NASZE PODRÓŻE  
Trasy naszych wypraw  
Ludzie z naszych wypraw  
Ulubione zdjęcia  
Pomysły na biznes  
Wrażenia ekologa  
Ciekawostki kulturowe  
O nas / kontakt  
Inspiracje  
Przygotowania / Rady  
My w mediach  
Do nich wrócimy!  
ENGLISH VERSION  
 

2007-02-04  Boliwia, Salar de Uyuni, 30/01-01/02. Slone sniegi pustyni.

Zupelnie jak na Antarktydzie. Tylko cieplej. Just like Antarctica. Only warmer. Nasza unikalna druzyna. Our unique team. Transport na slonej pustyni. Korozja jest tu popularnym problemem. Transportation on a salty dessert. Corrosion is a popular issue. Hotel z soli. Hotel made of salt. Tak sie ciesze, ze tu jestem. So happy to be here. Ten lod jest slony :-/ This ice is salty :-/ Nasz samochod. A to jeszcze nie koniec wycieczki. Our car. And this is not the end of the trip. Wyspa kaktusow na slonej pustyni. Cactus island on salty dessert. Nocne niebo nad pustynia. Night sky full of stars. Obiad na pustyni moze byc zupelnie cywilizowany. Lunch at a dessert can be quite civilized. Oltarzyk ku czci Pachamamy (matki ziemi) na szczycie kaktusowej wyspy. Altar for Pachamama (mother earth) at the top of the cactus island. Chilijska wersja jeleni na rykowisku - lamy na pustyni. A classical one - lamas on a dessert. Slona laguna pelna flamingow. Te tutaj nie maja krewetek, a i tak sa rozowe, wiec z tymi na Galapagos to byla jakas sciema. Flamingo lagoon. They don´t have shrimps here and still are pink, so the story from Galapagos must have been a cheat. Na pustyni rosnie drzewo. There is a tree growing on a dessert. Centralny mozg pustyni. Dessert´s central brain. Bohaterski Michal w goracych zrodlach otoczony przez zamarzniete kaluze... Michal the hero in hot tubs surrounded by frozen paddles. Cmentarz pociagow, ktore kiedys przewozily miedz. Na szczescie w nocy nie snilismy o strasznych lokomotywach. Cementary of trains, which used to carry copper. Luckily we did not dream about scary locomotives at night.


Do Uyuni dotarlismy wstrzasnieci, ale nie zmieszani. Bilet na autobus pierwszej klasy La Paz - Uyuni kupilismy w firmie o obiecujacej nazwie Panamericana. Najpierw okazalo sie, ze dwunastogodzinna nocna podroz jest z przesiadka. Niedlugo potem, ze zaden z autobusow nie nalezy do firmy, w ktorej kupilismy bilet. Nie bylo zatem specjalnym zaskoczeniem, ze zaden z autobusow nie parkowal nawet obok pojazdu pierwszej klasy. Pocieszalismy sie, ze w samym autobusie mamy juz zarezerwowane dobre miejsca, ale i tu zostalismy stanowczo wyprowadzeni z bledu i, w moim przypadku, z rownowagi. Okazalo sie bowiem, ze siedzimy na koncu pojazdu na osobnych miejscach - Panamericana za pozno zadzwonila, zeby zrobic rezerwacje. Na wlasna reke przeprowadzilismy zamiane miejsc i stwierdzilismy, ze swiadomosc, ze ktos ma gorzej jednak potrafi poprawic humor. Podobnie jak my zostalo potraktowanych dwoch Argentynczykow i Koreanczyk. Tyle, ze im w udziale przypadly miejsca na samym koncu autobusu, gdzie na dwoch pozostalych siedzeniach rozlozyla sie szescioosobowa rodzina (z czworka dzieci).
Mala dziewczynka uswiadomila nam, ze pewne pytania sa uniwersalne, gdy na pierwszym przestanku, po godzinie jazdy, uslyszelismy - "Mamusiu, czy to juz?" Zdumieni obserwowalismy jak do pelnego juz autobusu wsiada kolejne kilkanascie osob, ktore jak popadlo rozlozyly sie w przejsciu. Niedlugo potem dziurawy asfalt ustapil miejsca wyboistej kurzowej drodze, a my zaczelismy podskakiwac jak pop corn na patelni. I wlasnie wtedy zachcialo mi sie siusiu.
Slowo "bańo" okazalo sie dobra przepustka, a tlum w przejsciu wykazal sie podziwu godna wyrozumialoscia nawet wobec okazjonalnego przydeptania czyjejs reki czy wlosow. Kierowca jak jechal, tak stanal i po chwili juz wystawialam nieopalony tylek w strone ksiezyca w pelni, swiecacego jak halogen nad pustynia.
Kiedy mimo niesprzyjajacych warunkow w koncu udalo nam sie zasnac, na Michala spadla obudowa od glosnika. Ofiara nie zanotowala zadnych obrazen oprocz trudnosci z ponownym zasnieciem, wywolanych glownie nerwowym spogladaniem do gory, czy dach aby nie leci nam na glowe.
Z dobrych wiesci, w autobusie nie bylo telewizora. Za to cala noc gralo radio.
Uyuni przywitalo nas o 5 rano mocno odswiezajacym powietrzem. Przejety kelner poinformowal nas, ze w zimie jest tu bardzo, bardzo zimno, a temperatura spada nawet do zera stopni! Pokiwalismy ze zrozumieniem glowami, po czym wyposazeni w polary i duzo optymizmu poszlismy polowac na wycieczke. Rekonesans ujawnil, ze program jest wszedzie ten sam, a caly trik polega na dobrym samochodzie i kucharzu, ktorych jakosc jest nie do sprawdzenia przed wyruszeniem. Ruszylismy do boju odwiedzajac 3 najwiarygodniej wygladajace agencje, twierdzac w kazdej kolejnej, ze poprzednia zaoferowala nam cene nizsza o 5 USD. Wywalczylismy w ten sposob prawie 30% znizki, w zamian za obietnice, ze nie powiemy o tym nikomu, a w szczegolnosci wspolpasazerom.
Zapakowalismy sie do samochodu wraz z czworka Szwajcarow, z ktorymi mielismy spedzic najblizsze 3 dni. Ciekawa z nas byla kompania. On z Berna, ona z Peru, od 8 lat mieszkajaca w Szwajcarii, to pierwsza para. Im zawdzieczamy dyskusje o roznicach miedzy Szwajcaria a Peru, szczegolnie w zakresie podejscia do religii, zawierania nowych przyjazni, czy kultury rozmowy. On z Berna i on z Berna to druga para. Im zawdzieczamy glownie inny punkt widzenia. Slowo gej nie padlo w naszych rozmowach, ale ich spostrzezenie, ze Szwedzi sa bardziej otwarci na innych niz Szwajcarzy nie pozostawialo watpliwosci o jakiego rodzaju Szwedach mowa. Przynajmniej dla nas, ktorzy wsrod przedstawicieli tego nieco autystycznego, w naszym odbiorze, narodu spedzilismy 6 miesiecy. Pamietajac, ze mowia z perspektywy doswiadczen swojej grupy spolecznej, sluchalismy ich z duza ciekawoscia. Dyskusje prowadzilismy we wszystkich dostepnych nam jezykach, w zaleznosci od zaangazowania uczestnikow. Ona slabo mowila po angielsku, za to nam hiszpanski nie pozwalal na zbyt bogate wypowiedzi. Miedzy soba mowili po niemiecku, dzieki czemu doskonale ich rozumialam. Niestety, jako ze niemiecki znalazl sie w moim mozgu w jednej przegrodce z hiszpanskim, niewiele potrafilam z siebie wyksztusic. Para gejow gadala ze soba w szwajcarskim niemieckim, ktory wiekszosc germanistow przyprawia o bol glowy. No i oczywiscie zostaje jeszcze polski, nasz sekretny jezyk. Ozywione dyskusje ucichly gwaltownie, jak tylko wjechalismy na Salar de Uyuni. Jest to pozostalosc po slonym jeziorze, ktore najpierw zostalo oddzielone od oceanu przez wypietrzajace sie gory, a nastepnie odparowalo, pozostawiajac solna pustynie o powierzchni 12 000 km2 - cos jak wojewodztwo lodzkie. Biala przestrzen nas oslepila i kompletnie urzekla. Najpierw brodzilismy po kostki w cieplej solance, a potem wedrowalismy przez pola solnych krysztalow o fascynujaco regularnym heksagonalnym ksztalcie, gdzie pod skorupa o grubosci do 25m bylo do 10m wody. Pod butami slyszelismy znajome skrzypienie sniegu i tylko temperatura sie nie zgadzala.
Nasz Land Rover 4x4 zawiozl nas w miejsce, gdzie z tej pustyni slonego lodu wyrastaja wyspy. Ich mieszkancami sa potezne kaktusy i male zolto-czarne ptaszki, ktorych spiew jest jedynym dzwiekiem rozpraszajacym panujaca tu absolutna cisze. Gdy zastygalismy w bezruchu cisza huczala nam w uszach.
Pola slonego lodu opuscilismy z mocnym poczuciem niedosytu. Po noclegu w miejscu, gdzie na 20 osob przypadal jeden prysznic (lozka na szczescie byly osobne), wybralismy sie na zwiedzanie bardziej tradycyjnej pustyni. Ostry wiatr intensywnie chlodzil, wbijajac kurz w najdrobniejsze zakamarki wlosow, ubrania i bagazu. Fantazyjne formacje skalne, cuchnace siarka gejzery i kolorowe laguny pelne flamingow, brodzacych w wodzie na wyciagniecie reki, byly fascynujace, ale na tle przezyc poprzedniego dnia wypadaly nieco blado. Michal przezyl swoja wielka chwile, gdy polujac na najlepsze ujecie wszedl do lodowatej tutaj wody, po czym zapadl sie po kostki w mule. Z brzegu dno wygladalo solidnie - zarzekal sie z wysilkiem myjac sobie nogi. Ale zdjecia, jakie sa, kazdy widzi...
Kolejny dzien twardziele, czyli Michal, zaczeli tuz po swicie od kapieli w goracych zrodlach, zaraz obok skutych lodem kaluz. Mieczaki, czyli ja i reszta druzyny, poprzestali na symbolicznym wymoczeniu stop. Kilka godzin pozniej, juz wszyscy solidarnie, smazylismy sie w upale, zmierzajac w strone Chile. Tuz za granica wjechalismy na asfaltowa droge pierwszego w Ameryce Poludniowej kraju, gdzie autobusy nie trabia zanim wejda w zakret, a wino podaja do jedzenia gratis. Mysle, ze chwile tu zostaniemy.

Powrót
  Opinie o hotelach
nasz sprzęt

bilety

bilety