynie z 15 wind pozwalajacych szybko dostac sie na wzgorza. Valparaiso is famous for its 15 elevators that allow you to reach surrounding hills. Vaparaiso. Jest pieknie, choc slonce sie nam schowalo. It´s beautiful even though the sun is behind the clouds. Valparaiso slynie rowniez z nadmiaru artystow... Valparaiso is also famous for its excess of artists. O! Prosze, znowu artysci. There you go! Artists again. Valparaiso. Pejzaz z krzeslami (szt. 3). Chairs. 3 pieces. Valparaiso. Tak wyglada telewizja z misja: Kieliszek. Oprozniony. Z autografem miejsca rozpusty. The glass. Empty. Signed with the name of the place. Krok 1. Zasadz winorosl. Step 1. Plant the vine. Krok 2. Zdobadz duze beczki. Step 2. Get yourself big barrels. Krok 3. Wykorzystujac elementy z krokow 1-2 zrob wino, zapakuj je do butelek, butelki do piwniczki. Step 3. Using items from steps 1 through 2, make wine, get it into the bottles, bottles into the cellar.


To zaczelo sie wlasciwie jak tylko przekroczylismy granice. Wraz z przemieszczaniem sie na poludnie przeczucie narastalo. Gdy dotarlismy do Santiago bylismy juz pewni. Cos tu nie gra. Biurowce ze stali i szkla wystajace ponad klasyczne XVIII-wieczne kamieniczki. Metro - szesc linii, telebimy z reklamami i muzyka na kazdej stacji, ekspozycje sztuki wspolczesnej przy wejsciach na perony, ludzie pod scianami z laptopami na kolanach, podlaczeni do hot spota. Deja vu? Gdzie my to juz widzielismy? Nie w Warszawie, to pewne, takiego metra bysmy nie zapomnieli. Niewatpliwie jednak w samym srodku podrozy po Ameryce Poludniowej znalezlismy sie w Europie. Niestety ceny rowniez sa europejskie. Index Big Maca* wskazuje na nieco wyzszy poziom niz w Polsce - sam hamburger kosztuje tu okolo 10 PLN.
Nasz entuzjazm gasi nieco mala dziewczynka, ktora w tanim barze z duzym wdziekiem wyciaga Michalowi z talerza frytki i kawalki smazonej ryby - kolejne deja vu... Przed oczami staje nam niezwykle ujmujacy czarny kot w knajpie nad Orinoko, czyli wieki temu. Majaczace w oddali slumsy nie pozostawiaja watpliwosci, ze Chilijczycy maja jeszcze troche do nadrobienia.
Na pocieszenie postanawiamy skorzystac ze zdobyczy cywilizacyjnych i idziemy do kina. "Mala Miss" to wyjatkowo zabawny film o ludziach, ktorym wyjatkowo niewiele sie udaje. Bracia Cohen byliby dumni. My prawie plakalismy. Ze smiechu.
Polozone godzine drogi od Santiago nadmorskie Valparaiso z pewnoscia zasluguje na swoja nazwe. Na wzgorza miasteczka mieszkancow i turystow po rowno wwoza niezwykle, zabytkowe "windy", rodzaj kolejek gorskich. Stare miasto, bedace na liscie Dziedzictwa Kulturowego Unesco, gesto wypelniaja kolorowe domki. Przyjezdzamy po poludniu celujac w zachod slonca nad morzem. Miasto zastajemy zasnute chmurami. Z romantycznego wieczoru nici. Tak to jest z publicznymi uslugami.
Wedrujac waskimi kretymi uliczkami, ktore jak wiesc gminna niesie zamieszkuje miedzynarodowa la boheme, podziwiamy artystyczne graffitti, autorskie knajpki oraz sklepiki z oryginalnymi sztukami odziezy, w ktorych zaden element nie pasuje do zadnego innego. Jednak dobrze, ze slonce nie dopisalo. Zobaczylibysmy to wszystko w innym swietle i jeszcze przyszloby nam do glowy zadluzyc sie po uszy i kupic sobie tu dzialke lub domek z widokiem na morze. Tym bardziej, ze z porannych wiadomosci dowiadujemy sie, ze akurat zwolnily sie 4 dzialki na starowce. Spalismy tak mocno, ze nie slyszelismy wybuchu gazu kilka ulic dalej.
Ostatniego dnia pobytu w Santiago, po raz pierwszy od wyjazdu, w naszym zwiazku dochodzi do separacji. Przyczyna rozstania jest alkohol. A konkretnie wino, na ktorego degustacje wybieram sie do Vina Concha i Toro, najwiekszego producenta win w Ameryce Poludniowej. Pierwsza wycieczka, o 10 rano, jest w jezyku angielskim. Nic dziwnego, biorac pod uwage ponadgodzinny dojazd oznacza to de facto wstanie o chilijskim swicie; nikt hiszpanskojezyczny by nie dojechal o tej porze. Nas tez jest zaledwie troje, podczas gdy na 11.30 rezerwacje ma juz 35 osob. Podziwiamy 68-hektarowa plantacje Cabernet Sauvignon, z ktorej w zaleznosci od roku wina sa swietne lub doskonale. Latem tu nie pada nigdy. Czasem sie zachmurzy. Nie oznacza to jednak, ze tutejsze winorosla to samograj. Rosliny, stojace rowno w szeregu niczym armia na cienkich nozkach, trzeba podlewac, czym zajmuje sie specjalnie zaprojektowane urzadzenie. Usuwanie lisci zaslaniajacych gronom slonce to juz robotki reczne. Cukier, odpowiedzialny za sile procesu fermentacji, rosliny moga wytwarzac wylacznie samodzielnie. W Chile istnieje bowiem rzadowy zakaz dosladzania winogron, a najslabsze wino nie moze miec mniej, niz 11.5% alk. Jesli we wrzesniu, gdy spiace winorosla wypuszczaja pierwsze pedy, temperatura spada ponizej 4 stopni, wlacza sie alarm, a czekajace niedaleko helikoptery ruszaja do akcji, mielac skrzydlami powietrze, zeby je ogrzac. Piwnica zastawiona winami kusi mnie, zeby ukryc sie wsrod beczek i radosnie spedzic nastepny tydzien. Niestety degustacja najwiekszego specjalu zostala zostawiona na koniec, a butelki Don Melchor przechowywane sa w innej piwniczce, do ktorej nie mamy dostepu. Trzeba przyznac, ze nawet taki barbarzynca jak ja czuje roznice w kolorze, aromacie i smaku. Na koniec idziemy do knajpki na przekaske i jeszcze troche wina. Delektujac sie kawalkami koziego sera i ricotto z ziolami opasanego szynka parmenska w towarzystwie Trio Merlot, jednego z mniej wybitnych, ale wciaz wysmienitych tutejszych trunkow, czuje sie zupelnie wyjatkowo. Nie wiem, czy to kwestia wrodzonego uroku osobistego, czy tez moi amerykanscy towarzysze wycieczki dostrzegli w moich wielkich polskich oczach glod, ale o rachunek nie musze sie martwic.
Radosna jak skowronek wracam do Santiago i Michala, ktory tez nie zamierzal zmarnowac ulotnych chwil wolnosci. Jak tylko sie obudzil odwiedzil fryzjera, a potem poszedl sie rozejrzec. Na rekonesans zostalo mu niestety nie wiecej niz 10 minut. Dobrze to rozplanowalam.

* Index Big Maca - cena standardowego wyrobu Mc Donalda podobno dosyc trafnie wskazuje na poziom cen w danym kraju.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety