NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-02-05  Chile, Obserwatorium Astronomiczne w Vicunii, 1-2/02. Gwiezdne wojny.

Ksiezyc, jakim go widzielismy, tylko brzydszy, bo nie dalo sie zrobic ladniejszego zdjecia. The moon as we saw it, except not as nice, since we couldn´t take a better photo. Kosciolek w San Pedro de Atacama. Oni tam wszystko na bialo maluja. A church in San Pedro de Atacama. They paint white everything there. Lokalny luk triumfalny. Local triumph arc. Rynek w San Pedro. Naprawde wszystko maluja na bialo (oprocz rowerow). Market square in San Pedro. Really, everything apart from bikes they paint white. Wiezyczka koscielna. Biala. Church tower. White. Tak sie lapie stopa na Panamericanie. That´s the way you hitchhike Panamericana. Lapanie stopa, wersja meska. Prosze zwrocic uwage na szlachetne ulozenie ramienia. Hitchhiking, male version. Please, pay attention to noble arm movement. To male, szare na prawo od Agi to nasz 800 gramowy namiot w pelnej okazalosci. The small, gray thing right from Aga, is our 800 gram tarptenth in its full grandeur.


Do Chile zostalismy wpuszczeni jak tylko wydeptalismy gabke nasaczona srodkiem dezynfekujacym, a celnicy upewnili sie, ze nie mamy w bagazu zadnych owocow, warzyw, ani produktow pochodzenia roslinnego - wliczajac w to ozdoby z drewna. To nie objaw manii przesladowczej, nekajacej nasze najwyzsze kregi rzadowe. Gospodarka Chile stoi miedzia, lososiem oraz winem, ktorego jak dotad nie dopadly powszechne gdzie indziej pasozyty. Po sprobowaniu tego szlachetnego trunku bylam gotowa wybaczyc im kazda paranoje.
Naszym pierwszym przystankiem w Chile bylo San Pedro de Atacama, ktorego jaskrawo biale domki, odcinajace sie od wsciekle niebieskiego nieba wprawily mnie w taki zachwyt, ze oglosilam, ze chce tu zostac. Michal otrzezwil mnie przedstawiajac liste przyszlych atrakcji z pytaniem co wykreslamy. Z bolem wytlumaczylam sobie, ze poszwendanie sie tu przez kilka godzin bedzie rownie satysfakcjonujace.
Nasz nastepny cel to Obserwatorium Astronomiczne Mammaluca w Vucuńa, jedno z kilku dostepnych dla zwyklych smiertelnikow w okolicy La Sereny. Niestety w San Pedro de Atacama biletow na bezposrednie polaczenia z tym odleglym o 1200km miastem brak. Jedziemy do Calamy, najblizszego duzego miasta, gdzie przejazd do La Sereny oferuje co najmniej pieciu przewoznikow. Tu bilety sa. Na za trzy dni. Nie ma mietkiej gry, stwierdzamy i wsiadamy w autobus do kolejnego duzego miasta, Antofagasty, gdzie jest jeszcze wiecej przewoznikow. Urocza pani w osmym odwiedzanym przez nas okienku nie ma dla nas dobrych wiesci. Przedstawiamy jej plan awaryjny z prosba o rade. Kreci ze zdumieniem glowa. Nie jest w stanie pomoc. Przegralismy bitwe, ale nie wojne, stwierdzamy i idziemy sie przespac.
Wbrew prawom geografii Chile, lezace na tym samym poludniku co Lima, ma czas przesuniety o 2 godziny do przodu. W efekcie, kiedy przed 7 rano wyruszamy z hotelu, jest ciemno, a przechodniow tylu co na Szmulkach (Praga Pln.) o polnocy. Przed nami 900km drogi przez Atacame, najsuchsza pustynie swiata. Na jej pokonanie mamy 15h.
Pierwszym lokalnym autobusem dojezdzamy do wyjazdu z miasta w kierunku Panamericany. Ta liczaca sobie prawie 26,000 km, najdluzsza na swiecie autostrada ciagnie sie od Alaski az na poludnie Chile.
900 km, 14 godzin. Zatrzymuje sie czerwony pickup. Domingo, sympatyczny kierowca, podwozi nas na Panamericane. Chilijski hiszpanski okazuje sie najmniej podobny do wersji, ktorej nas uczono. Czujemy sie troche jakbysmy po rocznym kursie brytyjskiego angielskiego trafili do Szkocji lub w australijski outback.
880 km, 13h. Pokrzepieni hotdogami dzielnie machamy na wszystko wielokolowe co sie rusza. Niestety wiekszosc ciezarowek jedzie do pobliskiej kopalni.
880 km, 12h30m. Machamy juz mniej dzielnie, ale za to wyposazylismy sie w kartke z nazwa celu naszej krucjaty.
880 km. 12h. Alleluja! Zatrzymuje sie maly towarowy Peugeot. Podrzuci nas prawie 300 km. Carlos przez 30 lat pracowal w policji, gdzie dosluzyl sie stopnia porucznika i stanowiska szefa policji regionu. Teraz pracuje jako szef regionu w firmie budowlanej i wreszcie zarabia na potrzeby swoich trzech studiujacych corek. Mkniemy nawet 170 km/h, co przy dobrej drodze, widocznej kilka kilometrow do przodu, i nowym samochodzie nie jest predkoscia szczegolnie przerazajaca.
620 km, 10h. Rozstajemy sie z Carlosem przy zjezdzie na Tal Tal. Na przystanku autobusowym spotykamy 2 Chilijczykow, ktorzy probuja cos zlapac... od wczorajszego wieczora. Ograniczaja sie jednak do zaczepiania przejezdzajacych autobusow, ktore, jak to juz sprawdzalismy, raczej nie maja miejsc. My, zaprawieni w boju, zajmujemy pozycje na skraju drogi i machamy.
620 km, 9h30m. Pierwsze 15 min spedzamy machajac na te same pojazdy, ktore minely nas 3 godziny wczesniej. Dzielny Peugeot wszystkie wyprzedzil. Wiekszosc kierowcow bedzie sie dzis zapewne zwierzac rodzinie z przezytego deja vu. Moze dlatego, choc sie usmiechaja, nie korzystaja z drugiej szansy na zabranie nas. Jeden z chilijczykow lutem szczescia zalapuje sie na autobus i wlasnie wtedy przy nas zatrzymuje sie Toyota, rocznik 91, jadaca do La Sereny (60 km od naszego celu). Bagaze laduja na dachu, a my razem z Rodrigo, drugim z autostopowiczow, w srodku. Kierowca, sympatyczny indianin, lubi pokazywac lewa reka co bardziej godne uwagi obiekty po prawej stronie szosy i prawa reka po lewej stronie, co kazdorazowo oznacza skret samochodu w strone atrakcji. A ze atrakcji jest sporo, jedziemy wezykiem. W zwiazku ze stanem pojazdu predkosc 100 km/h jest bardziej ekscytujaca niz poprzednie 170 km/h.
410 km, 6h30m. Prowadzi Rodrigo, kierowca spi. Rodrigo sprawdza jak bardzo telepie samochodem przy 130 km/h. Za bardzo, ale sie nie poddaje. Smigamy. Caly czas podziwiamy rozne wersje pustyni Atacama. Laczy je jedno - sa suche, mimo szumiacego tuz obok oceanu. Zimny prad Humboldta utrudnia parowanie wody, a polozone z drugiej strony Andy wylapuja wilgoc znad ladu.
200 km, 3h. Przejezdzamy kolo najwiekszych na swiecie obserwatoriow astronomicznych, rozmieszczonych widowiskowo na szczytach okolicznych gor. Niezmiennie sloneczna pogoda i przewidywalne wiatry sciagaja tu astronomow z calego swiata.
140 km, 2h. Juz wiemy, ze nie mamy szansy zdazyc, jesli w La Serenie przesiadziemy sie w autobus. Namawiamy kierowce, zeby dowiozl nas do samej Vucuńi. Nic za darmo, ale sie zgadza.
100 km, 1h30m. Najbardziej atrakcyjny element trasy - seria ostrych zakretow przy zjezdzie z gory. Zarowno naszym zdaniem, jak i zdaniem piszczacych opon, pokonujemy je troche zbyt szybko.
60 km, 1h. Rozstajemy sie z Rodrigo. Ruszamy w strone Vucuńi. Co 20 min dzwonimy do
obserwatorium informujac gdzie jestesmy i proszac zeby bez nas nie odjezdzali. Wszystko jest na dobrej drodze.
0 km, -0h1m. Jak to "departido" minute temu?! Aaaaaaaa! Czyzby szach i mat?
Wbrew wczesniejszej informacji telefonicznej jest jeszcze jedna wycieczka, o 0.30. W poczuciu winy sekretarka dopisuje nas do zamknietej listy. Gem, set i mecz.
Odprawieni z kwitkiem z kilku hoteli znajdujemy w koncu miejsce namiotowe w ogrodku Casa de Professores. Po naszemu dom nauczyciela brzmi znacznie mniej romantycznie, ale tez nie mamy przybytkow tego rodzaju wygladajacych jak zywcem wyjete z ksiazek Isabel Allende.
Wstyd po tym wszystkim przyznac, ze obserwatorium nas nie zachwycilo. No coz, glupia sprawa. Moze to wina ksiezyca w pelni, ktory przycmiewal inne gwiazdy, a moze programu wycieczki, ktory zakladal godzinna prezentacje na temat powstania wszechswiata, ktora oboje przespalismy, a potem zaledwie godzine na obserwacje gwiazd w 12-osobowych grupach. Na malym teleskopie widzielismy ksiezyc tak jasny, ze wisial przed naszymi oczami jeszcze dobra chwile po odejsciu od urzadzenia. W miejscach, gdzie golym okiem widac bylo kilka bladych punkcikow, teleskop odslanial przed nami cale grupy gwiazd - krzyz poludnia, pas oriona, konstelacje blizniat. Na najwiekszym z teleskopow, o 30cm zwierciadle i przesuwanej kopule z otworem odslaniajacym tylko odcinek nieba, podziwialismy Saturna z jego pierscieniami. To zrobilo na nas najwieksze wrazenie, ale oboje liczymy, ze zajrzenie do srodka czynnego wulkanu, drugie wielkie marzenie Michala, dostarczy nam wiecej emocji. Nie chodzi przy tym o ten rodzaj ekscytacji, jakiej dostarcza wybuchajacy wulkan - liczymy na wlasciwa interpretacje naszych zyczen tam na gorze.
Idziemy spac po 3 w nocy. Szkoda, ze wieczorem pomerdaly nam sie kierunki i slonce budzi nas tuz po swicie, czyli o 8, w namiocie rozstawionym pod dokladnie przeciwna sciana niz potrzeba.
Teraz jedziemy do Santiago de Chile, na podboj metropolii.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety